Założyłem ten temat, bo od jakiegoś czasu kęcę się wokół jednej rzeczy, której nie umiem nazwać inaczej niż - potrzeba akceptacji od rodziców. Mam swoje lata, nie jestem dzieckiem, a mimo to coś we mnie wciąż chce się im spodobać. Chce usłyszeć że dobrze robię. że jestem w porządku. I za każdym razem, kiedy tego nie dostaję - a nie dostaję tego prawie nigdy - czuję się jak sześciolatek, któremu powiedziano, że narysował brzydki obrazek. Zastanawiam się, czy są jakieś rytuały, które pomagają to przepracować. Nie chodzi mi o zerwanie relacji ani o magię w stylu "niech mnie wreszcie pokochają" - to kompletnie nie o to. Bardziej o to, zeby samemu przestać tego potrzebowac w taki obsesyjny sposób. Bo to mnie wyczerpuje bardziej niż sama relacja.
Znam to uczucie, pisałeś o tym tak, że aż mi coś ścisnęło. To "coś" co w nas tkwi i woła o zatwierdzenie - to nie jest słabość, to po prostu niezaspokojona potrzeba z dzieciństwa, która nigdzie nie poszła. Ona siedzi i czeka. I żaden rytuał tego nie przepiszę jak pliku, ale rytuały mogą pomóc zmienić to, jak się do tej potrzeby odnosisz. Pytanie tylko - czy próbowałeś do tego w ogóle podejść od strony jakiejś pracy z intencją? Nie mówię od razu o skomplikowanych rzeczach, ale chociażby pisanie listów, które się potem spala?
U mnie był ten drugi typ - ojciec fizycznie obecny, ale jakby zza szyby. I długo myślałam, że to moja wina, że nie potrafię się do niego przebić. Zaczęłam pracować z runami przy tym temacie - konkretnie Perthro i Ingwaz razem - nie jako zaklęcie, tylko jako punkt wyjścia do medytacji. Perthro jest dla mnie tym, co zakopane, co czeka na odkopanie. A Ingwaz to potencjał, który może się ujawnić dopiero wtedy, kiedy zamknie się pewien ckl. Nie wiem, czy to ma sens dla kogoś z zewnątrz, ale dla mnie te obrazy pomagały mi zobaczyć, że to nie we mnie był błąd.
Dużo tu już powiedziano i dobrze, ale chcę dodać jedną rzecz, bo temat jest poważny. Rytuały przy takich sprawach - ze starymi ranami po rodzicach - mogą bardzo pomóc, ale mogą też na chwilę odciąć od uczucia bez jego przepracowania. I to jest pułapka. Widziałam to wiele razy. Ktoś robi rytuał "uwalniania", czuje ulgę przez tydzień, potem wraca do punktu wyjścia i myśli, że rytuał był słaby albo że zrobiła coś nie tak. A problem jest gdzie indziej - ciało i psychika muszą być w tym razem, nie tylko intencja. Dlatego pytam - czy ktokolwiek tutaj próbował łączyć rytuał z czymś bardziej cielesnym? Ruch, oddech, cokolwiek?
Ale zaraz - czy takie spalanie listu albo zakopywanie nie jest trochę zbyt symboliczne, żeby naprawdę coś zmienić? Mam wrażenie, że ludzie często robią rytuał, czują się lepiej przez chwilę, i tyle. To nie jest jakaś krytyka, bardziej pytam - skąd wiadomo, że to działa długoterminowo, a nie tylko chwilowo poprawia nastrój?
Czytam to od początku i mam jedno pytanie, bo zazwyczaj podchodzę do tych rzeczy sceptycznie, ale tutaj coś mnie zatrzymało. Mówicie o rytuale jako o pracy z symbolem, z ciałem, z intencją - i to wszystko brzmi sensownie psychologicznie. Ale czy ktoś potrafi powiedzieć, gdzie dla was zaczyna się rytuał, a kończy terapia? Pytam szczerze, bo widzę tutaj sporą część pracy którą robi dobry psycholog.
Ja bym tu powiedziała, że to zależy od człowieka. serio, są ludzie, którym wystarczy napisać list i go spalić przy świecy, i coś się w nich przesuwa - bo sami temu dają wagę. A są tacy, którzy potrzebują głębszego systemu, jakiegoś kontekstu, który ten rytuał niesie. Myślę, że sam fakt że jest się na tym skupionym, że się to robi z intencją, to już robi robotę. Czy to ezoteryczne, czy nie - trochę wtórna sprawa.
