Ostatnio wróciłem do czegoś, o czym rzadko się mówi w kontekście rytuałów - do samej formy. Nie do intencji, nie do efektu, ale do tego, jak rytuał wygląda, pachnie, jak jest zbudowany w czasie. Mam kilka praktyk które wykonuję właaściwie bez żadnego konkretnego celu magicznego. zapalenie świecy o określonej porze, ułożenie kilku kamieni w określonym porządku, wymówienie kilku słów - ale wyłącznie dlatego, że ta sekwencja jest dla mnie estetycznie skończona. Zamknięta. ładna w jakimś trudnym do opisania sensie. I zastanawiam się, czy takie podejście ma tutaj jakieś miejsce, czy jest z waszego punktu widzenia w ogóle rytualem - skoro nie ma za sobą żadnej wyraźnej inntencji sprawczej.
To jest naprawdę dobre pytanie i cieszę się, że ktoś je wreszcie postawił wprost. Bo w dyskusjach o rytuałach intencja jest traktowana jak aksjomat - bez niej rzekomo nic nie działa, nic nie ma sensu. Ale przecież rytuały w wielu tradycjach były przede wszystkim aktami estetycznymi. Japońska ceremonia herbaty - chanoyu - jest tego klasycznym przykładem. Formalnie nie jest skierowana na żaden zewnętrzny cel 😀 Chodzi o samą czynność, o jej formę, o obecność w niej. oj tam i nikt tam nie mówi, że to "nie liczy się" jako rytuał. Pytanie tylko, co rozumiesz przez "liczyć się" - bo to może być różne dla różnych osób.
Właśnie ten argument z chanoyu trochę upraszcza sprawę, bo ceremonię herbaty jednak poprzedza bardzo konkretna filozofia - wabi, sabi, obecność, jedność z chwilą. Tam estetyka jest zakorzeniona w systemie wartości. To nie jest "ładne dla oka", to jest wyraz pewnego rozumienia świata. Więc pytanie brzmi - czy rytuał czysto estetyczny, bez żadnego zaplecza filozoficznego, to nadal rytuał? czy może to wtedy po prostu czynność powtarzalna, nawyk, trochę bardziej upiększony?
Brzmi to jak coś, co psychologia nazywa niekiedy "procedurą uziemiającą" - ale to pojęcie jest trochę za wąskie na to, co opisujesz. Ja mam coś podobnego z medytacją - są dni, kiedy siadam bez żadnego celu poza samym siedzeniem w określony sposób. I nie wiem, czy to jeszcze medytacja, czy już tylko siedzenie. Ale wiem, że po tym jest inaczej niż bez tego. Może forma sama w sobie robi coś z człowiekiem, niezależnie od tego, czy mu to przypisujesz czy nie?
Mnie zawsze zastanawia, skąd w ogóle to poczucie, że rytuał "musi działać" w jakiś mierzalny sposób. Skąd ten przymus efektu? Mam kilka rzeczy, które robię regularnie przy zmianie księżyca - nie dlatego, że oczekuję konkretnego wyniku, ale dlatego, że to dla mnie znaczący moment, który chcę jakoś uczcić. Czy to jest rytuał? Dla mnie tak. i szczerze mówiąc, niespecjalnie obchodzi mnie, czy ktoś uzna go za "prawdziwy".
To jest kwestia, która poojawia się w filozofii sztuki dość regularnie. Walter Benjamin pisał o aurze - o tym, że pewne przedmioty i czynności mają jakość, która nie jest wymierna, ale jest odczuwalna. Rytauł estetyczny może właśnie tę aurę wytwarzać albo podtrzymywać. nie wiem, czy to "magia" w klasycznym rozumieniu, ale jest to coś realnego dla tego, kto tego doświadcza. Pytanie do autorra tematu: czy masz poczucie, że te twoje sekwencje coś w tobie zmieniają? Nawet subtelnie?
A czy ktoś tu rozróżnia w ogóle między rytuałem a ceremoniałem? Bo mi się wydaje, że w tym rozrożnieniu może leżeć odpowiedź. Ceremoniał może być czysto formalny, oparty na estetyce i porządku, bez żadnej intencji sprawczej. Rytuał tradycyjnie zakłada jakieś działanie na rzeczywistość - symboliczne lub dosłowne. Może to, co opisuje autor, jest ceremoniałem właśnie? I co w tym złego?
