Nie wiem jak to ująć, żeby nie brzmiało banalnie, ale od jakiegoś czasu mam poczucie, że samotność to nie jest tylko stan, który mija jak zmienia się coś na zewnątrz. Siedzi głębiej. I zastanawiam się, czy są jakieś praktyki, rytuały, cokolwiek, co można robić na siebie, bez czekania aż życie się jakoś ułoży. Nie chodzi mi o to, żeby przyciągnąć kogoś konkretnego ani w ogóle kogoś przyciągnąć. Bardziej o to, żeby zmienić coś w sobie. Może sposób, w jaki w ogóle funkcjonuję z tym uczuciem. no, czy ktoś chodził podobną drogą?
Mnie to pytanie trochę zaskoczyło, bo większość osób w takiej sytuacji od razu szuka czegoś "na partnera", a tu ktoś mówi, że chce pracować na siebie. To już jest jakaś zmiana perspektywy. Ja przez chwilę robiłam pewną praktykę, którą można by nazwać rytuałem przyjmowania własnej obecności, ale nie wiem czy to co mam na myśli, to będzie coś, czego szukasz. Może najpierw powiedz, jak to wygląda u ciebie od strony codzienności? Czy to jest samotność, która przychodzi falami, czy raczej takie stałe tło?
Ja się wtrącę, bo to mnie dotyczyło przez dłuższy czas. Próbowałam różnych rzeczy i powiem szczerze, że rytuały, które działały na mnie zewnętrznie, tzn. świece, kadzidła, wizualizacje, robiły jedno: zmuszały mnie do zatrzymania się 😉 I to było ich jedyne działanie, które miało sens. Nie żadna magia, tylko fakt, że przez te piętnaście minut nie uciekałam w telefon ani seriale. Ciekawa jestem, czy inni to tak samo odczuwali, bo słyszałam też opinie, że u niektórych to idzie głębiej i ta zmiana jest trwalsza.
Wchodzę tu, bo temat jest ciekawy, ale chcę rzucić inny kąt. w pracy z czakrami to czego szukamy przy samotności tego rodzaju, czyli tej egzystencjalnej, a nie tylko braku towarzystwa, to często zakleszczenie w czakrze serca i sakralnej jednocześnie. tylko że praca z tym przez rytuał zewnętrzny bez wewnętrznego porządkowania daje bardzo krótkotrwałe efekty. Widziałem to nie raz. ktoś robi rytuał, czuje poprawę na kilka dni, a potem wraca do punktu wyjścia, bo nie zmienił nic w tym, jak interpretuje swój stan. Mam wrażenie, że w tym wątku mówimy trochę o dwóch różnych rzeczach naraz.
To "żyję obok swojego życia" to bardzo konkretne. i to jest inna sprawa niż zwykła tęsknota za człowiekiem. Ja to też znałam. Robiłam wtedy taką praktykę, która polegała na tym, że wieczorem przez kilka minut świadomie nazywałam co się wydarzyło w ciągu dnia. no ale, na głos, do siebie, bez oceniania. coś między dziennikiem mówionym a rytuałem obecności. Głupio brzmi w opisie, ale miało sens w praktyce.
Ta kwestia nazywania na głos to mnie ciekawi. Czy to nie jest za bardzo psychologia niż rytuał? Pytam serio, bo sama bywam na granicy i nie zawsze wiem, gdzie jedno się kończy a drugie zaczyna. Bo rytuał w moim rozumieniu ma jakiś element symboliczny, intencjonalny, coś co wychodzi poza samo nazywanie faktów.
Czytam tę rozmowę i mam mieszane odczucia. Bo z jednej strony to co mówi Mikolajek ma sens i ma korzenie, ale z drugiej strony kiedy ktoś cierpi, to najgorsze co można mu powiedzieć to "po prostu siedź i bądź" bo to nie jest takie proste. samotność tego rodzaju, o jakiej mówi Henryka02, ma w sobie często element odcięcia od własnego ciała. I rytuały, które dobrze działają w takich przypadkach to te, które mają komponent sensoryczny. ogień, zapach, coś w dłoniach. Nie żeby "coś wywołać", ale żeby dać sygnał układowi nerwowemu, że jest teraz, tu. to nie jest magia w sensie transakcyjnym. To jest magia w sensie oddziaływania formy na treść.
Przepraszam, że wchodzę, ale jestem trochę zagubiona. Czy mogłabym zapytać, jak taki rytuał z sensoryką w praktyce wygląda? Tzn. czy to jest coś, co się planuje, przygotowuje, czy raczej coś spontanicznego? I ile czasu to zajmuje? Bo jak słyszę "rytuał", to wyobrażam sobie coś bardzo skomplikowanego i boję się, że nie dam rady.
