ojej no, pracuję jako pielęgniarka na oddziale onkologicznym od wielu lat i przez długi czas w ogóle nie myślałam o tym, że to co widzę zostawia we mnie jakiś ślad energetyczny. Dopiero kiedy zaczęłam miewać koszmary, które zupełnie nie były moje tematycznie, i czułam dziwne ciężary w klatce piersiowej zaraz po wyjściu ze szpitala, pomyślałam, że może to nie jest tylko zwykłe wypalenie zawodowe. U nas w środowisku mówi się dużo o secondary traumatic stress, czyli czymś co dotyka ludzi którzy regularnie świadkują cudzemu bólowi i traumie. Ale mnie zaczęło interesować co można z tym zrobić na poziomie, który wykracza poza psychologię. Zanim ktokolwiek napisze tu o bańkach z solanką albo szałwii, to chciałam zapytać - czy ktoś z was ma doświadczenie z pracą w zawodach medycznych albo pomocowych i wypracował dla siebie jakiś konkretny rytuał przejścia między pracą a domem? Nie chodzi mi o afirmacje ani o "wyobraź sobie że zmywasz to z siebie pod prysznicem", bo to robię i to za mało.
To bardzo konkretne pytanie i cieszę się, że ktoś wreszcie poruszył ten temat w tej kategorii, bo nie jest on oczywisty. Rytuały przejścia istnieją w niemal każdej tradycji właśnie po to, żeby zaznaczyć koniec jednego stanu i początek drugiego - i to nie jest metafora tylko dosłowna praca z granicami. Mnie od lat interesuje ta część praktyki, gdzie rytuał działa jak zamek w drzwiach. Ale chcę zapytać zanim cokolwiek powiem konkretnie: czy czujesz że to co zbierasz to jest coś co zostaje "przy" tobie, czy raczej coś co wchodzi "w" ciebie? Bo to zmienia całe podejście do czyszczenia.
Przepraszam że wchodzę bo nie pracuję w zawodzie pomocowym, ale czytam ten wątek i mam pytanie, bo sama pracuję z ludźmi w trudnych sytuacjach (nie medycznie ale jednak) i to o czym pisze auttorka tematu bardzo mi bliskie. Nigdy nie myślałam o tym w kategoriach energetycznych, raczej psychologicznych, ale ta granica pomiędzy psychologią a... nie wiem jak to nazwać... jest chyba bardzo cienka? Tzn. czy wasza praktyka różni się jakoś zasadniczo od tego co proponuje psychologia np. w postaci technik uziemiania?
Szczere pytanie i nie mam jednej odpowiedzi. Z mojej perspektywy praktyka energetyczna różni się tym, że nie zakłada że to co czuję jest tylko moją reakcją emocjonalną. Psychologia powie ci "to twoja odpowiedź na cudzy ból, przepracuj ją". A ja wychodzę z założenia że część tego co nosze po dyżurze jest dosłownie nie moja i nie ma czego w sobie przepracowywać, tylko trzeba to zwrócić, odłożyć, odprowadzić. To zmienia całkowicie technikę. Nie cofam się do środka żeby coś przepracować, tylko szukam sposobu żeby to coś wyprowadzić na zewnątrz.
Zawsze mnie zastanawia jedna rzecz kiedy rozmawiam z ludźmi pracującymi w służbie zdrowia - czy wy w ogóle macie czas na jakikolwiek rytuał? Tzn. jak wygląda to praktycznie? Bo czytam o rytuałach progu i myślę, że przy pracy zmianowej z przebieralniami, hałasem na korytarzu i kolegami ciągnącymi do przebieralni na pogaduchy - kiedy niby ma być ten moment ciszy? eee, może źle to rozumiem ale wydaje mi się ze większość opisów zakłada jakiś spokojny czas i miejsce, a przy tej pracy tak nie ma.
Czytam ten wątek od początku i chcę dodać coś z perspektywy tradycji słowiańskiej, bo tam temat oczyszczania po kontakcie ze śmiercią lub chorobą był bardzo konkretnie przepracowany - i to nie jako magia w sensie mistycznym, tylko jako praktyka higieniczna, tyle że na innym poziomie niż mycie rąk. Istniało pojęcie "zmazy" które nie było moralne tylko właśnie energetyczne. Po kontakcie z chorym, umierającym, po udziale w pogrzebie - były konkretne czynności, woda, ogień, próg. Co mnie tu interesuje to fakt, że te tradycyjne rytuały były zawsze powiązane z konkretnym miejscem i granicą przestrzenną, a nie tylko z intencją w głowie. Czy ktoś z was próbował czegoś opartego o wodę i próg jednocześnie?