Dobra, ale mi chodzi o coś konkretnego - jeśli ktoś robi rytuał bez intencji to skąd wie, że w ogóle robi coś więcej niż myje zęby? Serio, nie złośliwie pytam. Bo moje mycie zębów też ma swoją sekwencję, swój czas, swoją estetykę nawet. Co to odróżnia od rytuału? Uwaga, skupienie? Poczucie wyjątkowości momentu?
Słuchajcie, a czy ktoś praktykuje coś takiego regularnie? Mam na myśli właśnie rytuały, które są czysto dla siebie, bez żadnego konkretnego celu? Bo ja zawsze byłam nauczona, że muszę wiedzieć, o co proszę, żeby w ogóle zacząć. I teraz się zastanawiam, czy to nie jest właśnie za wąskie podejście.
I właśnie - "działa na mnie". To jest ta sprawczość, tyle że skierowana do wewnątrz. Może to jest właśnie definicja rytuału estetycznego: zmienia stan podmiotu, a nie obiektów zewnętrznych. I ciekawe, czy to jest "mniej magiczne" z perspektywy różnych tradycji, czy może po prostu inaczej magiczne. Szamanizm syberyjski na przykład rozróżniał między rytuałami "wychodzącymi" - skierowanymi na świat - i "wchodzącymi" - skierowanymi na siebie, na transformację wewnętrzną.
W słowiańskiej tradycji obrzędowej forma i estetyka były nierozerwalnie splecione z treścią kolor nici, kształt węzła, kierunek ruchu - to nie były ozdobniki, to był język. Ale ten język nie wymagał świadomego tłumaczenia przez wykonawcę. babcia, która wiązała określony węzeł przy narodzinach dziecka, mogła nie wiedzieć, skąd pochodzi ten zwyczaj - a i tak był skuteczny w sensie wspólnotowym, bo wszyscy wokół rozumieli jego znaczenie. Forma niosła treść bez potrzeby jej werbalizowania. Więc może estetyka i magia nigdy nie były aż tak oddzielne.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że krążymy wokół czegoś, co różne tradycje rozwiązują bardzo różnie. W praktyce czakr na przykład estetyka przestrzeni - kolory, materiały, ułożenie elementów - jest traktowana jako aktywna część rytuału, nie ozdoba. Zmiana koloru świecy nie jest tylko wizualna, bo kolor oddziałuje na częstotliwość uwagi. Ale nie oczekuje się od praktykującego, że "wierzy" w to - wystarczy, że to robi. Więc może pytanie nie brzmi "czy to liczy się", ale "co dokładnie liczy się i dla kogo".
Właściwie to, co tu piszecie, bardzo mnie skłania do przemyślenia czegoś, co robiłam od dawna nie myśląc o tym jako o rytuałach. Mam pewien sposób układania wieczoru - konkretna kolejność czynności, konkretna muzyka, konkretne światło. Robiłam to, bo tak mi dobrze. Dopiero teraz zastanawiam się, czy to nie jest właśnie rytuał estetyczny - stworzony przez siebie, bez żadnego systemu za sobą, ale powtarzalny i znaczący.
Mam inne zdanie niż Martusia. Rozróżnienie ma sens, bo chodzi o intencję. Możesz robić coś, co zmienia twój stan, zupełnie nieświadomie - jak gorący prysznic przed snem. Nkt nie nazwie tego rytuałem, a efekt jest wyraźny. to, co odróżnia rytuał, to ta warstwa uwagi, którą wnosisz. Pytanie do Ballen: czy Ty wnosisz tę uwagę, czy to jest bardziej automatyczne?
Mnie tu uderza coś innego. Słuchajcie, my rozmawiamy o tym, czy rytuał bez intencji "się liczy", a ja się zastanawiam - liczy się dla kogo? Bo jeśli dla nas samych, to odpowiedź jest prosta: jeśli czujesz, że coś wnosi, to wnosi. Jeśli pytasz, czy liczy się w jakimś obiektywnym sensie magicznym - to to jest zupełnie inne pytanie i nie wiem, czy ktokolwiek ma tu autorytet, żeby odpowiedzieć.
Jest - i to nie jedna. shinto w swojej podstawowej warstwie nie pyta o skutek. Misogi, rytualne oczyszczenie wodą, nie jest robione po to, żeby uzyskać konkretny efekt. jest robione, bo jest właściwe. Bo przywraca pewien porządek między tym, co nieczyste, a tym, co czyste. Forma jest treścią. Nie ma potrzeby tłumaczenia jej na coś poza nią samą.
