To jest spostrzeżenie warte rozwinięcia. W ceremonialnej praktyce o której wspominałem wcześniej, jest coś co można by nazwac \"regularnym hatha\" - czyli zdolnością do wykonywania rytuału niezależnie od wewnętrznego stanu. Nie chodzi o to żeby udawać entuzjazm, ale żeby forma niosła inetncję wtedy kiedy siła woli jest niska. Forma jako tymczasowy nośnik.
Wchodzę tu z perspektywą trochę inną - w tradycjach ludowych, które śledzę, nie ma w ogóle kategorii \"rytuał bez właściwego stanu wewnętrznego\". To co jest istotne to poprawne wykonanie czynności w odpowiednim czasie i miejscu. Stan emocjonalny osoby był drugorzędny. Dlatego rytuały wykonywali starcy, chorzy, żałobnicy - ludzie w każdym możliwym stanie. Widziałam opisy z etnografii polskiej gdzie kobieta tuż po śmierci dziecka kontynuowała obrzęd dożynkowy bo to był jej obowiązek wobec wspólnoty. 😉
Wtrącę coś z tej strony - prowadzę dziennik snów od dłuższego czasu i zauważyłam że samo zanotowanie snu rano nawet zdawkowo, działa jak zakotwiczenie dnia. Nie jest to rytuał w żadnym formalnym sensie, ale ma powtarzalność ma kierunek. ehh, przy depresji to był jeden z niewielu momentów kiedy byłam na chwile w teraźniejszości.
Przeglądam tę rozmowę i mam skojarzenie z czymś z tradycji zydowskiej - w halasze jest pojęcie \"pikuach nefesz\" czyli ochrony życia które nadrzędnie znosi prawie każde przykazanie rozumiem że to brzmi daleko od tematu, ale zasada jest ta sama - gdy stan czlowieka jst na tyle krytyczny że praktyka mogłaby zaszkodzic jej zawieszenie jest nie tylko dozwolone ale wlasciwe to jest wbudowane w tradycję nie jest odstępstwem od niej
Zerkam na tę rozmowę od kilku postów i mam coś do dodania od strony praktycznej. przez dłuższy czas pracowałam z osobami które miały bardzo trudne okresy i probowaly utrzymać jakąś praktykę. To co widziałam że działa to nie minimalizacja formy, ale zmiana funkcji. zamiast rytuału który coś ma osiągnąć - rytuał który po prostu zaznacza że jestem. Bez celu, bez efektu. To jest paradoksalnie trudniejsze koncepcyjnie bo wymaga porzucenia logiki skuteczności, ale w praktyce znacznie łatwiejsze do wykonania.
Nie wiem czy da sie to \"obejść\" w glowie z zewnatrz, bo to jest zmiana która musi zajść od środka. Ale można spróbować podejść do tego inaczej - zamiast pytać \"po co\", zapytać \"kiedy\". Kiedy robię ten gest, zapalam tę swiecę siadam w tym miejscu - czas zaznacza się jako realny. to jest prawie jak wpis do dziennika bez słów. I może na razie tyle wystarczy
To rozróżnienie między "po co" a "kiedy" jest bliskie temu co w ceremonialnej prcy nazywa się "modus operandi" - trybem wykonawczym zamiast rozważającym. Problem z depresją jest taki że mózg utknął w trybie rozważającym bez możliwości wyjścia. Forma rytualna może być właśnie tym wyjściem, ale tylko jeśli jest wystarczająco prosta żeby nie wymagała decyzji.
Mysle że chodzi o decyzję podjętą wcześniej, kiedy człowiek był w lepszym stanie. jeśli mam ustalone że rano siadam przy oknie z herbatą przez piec minut - to nie podejmuję tej decyzji każdego ranka od nowa. Ona już jest podjęta. To wazna różnica, bo przy depresji wyczerpuje właśnie podejmowanie każdej decyzji od zera. 😉
Obserwuję tę rozmowę i mam jedną obserwację. Mówi się tu dużo o formie i strukturze rytuału, ale prawie nic o tym co dzieje się po - czyli o tym czy jest jakiś sygnał że coś się zmieniło. Przy depresji sprzężenie zwrotne jest zaburzone 🙂 Normalnie człowiek po rytuale może poczuć coś - ulgę, skupienie, zmianę nastroju. Przy depresji to sprzężenie może nie zadziałać przez dłuższy czas. I tu jest moje pytanie do tych którzy mają doświadczenie: czy kontynuowali praktykę bez żadnego sygnału zwrotnego i co się wtedy działo?