Nie chcę psuć atmosfery, ale trochę sceptycznie podchodzę do tłumaczenia rytuałów przez to, co robi mózg. Albo to jest coś duchowego, albo to jest technika relaksacyjna. Jak mówimy "mózg zaczyna traktować", to jesteśmy w zupełnie innym dyskursie niż rytuał. Mam wrażenie, że te dwa podejścia są mieszane i to może być mylące dla kogoś kto szuka naprawdę czegoś magicznego, a nie ćwiczenia oddechowego ze świecą.
no dobra, właśnie, to jest dobre pytanie. ja sama długo myślałam, że rytuał musi produkować jakiś "efekt zewnętrzny", żeby być prawdziwy. Potem zmieniam zdanie. Nie wiem do końca czemu, ale zmieniłam. Może przez to, że zaczęłam czytać o tym jak funkcjonują rytuały przejścia w różnych kulturach. One nie "wywołują" zmiany. One ją ogłaszają. Coś się już zmieniło, a rytuał to formalizuje. Ciekawe, czy tu też tak to działa.
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że każdy mówi o czymś trochę innym, ale gdzieś w środku to jest spójne. Ta regularność, o której mówił Pustelnik, ta sensoryka, to siedzenie Mikolajka przy sobie. To wszystko wydaje się mówić, że chodzi o budowanie jakiegoś nowego stosunku do własnej obecności. Tylko że ja nie wiem, od czego zacząć. czy jest coś konkretnego, co mogłabym spróbować jako pierwsze, bez ryzyka, że zrobię coś nie tak?
eee, Dobra, słucham Mikolajka i rozumiem, ale mam pytanie praktyczne. Jak ktoś jest naprawdę w dołku z powodu tej samotności, to skąd ma wziąć tę uwagę? Bo to co opisujesz zakłada już jakiś stopień wewnętrznego spokoju. A jak go nie ma? Pytam serio, bo nie każdy może po prostu "utrzymać kierunek uwagi przez czas".
Czytam i mam takie poczucie, że dużo tutaj mówicie o tym co się dzieje w trakcie i po, a mało o tym co przed. Czy sposób w jaki się przygotowuje do rytuału ma znaczenie? Mam na myśli, czy na przykład wcześniejsze afirmacje, albo choćby to, jak wchodzę w tę przestrzeń, zmienia coś w tym co potem czuję?
To co piszecie o tym "przed" mnie bardzo zastanawia, bo sama nie miałam o tym pojęcia. Zawsze myślałam, że rytuał to jest ta chwila, kiedy coś robię, zapalona świeca, słowa, cokolwiek. A tu wychodzi, że może ważniejsze jest jak do tego wchodzę. Czy jest coś konkretnego, co możecie polecić jako takie otwarcie dla kogoś, kto dopiero zaczyna? Nie coś skomplikowanego, ale takiego, żeby naprawdę zadziałało.
Henryka, rozumiem to pytanie, bo sama przez długi czas myślałam podobnie. Odpowiem konkretnie: zmycie rąk zimną wodą przed rytualem to jedna z najprostszych i jednocześnie najstarszych praktyk oczyszczających, jakie znam. Nie dlatego, że "magia wody", ale dlatego, że to fizyczna zmiana stanu. Zimna woda wybudza, skupia, wymaga obecności. Robisz to celowo, powoli, i to wystarczy żeby powiedzieć ciału, że coś się zmienia. W różnych tradycjach, od japońskich misogi po europejskie praktyki liturgiczne, obmycie rąk lub ciała pełniło właśnie tę funkcję graniczną ojej no, To nie jest przypadek.
Tutaj po stronie Agatka03. Każda tradycja zaczyna od konkretnych form. Dopiero przez regularne ćwiczenie tych form odkrywa się, co za nimi leży. Idea "ucz się bez formy" jest stosunkowo nowa i moim zdaniem nie sprawdza się w praktyce bo bez struktury uwaga nie ma się na czym oprzeć. Zresztą Henryka02 sama napisała, że chce coś zrobić teraz, a nie za pół roku po własnym odkryciu.
Wchodzę tu z boku, bo przeczytałem całą dyskusję o formie i muszę dopowiedzieć jedną rzecz. Forma nie musi być skomplikowana. W wielu tradycjach szamańskich wejście w przestrzeń rytuału oznaczało doslownie fizyczne przekroczenie progu, narysowanie linii, postawienie kamienia. Coś co oddziela. Dla kogoś, kto zaczyna, takim progiem może być zapalenie jednej świecy i powiedzenie na głos czegoś bardzo prostego, wlaśnie że teraz jest czas tylko na to. Nie trzeba więcej. Struktura to nie jest skomplikowanie, to jest powtarzalność.
