Mam taki dylemat który chodzi za mną od jakiegoś czasu. Czy jak robilam rytuaał w totalnej desperacji dosłownie z drzacymi rękoma, bo sytuacja byłła naprawdę podbramkowa, to czy to w ogóle coś znaczy? Siałam świece, nie miałam połowy rzeczy, zastepowalam jedne zioła innymi, bo nie miałam czasu szukac, i całą intencję miałam roztrzęsioną, bo po prostu się bałam. Efekty były... no, niejednoznaczne. Ale zastanawiam się, czy to w ogole można uznac za rytuał, czy bardziej za teatrzyk strachu.
To jest ciekawe pytanie, bo wlasnie z mojego doświadczenia wynika, że desperacja jako stan emocjonalny ma w sobie cos co może dzialac na dwa sposoby. Z jednej strony ta intensywnosc emoci to jest konkretna energia bardzo skoncentrowana. Z drugiej strony intencja roztrzęsiona ze strachu to nie to samo co intencja czysta i skupiona. ehh Mam wrażenie że większość tradycji, które znam rozroznia emocję jako paliwo od emocji jako szum. Strach to raczej ten drugi rodzaj. Ale mam pytanie: co dokładnie zastepowalas czym? Bo to moze być ważne.
Ojoj, ja bym nie przekreślała tego od razu. Znam opisy rytuałów z tradycji hoodoo i też roznych europejskich praktyk ludowych, gdzie ludzie robili co mieli pod ręką, bo nie mieli dostepu do niczego innego, i to działało. Te systemy nie były budowane dla ludzi, którzy mają idealnie wyposażony ołtarz. Były budowane dla kogoś, kto stoi na klepisku i ma łzę garstkę ziemi i świeczkę ze smalcu.
Strach to emocja reaktywna a rytuał wymaga emocji aktywnej. tyle że w tradycjach szamańskich te granice są trochę inne i tam stan graniczny, taki kryzysowy jest wręcz warunkiem wejscia w pewien rodzaj pracy. to nie jest tak, że spokojny i wyważony szaman siedzi sobie i medytuje. czesto jest odwrotnie. Wiec moze nie strach jest problemem, tylko to, co ze strachem robimy?
A jak to rozróżnić w praktyce? Bo jak jestem w desperacji to raczej nie analizuje czy mój strach jest reaktywny czy aktywny tylko po prostu dzialam. i właśnie o to mi chodzi, że takie rozróżnienia brzmią sensownie ale w momencie kryzysu mam wrazenie, że to wszystko jest jedno wieelkie zamotanie.
Ja to widzę tak: robiłam kiedyś coś w naprawdę złym momencie, trzęsły mi się ręce, płakałam w trakcie i w ogóle nie byłam skupiona. I wiesz co, zrobilo to na mnie inne wrazenie niż spokojny rytuał. Nie powiem że slabsze. Po prostu inne. Jakby coś wyszło z innej szuflady niż zwykle. Ale nie mam pojęcia, czy to efekt był dobry, bo nie wiem, do czego go porównać.
W runicznej tradycji jest coś, co nazywa się "galdr wyrażony bólem" i to nie jest słabość, to jest specyficzny stan. problem nie jest w emocji, problem jest w tym, co ona robi z formą. Jeżeli strach rozbija formę rytuału doszczętnie, to jest kłopot. Jeśli ją intensyfikuje, to może być coś zupełnie innego. Tylko jak odróżniasz jedno od drugiego po fakcie?
oj, A ja myślę że tu sie miesza kilka rzeczy naraz. Bo z jednej strony mamy pytanie czy desperacja psuje rytuał, a z drugiej czy on "zadziałał". Ale jak mamy wiedziec że zadzialał skoro jestesmy w środku kryzysu i wszystko sie kręci. Moze efekty byly, tylko nie tam gdzie szukałas?
Serio, rytuał z desperacji to jak modlitwa z rozpaczy, a kazdy religioznawca ci powie że te są nacjzestsze i wcale nie słabsze. Koscioly były budowane przez ludzi którym umierały dzieci i których paliły domy czy te modlitwy byly gorsze? Nie sadze
To zależy od systemu. W niektórych podejsciach forma jest nośnikiem, emocja jest tylko iskra. W innych forma bez emocji to puste gesty. Dlatego nie ma jednej odpowiedzi \"tak, psuje\" albo \"nie, nie psuje\" bo pytanie musi brzmieć: w jakim systemie pracujesz i co w nim jest nośnikiem, a co paliwem?
A jak ktoś nie pracuje w żadnym konkretnym systemie, tylko po trochu z różnych tradycji? Bo mam wrażenie, że wiekszosc z nas tu tak ma. I wtdey wlasnie to pytanie o formę i emocje robi sie naprawdę trudne.
Mnie sie wydaje ze desperacja to jednak degraduje cos. Nie całkowicie ale psuje koncentracje na tym co sie chce osiągnąć, a zamast tego skupia sie na tym czego sie boi. Intencja z pozycji \"nie chce żeby X\" to inaczej niz intencja \"chce Y\" :/ Myslalam o tym długo i dla mnie to roznica.
Słyszałam o technice, gdzie zanim zaczniesz rytuał, siedzisz przez kilka minut i robisz jedno: zamieniasz każde "nie chcę" na "chcę". Dosłownie piszesz to na kartce. eh nie wiem, czy to jest jakaś konkretna tradycja, ale brzmi jak przygotowanie intencji. Czy ktoś z was coś takiego robi przed rytuałem, szczególnie tym niezaplanowanym?