Ten wątek z wiekiem mnie zatrzymuje, bo ja też to robiłam i nigdy nie nazwałam tego w ten sposób - że to konkretny wiek, a nie "dziecko w ogóle". Jak się skupisz na konkretnym czasie, to jakoś wyraźniej wiesz, do czego się odnosi. Mam to zapisane u siebie w notatniku - że po takim ćwiczeniu napisałam zdanie, którego normalnie bym nie powiedziała nawet sobie. I to zdanie było inne niż to, co myślałam, że wiem na ten temat.
Czytam tę rozmowę o "wiedzy bez słów" i zaczyna mnie to interesować od zupełnie innej strony. W psychologii poznawczej jest coś, co nazywają wiedzą implicytną - to co wiesz, ale czego nie możesz zwerbalizować. I rytuał albo taka wizualizacja mogłaby być właśnie sposobem na wyjście tej wiedzy na powierzchnię. Czyli mechanizm byłby realny tylko opakowanie inne. Tylko pytanie do was - czy to dla was cokolwiek zmienia? Jeśli tak to działa, to czy nazwa "rytuał" jest tu potrzebna?
Ja na początku miałam dokładnie to samo. Siadałam i zamiast być z tym co jest, komentowałam siebie w głowie - "co teraz czuję, czy to właściwe uczucie, czy robię to dobrze". Pomogło mi wyjście od czegoś konkretnego i fizycznego, żeby głowa miała gdzie pójść. Rysowanie run, o którym mówiłam wcześniej - ręka jest zajęta, głowa trochę się uspokaja. Nie wiem czy to działa dla każdego, ale dla mnie ciało było wejściem, nie umysł.
Mam pytanie do Monisi76 i w ogóle do wszystkich, którzy mają to "ciało jako wejście" - jak długo trwało zanim to zaczęło działać? Znaczy, czy pierwsze razy były bezużyteczne, czy od razu coś się działo? Bo mi się wydaje, że jak coś nie działa od pierwszego razu, to zaczynam myśleć, że chyba "nie mam drygu" do takich rzeczy.
Dołączam do tej rozmowy, bo szukam czegoś dla siebie w tym temacie. Mam trudną relację z matką i od dawna czuję, że coś mi utknęło - ale jak próbowałam różnych rzeczy, to albo szłam za głęboko i potem byłam przez kilka dni rozbita, albo robiłam za mało i nic się nie zmieniało. Jak znaleźć tę środkową ścieżkę? Czy ktoś mial tak, że trochę źle dawkował to co robił?
Chcę wrócić do pytania Dezyderego sprzed chwili - o wyłączenie trybu oceniania. bo ja mam na to jedąn obserwację, którą zebrałam przez lata i nigdy wcześniej nie mówiłam tego wprost: analityczny umysł odpuszcza wtedy, kiedy jest czymś zajęty, nie kiedy go prosisz żeby odpuścił. Cisza i "postaraj się nie myśleć" to najgorsza instrukcja dla kogoś kto ma głowę stale w ruchu. Daj mu zadanie - obserwuj płomień, licz oddechy, rysuj - a on sam z siebie wyciszy inne kanały.
Dla mnie tym elementem jest zawsze konkretność. Nie "mama" ale konkretna twarz, konkretna sytuacja, konkretne słowa, które zostały powiedziane albo nigdy nie zostały powiedziane. Im bardziej abstrakcyjny temat, tym łatwiej mózg go omija. A relacja z rodzicem to nie abstrakcja - to jest stos konkretnych chwil. I rytuał który tego nie dotyka, tylko krąży wokół, robi mało. Przynajmniej tak to działa u mnie.
To co mówisz o konkretności - tak, dokładnie. Relacja z rodzicem to jest taki temat, który bardzo łatwo unosi się w powietrze i staje się abstrakcyjną chmórą bólu, żalu, niezrozumienia. I z chmurą nie możesz nic zrobić. Ale z konkretną sceną - możesz. Chociażby po to, żeby ją zobaczyć z zewnątrz, nie tylko ją czuć.
Mam takie pytanie, które mnie gryzie od jakiegoś czasu w tym wątku - czy te wszystkie rzeczy, o których tu mówimy, mają sens wtedy, kiedy relacja z rodzicem jest po prostu... zakończona? Znaczy, rodzic żyje, ale kontaktu nie ma i raczej nie będzie? Bo mam wrażenie, że część tych ćwiczeń zakłada jakiś ruch w kierunku tej osoby, a co jeśli ten ruch jest niemożliwy albo niebezpieczny?
