Na pytanie Toli - nie ma prostego testu, ale jest jedna rzecz, którą można sprawdzić: co się dzieje kiedy jej nie zrobisz. Jeśli nie robiąc tego, czujesz, że czegoś brakuje - nie w sensie niepokoju, ale w sensie pewnej niekompletności dnia - to forma ma jeszcze życie. jeśli nie robisz i jest tak samo, to chyba ostygła. To oczywiście uproszczenie, ale bywa trafne.
To z tymi proporcjami jest bardzo konkretne i daje mi do myślenia. Mówisz o wewnętrznym poczuciu proporcji, które pilnuje całości. Ale jak to poczucie się ukształtowało? Czy to było stopniowe, że po wielu sesjach zacząłeś wiedzieć, kiedy coś jest za krótkie, a kiedy za długie? Bo mam wrażenie, że to jest jeden z najtrudniejszych elementów do przekazania komuś innemu.
Wracając do pytania Toli o nawyk versus formę - mam wrażenie, że ta rozmowa o proporcjach właśnie to rozświetla. Nawyk nie ma proporcji w tym sensie. kawa jest kawą niezależnie czy trwa cztery minuty czy sześć. Ale jeśli ktoś ma wewnętrzne poczucie, że jeden element "zjadł" inny - to jest już coś innego. Forma pilnuje sama siebie.
To porównanie z fałszywą nutą jest dla mnie bardzo trafne. W praktykach ciała - qi gong tai chi - mówi się o czymś podobnym w kontekście struktury ruchu. Można wykonać formę bezbłędnie technicznie i jednocześnie mieć poczucie, że coś nie "siedzi". To jest chyba właśnie to. I ciekawe jest to, że to poczucie jest wcześniejsze od analizy - to znaczy, najpierw wiesz, że coś nie tak, a dopiero potem możesz powiedzieć, gdzie.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może naiwne - czy to znaczy, że rytuał czysto estetyczny może mieć takie błędy? Bo ja myślałam, że skoro nie ma celu "magicznego", to kryteria są inne. Że po prostu jest ładnie albo nie. Ale z tego co czytam, to nie jest takie proste.
Wchodzę w ten wątek o spirali i pętli, bo to jest pytanie, które pojawia się też przy rytuałach z tradycją - jak odróżnić konsekwentną praktykę od utknięcia. I nie znam na to dobrej odpowiedzi ale jest jedna obserwacja: w praktykach sformalizowanych jest zwykle ktoś, kto ma zewnętrzną perspektywę. W praktyce solowej tego nie ma. Może dlatego właśnie proporcje są takie ważne - bo są jedynym wewnętrznym testem, który nie zależy od nastroju.
Na pytanie o spiralę versus pętlę - nie wiem, jak to sprawdzam definitywnie. Ale jest jeden sygnał który mi pomaga: czy forma otwiera coś nowego, czy tylko potwierdza to, co już wiem. Kiedy sesja kończy się tym, że wiem więcej albo inaczej - to chyba jest spirala. Kiedy kończy się tym, że wszystko jest jak zawsze i nic nowego nie ma - to może jest pętla. ale to też jest subiektywne i wiem o tym.
To jest pytanie, które mnie też zatrzymuje. Bo przyjemność estetyczna nie jeest neutralna - kształtuje percepcję, uwagę, to, na co zwracasz uwagę następnym razem. Nie wiem, czy to kształtowanie siebie w mocnym sensie, ale na pewno coś się dzieje z tym, kto praktykuje regularnie, nawet jeśli nie ma żadnej intencji poza formą.
Mam pytanie do całej tej rozmowy o tradycji: czy wy w ogóle uważacie, że rytuał czysto estetyczny potrzebuje jakiegoś zakorzenienia, żeby "działać" - cokolwiek to znaczy? Bo mam wrażenie, że rozmawiamy o tym, jakby brakowało mu legitymizacji, a może po prostu nie potrzebuje żadnej.
no ale, to ważne rozróżnienie. Forma, która jest z natury zamknięta, działa inaczej niż forma, która utknęła. Kiedy świadomie wchodzę w powtórzenie - nawet jeśli nic nowego się nie pojawia - to jest decyzja, jest jakiś rodzaj skupienia w tym geście. Pętla zaczyna się wtedy, kiedy powtórzenie przychodzi z bezwładu, nie z wyboru. Chyba o to chodziło w tym, co mówiłem wcześniej, ale nie powiedziałem tego wprost.
To jest chyba najważniejsze napięcie w tym wątku. Cała rozmowa krąży wokół tego, jak ocenić własną praktykę bez zewnętrznego miernika. I nie mam dobrej odpowiedzi, ale mam obserwację: kiedy praktykuję coś regularnie i przestaję to kwestionować - to jest sygnał, żeby zapytać, dlaczego przestałam. Nie dlatego, że kwestionowanie jest lepsze, ale dlatego, że brak pytań bywa wygodniejszy niż prawdziwy.
