Przeprowadziłem się kilka lat temu do Niemiec i do dziś nie ogarnąłem w pelni jak zachować ciaglosc tego, co robiłem w Polsce. chodzi mi głównie o takie rzeczy jak rytuały związane z porami roku ze zmiana ksiezyca, ale też te bardziej osobiste, ktore miałem zakorzneione w konkretnym miejscu - w konkretnym lesie, przzy konkretnej rzece. Tu jest wszystko inaczej. Nawet ziemia pachnie inaczej serio. zastanawiam się czy ktoś miał podobnie i jak sobie z tym radził - bo nie chodzi mi o to zeby robić \"to samo tylko gdzie indziej\", tylko jak podejsć do tego całego tematu od nowa ale nie od zera
To jest cos, o czym rzadko się mówi wprost, a moim zdaniem to jeden z trudniejszych aspektów migracji w ogóle. Nie tylko ezoteryczny, ale po prostu ludzki. Miejsce ma znaczenie - i to nie jest kwestia sentymentu, tylko tego, że wiele praktyk było budowanych latami w relacji z konkretnym krajobrazem, klimatem, cyklem natury w danej szerokosci geograficznej. Kiedy to wszystko się przesuwa, czesc praktyk traci grunt pod nogami dosłownie. Mnie ciekawi jedno - czy mówisz o rytuałach, które sam wypracowałeś, czy o takich przejętych z jakiejś tradycji?
Zapisałam twooje pytanie, bo sama sie nad tym zastanawiam od kiedy moja kuzynka wyjechała do Holandii i napisała mi, że \"nic nie działa tak samo\". Dla mnie to było dziwne, bo myślałam, że rytual to rytuał - ale im więcej o tym myśllę, tym bardziej rozumiem, że ona nie codzi o technikę, tylko o cos zupelnie innego. ojej no, Przeprowadziłaś się niedawno czy to już dłużej trwa?
Ten kontekst społeczny to jest kluczowa rzecz. Dużo tradycji działa właśnie dlatego, że jest zbiorowa - sąsiad idzie na cmentarz, sklepy są zamknięte, coś w powietrzu wisi. Jak tego nie ma, to indywidualny rytuał traci część swojej warstwy, bo nie ma zewnętrznego rytmu, który go wspiera. Sama miałam podobny problem - praca z runami jest mocno zakorzeniona w nordyckiej geografii i klimacie, a kiedy próbowałam przenosić pewne rzeczy na inne warunki, musiałam przemyśleć co tak naprawdę jest rdzeniem a co jest lokalnym opakowaniem.
wiesz co, trochę nie rozumiem jednej rzeczy - jak rytuał moze \"nie działać\" w innym miejscu? Mówię o tym z ciekawosci, bo dla mnie intuicyjnie to wygląda tak że albo coś dziala albo nie niezależnie od tego gdzie jesteś. Czy to nie jest bardziej sprawa psychologicczna - że ty się inaczej czujesz, bo jesteś poza strefą komfortu?
No ale z drugiej strony jak jakies energie są naprawdę energiami to powinny działać wszędzie 🙂 Przeniosłem się na rok do Anglii i robiłem taro w dokładnie taki sam sposob jak u siebie i nie widziałem żadnej różnicy. Więc może to sprawa tego, że niektóre tradycje są zbyt dosłownie traktowane co do formy zamiast istoty?
To \"pomiędzy\" to chyba jest etap, przez ktory trzea przejść i nie ma na to skrótu. Mnie też długo zajęło zebby w ogole zrozumiec co tak naprawde chcę zachowac, a co było tylko lokalnym kolorytem. Takie pytanie podstawowe: co jest sednem, a co jest formą? I dopiero jak to rozkładasz na czynniki to widzisz co faktycznie mozesz zabrać ze sobą a co trzeba zostawić.
Ech, ja bym się tu nie zgodzil do końca. Nie wszytsko da się rozłożyć na sedna i formy bo czasem forma JEST sednem. jak robisz rityuał związany z konkretnym dniem kalendarza słowiańskiego, to jgeo sens jest wbudowany właśnie w tę datę i w to co się dzieje dookoła o tej porze roku. Jak to wyciągasz z kontekstu i robisz w innym klimacie gdzie np. w dniu Kupały są najkrótsze noce ale cieplej niż u nas - to co to właściwie jest? nowa tradycja czy imitacja?