Wchodzę tu bo jestem ciekawa czy ktoś próbował połączyć taki rytual z konkretnym momentem astrologicznym? tzn. nie mówię o robieniu czegoś raz w miesiącu przy pełni ale o tym żeby moment inicjacji rytuału, czyli kiedy go pierwszy raz ustanawiasz jako praktykę, był wybrany świadomie. Czytałam że rytuały założone przy Księżycu w Skorpionie albo przy Saturnie dobrze aspektowanym mają się trzymać, są jakby "bardziej zakorzenione" w czasie. oj, nie wiem czy to ma znaczenie dla skuteczności, ale może ktoś to testował?
Wracając do pytania Mokosza o wodę i co ją uzupełnia - z mojego doświadczenia woda świetnie zabiera to co zostaje na powierzchni, ale żar jest do głębszych warstw. świeca lub kadzidło po wodzie, nie przed. Kolejność ma tu znaczenie, bo woda rozluźnia a ogień zamyka i pieczętuje. Widziałam opisy tego mechanizmu w starych angielskich tekstach praktycznych, nie religijnych, i podobne rzeczy pojawią się w tradycjach słowiańskich i bałtyckich. Ale ciekawe jest to, co powiedziała Nefrytka, że rutyna zabiła intencję - i tu mam pytanie do wszystkich: jak wy utrzymujecie żywą intencję w czymś co robicie codziennie? To chyba najtrudniejsza część.
Na pytanie Nefrytki - w tradycji słowiańskiej dźwięk robiony był przed progiem, z zewnątrz. Dosłownie zanim przestąpisz granicę domu. Sens był taki, że to co przyczepiło się po drodze ma zostać za drzwiami, a nie pójść za tobą do środka. Kołatka, dzwon przy drzwiach, klaskanie - wszystko przed wejściem. Wewnątrz dźwięk miał inną funkcję - już oczyszczał przestrzeń, nie osobę wchodzącą.
O nie, to ja to robiłam od tyłu przez lata. Klaskałam zawsze po wejściu. To teraz mam pytanie - czy trzeba to jakoś "naprawić" czy po prostu zmienić kolejność i tyle?
To jest właśnie ta granica gdzie te dwie narracje zaczynają się nakładać i nie ma sensu ich rozdzielać na siłę. Słuchajcie, wracam do wątku który zostawiłam wcześniej - czy ktoś próbował ustalić jeden konkretny moment w roku lub miesiącu kiedy taki rytuał oczyszczający jest inicjowany jako "nowy"? oj nie mówię o codziennej praktyce, tylko o tym pierwszym postawieniu intencji. Bo w astrologii jest coś takiego jak elekcja - wybierasz moment dla czegoś ważnego tak żeby układ planet wspierał intencję.
Zgadzam się z tym. Mam wrażenie że za dużo energii idzie w planowanie a za mało w samo robienie. Mnie bardziej ciekawi co konkretnie robi ktoś w tej praktyce codziennej - tzn. nie kiedy ją zaczął, tylko co się w niej znajduje. Bo słyszałam o wodzie, o ogniu, o dźwięku - czy to tyle, czy jest coś jeszcze?
Nigdy nie myślałam o soli jako zamknięciu cyklu, zawsze używałam jej wcześniej - do oczyszczenia przestrzeni przed wodą. Teraz zastanawiam się czy to jest kwestia kolejności która ma znaczenie, czy to są po prostu dwa różne zastosowania tego samego materiału i obie wersje są spójne wewnętrznie?
Myślę że obie są spójne, ale robią coś innego. Sól przed jako bariera - zatrzymuje zanim wejdzie głębiej. Sól po jako zamknięcie - stabilizuje to co zostało po wodzie i ogniu. To nie jest sprzeczność, to jest kwestia co chcesz zrobić w danym momencie. Przy bardzo ciężkich dyżurach pewnie potrzebujesz obu - bariery i zamknięcia.
No to teraz mam pełen zestaw: dźwięk przed progiem, woda, ogień, sól. serio pytam - czy to nie jest za dużo na co dzień? Przy pracy w systemie gdzie wchodzisz czasem prawie nieprzytomna to ten rytuał musiałby trwać z pół godziny, żeby zrobić to wszystko z głową.
To jest dobre pytanie i myślę że odpowiedź jest tak. Nie każdy ciężki dyżur wymaga pełnego zestawu. Z mojego doświadczenia - jeśli był to zwykły, trudny ale nie graniczny dzień, wystarczy mi woda i jeden element ognia. Cały złożony rytuał zostawiam na momenty kiedy coś naprawdę zostało i czuję to wyraźnie. Rytuał nie powinien być obowiązkiem do odfajkowania - jak zaczyna nim być, przestaje działać.