Ale to jest właśnie problem z depresja - że to \"wytrzymanie czasu\" jest dokładnie tym czego człowiek nie ma zasobow żeby robić. mówicie o cierpliwości i wytrwałości jakby to były opcje. Dla kogoś w ciężkiej depresji to nie są opcje, to są niewykonalne zadania.
Majka01 ma rację że to nie jest jeden stan. U mnie jest tak że są gorsze dni i są takie gdzie jestem \"w tej niszy\" jak to Eremitka68 wcześniej nazwala i wlasnie w tych lepszych dniach zadaję sobie to pytanie - czy moge zacząć, czy to ma sens. W tych gorszych w ogóle nie mysle o rytualach mysle tylko żeby przezyc dzień.
Obserwuję tę rozmowę i mam skojarzenie - czy ktoś z was mial doswiadczenie z runa Isa w kontekście stagnacji? Pytam bo Isa to wlasnie \"zamrozenie\" brak ruchu i czesc podejść traktuje ten czas nie jako przeszkodę ale jako część cyklu. Zastanawiam sie czy depresja nie jest właśnie takim momentem Isa - gdzie nie chodzi o przezwyciezenie stagnacji ale o bycie w niej bez walki.
No ale Isa to jest runa zatrzymania, nie runa depresji. Nie wiem czy to dobre porównanie w ogóle. Zatrzymanie jest neutralne, depresja nie jest neutralna. Może by tu lepiej pasowała Nauthiz - konieczność, przymus, ograniczenie. Nie jako romantyzowanie, tylko jako opis stanu w którym jesteś zmuszony do czegoś przez okoliczności zewnętrzne i wewnętrzne.
Przegladam tę dyskusję o runach i mam wrażenie że troche odpłynęliśmy od pytania Drakony. ona pytała konkretnie - czy może wziąć cos co robiła dawniej i wrócić do tego teraz. To jest praktyczne pytanie o konkretny krok a nie o mapowanie stanu na system runiczny.
Tak to bylo moej ptyanie i właściwie już dostalam odpowiedz od Tekli i Irenki bo jedno i drugie mi pomoglo ale ta dyskusja też daje mi do myślenia - bo jak slysze o Nauthiz i konieczności z której coś powstaje, to mam mieszane uczucia. Z jednej strony cos w tym jest z drugiej - nie chce myśleć o depresji jako o czymś co \"musi\" czegso nauczyc. To jest narracja ktorej nie znoszę
Obserwuję tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pewną obserwację. Mówicie dużo o tym co rytuał robi z umysłem albo z emocjami, ale rzadko kto powiedział wprost co faktycznie rozumiecie przez \"wykonanie rytuału\" kiedy jest się w depresji. Bo to może oznaczać bardzo różne rzeczy. Zapalenie świecy to jedno, praca z kręgiem i przyzywanie to zupełnie co innego. Czy nie powinniśmy jakoś rozróżnić skalę?
Mam jeszcze jedną myśl do tego co Pustelka napisała. Są tradycje gdzie rozróżnia się rytuały "receptywne" i "projektujące". Receptywne to te gdzie otwierasz się na coś, słuchasz, obserwujesz - jak obserwacja faz księżyca, siedzenie przy ogniu, słuchanie dźwięków. Projektujące to te gdzie coś tworzysz, wysyłasz, intencjonalizujesz. Przy depresji projektujące mogą być za dużo, ale receptywne - nie wiem czy nie są wręcz naturalnym miejscem do bycia.
To rozróżnienie Tekli jest bardzo bliskie temu co czuję z dziennikiem snów. Pisanie snu to jest receptywne - zapisuję co przyszło nie tworzę. I to jest możliwe nawet kiedy wszystko inne nie. Natomiast jeśli zacznę analizować i szukać znaczeń, to już jest praca projektująca. I to bywa za dużo.
Przepraszam że sie wtracam ale to rozróżnienie na receptywne i projekujące - czy ktoś moglby powiedziec więcej? bo mam taot i zastanawiam się czy ciagniecie karty \"co mi przynosi dzien\" to jest receptywne czy nie? Czyli można robić takki mały rytual pzy gorszym stanie?
Ale przy depresji nawet jedna karta może byc za duzo jeśli zaczniesz brać do siebie to co na niej widzisz. Szczególnie jeśli wypadnie coś co mózg w złym stanie zinterpretuje negatywnie. tarot przy depresji to może być mina, nie pomoc. Mówiłam o tym wcześniej - sprzężenie zwrotne jest zaburzone i to co normalnie odbieram jako neutralne, w zlym stanie staje się potwierdzeniem najgorszych myśli.