No właśnie, to jest pytanie które sobie zadaję. Jak masz czas na przygotowanie, to jedno. ale rytual z desperacji z definicji jest tym, ktorego się nie planuje. inaczej by nie byl z desperacji. I tu jest ten paradoks że te, na które masz czas, są latwiejsze w wykonaniu, ale te pilne robisz wtedy, kiedy naprawdę potrzebujesz. i co z tym zrobić?
Ale forma nie musi byc wcześniej zaprojektowana, żeby istniała. W niektórych podejsciach forma wylania się z działania. Pytanie, na ile ktoś w desperacji jest w stanie ją utrzymac, a nie tylko wykonywać kolejne gesty bez wewnętrznego kręgosłupa. 🙁
moze chodzi o to ze w desperacji jestes bardziej otwarta na cokolwiek. jakby granice były ciensze. nie wiem czy to pomaga czy przeszkadza, ale to czuje sie inaczej niz spokojny rytual przy herbacie. jedno to kontrola drugie to otwarcie. i nie jestem przekonana ze jedno jest lepsze od drugiego
W kontekście runicznych praktyk kryzys był czasem rozumiany jako rodzaj wezwania, nie przeszkoda. Są teksty, gdzie praktykujący opisuje sytuację ostateczną jako punkt, od którego zaczyna się praca. Tylko że to nie jest to samo co przypadkowy akt rozpaczy, bo nawet w kryzysie była zachowana jakaś minimalna wiedza o formie.
Wtrącę sie na chwilę bo trochę się gubię. Czy wy mówicie, że desperacja moze pomagać, jeśli się wie co sie robi ale przeszkadza, jesli się nie wie? Bo jakby tak to rozumiem, to by znaczyło, że problem nie jest w emocji, tylko w tym, ile masz z tyłu glowy w momencie kryzysu 🙁
Właśnie, i to jest moje pytanie do siebie od początku tego wątku. czy ja w tamtym momencie miałam cokolwiek stałego. Bo teraz, z perspektywy, mam wrazenie, że raczej nie. Działałam z czegoś bardzo pierwotnego, bardzo prostego. I nie wiem, czy to wystarczy. 🙂
A co by znaczylo \"wystarczyć\"? Bo jesli mierzysz to efektami, to nie wiesz czy te efekty byly z rytuału czy mimo rytuału czy bez żadnego zwiazku. Effekty są kiepskim miernikiem, bo życie samo w sobie jest nieprzewidywalne
Pamiec mięśniowa to jest dobre okreslenie i to mi podpowiada coś: może jakość rytuału z desperacji zalezy od tego, ile \"pamięci mięśniowej\" masz w tym, co robisz. ojej no Jeśli nigdy wcześniej nie rbiłaś czegoś podobnego to w kryzysie nie ma się do czego odwołać jeśli robilas wielokrotnie, cialo wie pewne rzeczy naet jeśli głowa się kręci.
To jest bardzo konkretna obserwacja. w sporcie to się nazywa automatyzacja, ćwiczysz tak długo aż forma staje się nieświadoma i możesz ją wykonac pod presją. Czy nie jest tak samo z rytualami? Im więcej powtórzeń w spokoju, tym więcej zostaje pod presją.
To pytanie Anastazji mnie zatrzymało, bo sama to przerabialam. Robiłam coś po raz pierwszy w mocnym stresie i nie miałam żdnej bazy. I wiesz co? Nie wiem do dziś, czy cokolwiek z tego wyniklo bo nie miałam punktu odniesienia. Nie wiedziałam, jak ma \"wyglądać\", jak ma się skończyć, co uznać za sygnał. To jest problem z pierwszym razem w kryzysie nie tyle brak emocji, co brak jakiegokolwiek wzorca.
Ale czy mapa jest naprawdę konieczna? Pytam serio, bo są tradycje, gdzie pierwsze działanie jest intuicyjne i właśnie ta spontaniczność jest uznawana za coś wartościowego. no, Nie wiem czy to jest dobry argument jeśli chodzi o desperacji, ale samo założenie, że bez wiedzy nic nie działa też nie jest oczywiste.
no właśnie to mi siedzi od początku tego watku. co sprawia ze coś jest ritualem a nie po prostu histerycznym gestem. bo jak stoisz nad umywalką i paliz świeczkę i płaczesz, to czy to jest rytuał? czy to jest po prostu rozpatrywanie sie z emocjami. granica jest rozmyta
Ten wątek z histerycznym gestem jest ważny. W bioenergetyce patrzymy też na to co ciało robi w trakcie. Rytuał wykonany w rozpaczliwym napięciu fizycznym, zacisniete szczęki płytki oddech, spiete barki to jest zupelnie inne środowisko niz ciało w miarę zrelaksowane. I pytanie, czy intencja moze przebić się przez takie napięcie. Nie twierdze, że nie, ale to jest cos co obserwuję u siebie i u innych.
To co mówi Gruszanka ma sens jeśli chodzi o tego, co sama czułam. Napięcie bylo ogromne, ale to nie bylo napięcie bez kierunku. wiedziałam, czego chce. Może niewyraźnie, może chaotycznie, ale wiedziałam. I zastanawiam się teraz, czy to nie jest wlasnie ta różnica, o której tu gadamy pomiędzy płaczem nad umywalką a czymś, co ma w sobie jakieś jądro.