Mogę się tu odezwać, bo to jest coś, z czym sama się mierzyłam. Przez długi czas myślałam, że nieregularność mnie dyskwalifikuje i że jak nie robię czegś codziennie, to w ogóle nie ma sensu zaczynać. Potem zobaczyłam, że to samo myślenie jest częścią problemu, bo samotność też często idzie w parze z poczuciem, że "nie zasługujesz" na dobre rzeczy, jeśli nie jesteś wystarczająco wytrwała. Więc może warto zacząć właśnie od nieregularności i zobaczyć czy to w ogóle coś daje, zamiast stawiać sobie poprzeczkę na starcie.
Nie spodziewałam się, że ktoś wróci do tego co napisałam na początku 🙂 Powiem szczerze, to jest trochę z obu stron. Nie mam poczucia, że coś jest ze mną nie tak, ale faktycznie mam wrażenie, że czekam i że ten czas w ciszy jest trochę zmarnowany. Jakby życie się zatrzymało. I stąd to pytanie, czy jest coś co mogę robić teraz, żeby to oczekiwanie nie było pasywne.
Ciekawy kierunek, ale mam wątpliwość. Jeśli ktoś jest w naprawdę złym miejscu z powodu samotności to celowe siedzenie sam ze sobą bez zadnej struktury i bez celu może być po prostu nieprzyjemne bez żadnego efektu. Sam tak miałem kiedyś, że próbowałem "być w ciszy" i skończyło się spiralą myśli, nie jakimś wglądem. Co sprawia, że ta praktyka idzie w kierunku budowania czegoś, a nie po prostu w dół?
Słuchajcie, może głupie pytanie, ale czy do takich praktyk na siebie, żeby nie tracić czasu w samotności, przydają się jakieś kamienie? Czytałam gdzieś o akwamarynie jako kamieniu, który ma pomagać w znoszeniu samotności i przechodzeniu przez okresy odosobnienia. Czy ktoś z tego korzystał?
To jest pytanie, nad którym nie ma jednej odpowiedzi i myślę, że dobrze, że w ogóle tu weszło. Dla mnie różnica jest w intencji i uwadze. Nawyk możesz robić na autopilocie, rytuał zakłada, że przez chwilę jesteś naprawdę obecna w tym co robisz. Ale to nie jest moja autorska teoria, to jest coś co pojawia się i w literaturze antropologicznej, i w tradycjach kontemplacyjnych na całym świecie.
Czytam to wszystko i zaczynam rozumieć, że to o czym piszecie to nie jest jakaś skomplikowana praktyka, tylko bardziej świadome wejście w to, co już robimy albo moglibyśmy robić. Ale mam pytanie, które mnie ciągnie od początku. Czy te rytuały na siebie, o których mówicie, macie wrażenie, że zmieniają coś w tym jak potem czujecie się w kontakcie z innymi? Czy to tylko coś wewnętrznego, co zostaje w środku?
Bardzo dobre pytanie i dla mnie odpowiedź jest tak. Nie w sensie, że nagle stajesz się inną osobą albo że ludzie się zjawiają. Ale jest coś w tym, że jak regularnie spędzasz czas ze sobą bez zewnętrznego hałasu, to przestajesz wysyłać tę desperację, którą ludzie wyczuwają 🙂 Nie wiem jak to nazwać inaczej niż przez obserwację, że zmieniała się jakość moich rozmów z innymi po takich okresach.
Wchodzę tutaj z boku, bo ten wątek między Zawilec i Chryzoprazkaa jest dla mnei ważny. W tradycjach, które znam, rozróżnia się praktyki skierowane na siebie jako cel sam w sobie od praktyk, które są środkiem do czegoś. i ta różnica nie jest tylko etyczna. Praca z sobą jako celem sama w sobie ma inną strukturę, inne tempo, inne znaki postępu. Jeśli robisz rytuał na siebie z myślą "żeby coś się zmieniło na zewnątrz", to siłą rzeczy oceniasz efekty przez to co przychodzi z zewnątrz. A jesli robisz to dla siebie, to masz inne kryteria i o dziwo, łatwiej ci utrzymać praktykę, bo nie zależy od wyników.
Czytam to od dłuzszego czasu i mam jedno pytanie do całej tej rozmowy. Mówicie dużo o miejscu, o progu, o siedzeniu. Ale co z porą? ojej, Bo mam wrażenie, ze dla mnie samotność jest najbardziej dotkliwa wieczorami i zastanawiam się, czy pora rytuału ma znaczene, czy można to robić kiedy się chce.
eh, dobre pytanie z tą porąą, bo sama się nad tym zastanawiałam. Mam wrażenie, że wieczór jest trudniejszy nie dlatego, że samotność jest wtedy wiiększa, tylko dlatego, że nie ma już nic, co by ją przykrywało. W ciągu dnia masz zadania, ludzi, ruch. Wieczorem zostaje to, co jest. I może właśnie dlatego wieczorny rytuał ma inną wagę niż poranny.