Mam wrażenie, że gdzieś po drodze wymieszaliśmy dwa pytania. Jedno to: czy rytuał estetyczny "się liczy" w sensie magicznym albo duchowym. Drugie to: czy w ogóle zasługuje na nazwę rytuał. Bo odpowiedzi na te dwa pytania mogą być bardzo różne i chyba warto je rozdzielić, żeby nie kręcić się w miejscu.
Słuchajcie, może to naiwne, ale ja zawsze myślaałm, że jak coś robisz regularnie i z uwagą, to samo w sobie coś znaczy. Nie musi być żadnej magii. Moja babcia codziennie rano zapalała świeczkę przy oknie, bez modlitwy, bez prośby - po prostu zapalała. Nikt tego nie nazywał rytuałem, a dla niej to było ważniejsze niż niejedna msza.
Właśnie ten przykład ze świeczką jest bardzo bliski temu, o czym myślałem zadając to pytanie na początku. To nie jest działanie bez sensu. To działanie, którego sens jest w nim samym. i mam wrażenie, że doszliśmy do czegoś prostego: rytuał estetyczny nie jest gorszy ani niepełny. Jest po prostu inaczej skierowany.
To mi daje do myślenia nad moim własnym podejściem. Zawsze musiałam wiedzieć, czego chcę. A może część rzeczy, które robię bez konkretnego celu, też zasługuje na tę uwagę i na tę przestrzeń. tak jak ta świeczka przy oknie.
Właśnie to mnie tu zatrzymuje. Medytacja z obiektem i rytuał estetyczny - gdzie jest granica? Bo jeśli siedzę i skupiam się na oddechu, to nie jest rytuał w żadnym formalnym sensie. Ale jeśli wkładam w to sekwencję gestów, konkretną pozycję, porę dnia - to już brzmi jak rytuał. Różnica leży w tej zewnętrznej formie czy w czymś jeszcze?
Mnie też to ciekawi, bo jak czytam tę rozmowę, to zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle mam taki zmysł. Robię różne rzeczy regularnie, ale chyba nigdy nie sprawdzałam czy forma jest "zamknięta". Po prostu robiłam i gotowe. Może właśnie dlatego część z tego się po jakimś czasie rozsypywała.
To co opisujesz jest bardzo bliskie temu, co w praktykach ciała - takich jak qi gong albo niektóre formy tai chi - nazywa się "forma dla formy". Nie ćwiczysz po to, żeby poprawić zdrowie, nie skupiasz się na oddechu jako technice, tylko prowadzisz ciało przez sekwencję i pozwalasz sekwencji być. Czy ty masz jakieś doświadczenia z czymś takim, czy to własna droga?
To, co mówi Konstancja, przypomniało mi coś, o czym kiedyś czytałam w kontekście teatru nō. Tam aktor przez lata uczy się form ruchowych, które nie są "ekspresją emocji", ale właśnie czystą formą. Emocja ma wynikać z precyzji ruchu, nie ruch z emocji. To jest odwrotnie niż w większości zachodniej estetyki 😉 I może rytuał estetyczny Ballen działa podobnie.
To jest uczciwa odpowiedź. I właściwie odpowiada na moje pytanie lepiej niż jakikolwiek konkretny rok. Tylko że teraz mam inne - czy to poczucie braku posiadania formy jest dla ciebie komfortowe? Bo w nō to jest właśnie źródło napięcia, które napędza pracę. ale tam jest mistrz, który patrzy. Tu jesteś sam ze sobą.
Do Jasminki - to jest bardzo dobre pytanie, ale może właśnie o to chodzi. Zeami też się uczył od innych. Ziran też nie jest oderwane od środowiska. Może to, że coś przyszło z zewnatrz, nie sprawia, że jest mniej twoje. Ważniejsze jest może to, co z tym zrobiłaś - czy to zostało przetrawione, czy tylko skopiowane.
Słucham i myślę o sobie. Ja chyba zawsze kopiowałam i nigdy specjalnie nie trawiłam. Podpatrywałam, jak ktoś coś robi, i robiłam podobnie. Teraz się zastanawiam, czy to w ogóle była moja forma, czy cudza, którą zapożyczyłam. I co z tego zostało po latach - bo część rzeczy wciąż robię, ale nie wiem już, dlaczego.