To jest coś, o czym nie myślałem w taki sposób. Że chodzi o mój obraz rodzica, a nie o niego samego. Ale to też rodzi pytanie - bo ja mam ten obraz strasznie splątany. Raz jest w nim ktoś, kogo chcę przeprosić, raz ktoś, na kogo jestem wściekły, raz ktoś, kogo mi żal. I nie wiem, z którym z tych obrazów mam pracować.
Ja miałam dokładnie to samo z ojcem. i przez długi czas myślałam, że muszę najpierw wiedzieć, co czuję, żeby cokolwiek z tym zrobić. Ale okazało się, że to działa odwrotnie - jak siądziesz z tym bez planu, to te warstwy wychodzą same, jedna po drugiej. Nie zawsze w przyjemnej kolejności, ale wychodzą.
To co Cesia65 napisała o wstydzie za własną potrzebę - to mnie zatrzymało. Dezydery na początku napisał coś o tym, że coś w nim wciąż chce się im spodobać. Czy to nie jest właśnie ten sam mechanizm? Że wstydzimy się tej potrzeby, ale ona i tak działa, tylko jakby za plecami?
Czytam to i coraz bardziej rozumiem, dlaczego poprzednie moje próby nic nie dawały. Szłam od razu na poziom wybaczenia, a poniżej był wstyd, który nawet nie miał nazwy. Jak się nie wie co jest pod spodem, to się kopie w złe miejsce.
Mam pytanie do Szeptuchy i Kuni właściwie - a jeśli ktoś jest kompletnie odcięty od tychh warstw? Znaczy, siedzi z tym tematem, nic nie czuje, nic nie wychodzi, jest tylko taka pustka albo lekkie zniechęcenie? pytam bo mam znajomego, który tak opisuje swoje próby i nie wiem co mu powiedzieć.
Pisanie odręczne - to akurat próbowałem i coś tam rzeczywiście wychodziło inaczej niż jak piszę na klawiaturze. Ale zawsze po kilku minutach dochodziłem do momentu, kiedy nie wiedziałem co dalej pisać i przerywałem. wiesz co Czy to normalne, że jest taki ściana w połowie?
Bardzo normalne. Ta ściana to często moment, w którym zaczynasz dotykać czegoś, co jest naprawdę trudne - i głowa stawia blok. Jeden sposób żeby przez to przejść: pisz właśnie wtedy, kiedy nie wiesz co napisać. Dosłownie napisz "nie wiem co pisać, jest pusto, jest ściana" i pisz dalej nawet jeśli to bez sensu. Często ta ściana jest cienka i jak piszesz przez nią, to okazuje się że za nią jest coś konkretnego.
Ten system alarmowy - to trafne określenie. Bo ja właśnie tak to czuję, że jest jakaś część mnie, która cały czas skanuje, czy jestem "wystarczający". I to nie zniknęło, kiedy wyprowadziłem się z domu, nie zniknęło kiedy skończyłem studia, nie zniknęło kiedy zacząłem zarabiać. jak gdyby ta część nie wiedziała, że cokolwiek się zmieniło.
Mam trochę inne podejście do tego. Rytuał nie musi "dotykać wszystkich warstw" żeby był skuteczny. czasem wystarczy że zmienia zachowanie i tworzy nowe skojarzenia. Jeśli ktoś regularnie robi coś, co go uspokaja i buduje w nim poczucie sprawczości - to nawet bez przepracowania źródła mechanizmu może zacząć reagować inaczej. warunki klasyczne, nie psychoanaliza.
Ja bym tu weszła z innej strony. Czy ktoś próbował rytuałów, które nie są ukierunkowane na przepracowanie, tylko na... budowanie czegoś nowego obok? Znaczy nie "przepiszmy to co się wydarzyło", tylko "zbudujmy coś, czego nie było"? eee bo ja przez jakiś czas pracowałam na poziomie ran i to było ważne, ale gdzieś utknęłam. Dopiero kiedy zaczęłam robić rzeczy, które dawały mi poczucie własnej wystarczalności - małe, konkretne - coś naprawdę się ruszyło.
To ciekawe, bo ja to rozumiem, ale jednocześnie czuję opór. Jakbym się spodziewał, że jak będę zapisywał dobre rzeczy o sobie, to będę "oszukiwać". że to nieprawdziwe. I nie wiem czy to jest problem z metodą, czy problem ze mną.