No to mam pytanie do Nefrytki - jak odróżniasz "zwykły ciężki dyżur" od "granicznego"? Bo ja mam wrażenie że po każdym powrocie do domu myślę że to był ten gorszy. Albo jestem po prostu chronicznie zmęczona i wszystko mi się wydaje graniczone.
To jest dobre pytanie i przez długi czas sama nie umiałam odpowiedzieć. Teraz myślę że różnica jest w ciele - po granicznym dyżurze mam takii rodzaj ciężkości który nie jest zwykłym zmęczeniem mięśni. To coś w klatce piersiowej albo między łopatkami. Jakby ktoś wziął i nie oddał. Zwykłe zmęczenie chce się przespać, tamto zostaje po nocy.
A to "między łopatkami" to jest dokładnie okolica czwartej czakry od tyłu - nie z przdu jak często się mówi, tylko właśnie tył serca. Czytałam że to tam zbiera się to co przychodzi od innych, nie to co twoje. Nie mówię że to jedyne wytłumaczenie, ale mi się to pokrywa z tym co sama czuję po ciężkich dniach.
Ten opis z czymś co "zostaje mimo odpoczynku" jest dla mnie ważny. W starych tekstach o oczyszczaniu - nie tylko słowiańskich, ale też w materiałach z tradycji tybetańskiej - to rozróżnienie było fundamentalne. Coś twojego odpuści samo. Coś obcego potrzebuje intencjonalnego działania żeby wyjść. Rytuał jest właśnie po to żeby dać temu kierunek.
W praktykach słowianskich to co trzeba odprowadzić szło do wody - ale koniecznie płynącej, nie stojącej. Stojąca woda zatrzymuje, płynąca zabiera. Przy czym nie chodziło o dosłowne wylanie czegoś do rzeki, tylko o kierunek intencji. Można było stać nad zlewem z odkręconym kranem i intencja działała podobnie. To jest uproszczenie oczywiście, ale sama tak robiłam przez lata.
Czyli stojąca woda w wannie odpada? Pytam serio bo ja właśnie w wannie próbuję się "wyczyścić" po trudnych dniach i teraz nie wiem czy to ma sens.
O matko, a ja przez lata leżałam właśnie w tej wannie i myślałam że to wystarcza. Teraz się zastanawiam ile razy kąpałam się w tym co przyniosłam z pracy. To trochę zmienia perspektywę.
A czy kamień może coś zastąpić w takim zestawie? Pytam bo mam w domu kilka i zastanawiam się czy turmalin czarny albo obsydian mogłyby wspomagać ten rytuał. Gdzieś czytałam że one "blokują negatywność" ale nie wiem jak to się ma do oczyszczania które tu opisujecie.
Do tego pytania o częstotliwość - myślę że to nie jest kwestia kalendarza tylko odczucia. kiedy kamień robi się jakby cięższy w dłoni albo traci połysk wizualnie, to znak że potrzebuje oczyszczenia. Przy bardzo intensywnej pracy jak na oddziale pewnie codziennie albo co dwa dni. Ale to nie jest tak że jak zapomnisz jednego dnia to coś się stanie, po prostu kamień przestaje działać tak sprawnie.
To jest jedno z ważniejszych pytań w tej rozmowie i trochę mnie zaskoczyło że dopiero teeraz padło. Tak, można i moim zdaniem trzeba mieć coś mini - coś co robisz między pacjentami. Nie rytuał, tylko gest. Mycie rąk może być takim gestem, jeśli masz przy nim świadomą intencję - procedury i tak wymuszają mycie rąk między każdym kontaktem, więc to się nakłada naturalnie. Kilka sekund pod wodą z myślą "spuszczam to co nie moje" to nie jest okrągłe nic to jest kotwiczenie w ciele. Pełny rytuał wieczorem robi swoje, ale te małe gsty w ciągu dnia nie pozwalają na kumulację. Bo kumulacja to jest właśnie ten moment kiedy po tygodniu człowiek czuje że ledwo wchodzi do domu.
A to z myciem rąk - czy to jest tak że samo mycie zaczyna działać po czasie odruchowo, bez świadomego myślenia za każdym razem? Bo nie wyobrażam sobie żeby przy 15-20 pacjentach dziennie za każdym razem zatrzymywać się na te kilka sekund intencji. Albo może właśnie to jest ćwiczenie?