Wchodze tu z boku bo nie jestem na co dzien w tematach rytualow ale temat mnie wciągnął. chcialem zapytaać - czy jest jakis przyklad tradycji ktora historycznie przeszla przez podobny proces migracji i sobie poradzila? Cos co faktycznie sie zaadaptowalo i przetrwało w nowej formie?
Przykładów historycznych jest sporo. Najbardziej oczywisty to tradycje diaspory - żydowska, ukraińska, polska emigracyjna po wojnie. Żydzi przez tysiąclecia praktykowali rytuały bez swojego kraju, bez swojej ziemi, w kompletnie obcych kulturach. I to przetrwało. Ale - i to jest ważne - przetrwało właśnie dlatego, że bardzo mocno przeniosło środek ciężkości z miejsca na wspólnotę i tekst. Jak nie masz ziemi, to skupiasz się na tym co możesz zabrać ze sobą. Na prawie, na opowieści, na kalendarzu. Czy to jest rozwiązanie dla kogoś kto jest sam za granicą i nie ma wokół siebie społeczności? Nie wiem.
Wlasnie to próbuję robic od paru lat. Nie mam na to dobrego slowa - synkretyzm brzmi za akademicko a eklektyzm za lekko. w praktyce wygląda to tak, że sięgam do tego co jest tu żywe - regionalne swieta lokane rośliny, struktura roku w tej konkretnej szerokosci geograficznej - i próbuję zobaczyć gdzie to się pokrywa z tym co znam z polskiej tradycji. Nie ma tu Dożynek, ale jest Harvest Festival w październiku. Nie jeest tozsame, ale jakoś pokrewne. I to mi daje punkt zaczepienia.
A ja mam pytanie moze nie do konca w temacie ale - jak wy w ogole wiecie które rytuały są \"wasze\"? Znaczy skąd macie punkt odneisienia co jest slowianskie a co już nie, bo czytalam gdzies że duzo tych tradycji to rekonstrukcje z XIX wieku i nie wiadomo ile w tym autentyzmu. 🙂
No właśnie, bo jak to ocenić w czasie rzeczywistym? Skąd wiesz że twoja adaptacja to żywa tradycja a nie zwykłe upraszczzanie żeby byłoo wygodniej? Mnie to gnebi troche od kiedy przeprowadzilem się bliżej granicy i zaczęłem mieć dostęp do innych wpływów. Latwo się samemu oklamac że sie \"ewoluuje\" podczas gdy po prostu rezygnujesz z trudnych części.
Właśnie to przywraca mnie do tematu run, bo tam mam podobny dylemat. Runy są systemem z konkretnego obszaru geograficznego i klimatycznego - drewno, które się używało, pora roku, nawet wilgotność powietrza miały znaczenie dla tego jak materiał zachowywał się podczas wycinania 🙂 Jak pracujesz z runami w tropikalnym klimacie albo piszesz je na drzewie które nie rośnie w Skandynawii - czy to nadal jest to samo? Nie mam gotowej odpowiedzi, ale to jest pytanie które cały czas mi towarzyszy.
Wracając do pytania Bogumila o to jak oceniić czy się adaptuje czy po prostu upraszcza - mnie się sprawdza jedno kryterium, choć nie wiem czy jest dobre dla każdego. sprawdzam czy po zmianie nadal czuje że przeszedłem przez coś czy mialem do czynienia z czyś co wymaga ode mnie wysiłku. Rytual ktory jest za łatwy zaczyna byc po prostu przyzwyczajeniem. I to chyba jest granica - nie autentycznosc historyczna tylko to czy dana forma nadal czegos od ciebie wymaga.
A wracajac do glownego temaatu - emigracja to jest chyba wlasnie klasyczny ryt przejścia wedlug tej definicji. sepraacja od starego miejsca, dlugi okrres \"pomiedzy\", i jaksa reintegracja w nowym miejscu moze to co się dzieje z rytuałami podczas emigracji to jest właśnie liminalność - i pytanie nie brzmi \"jak zachowac tradycję\" tylko \"co wyloni się po drugiej stronie\"? 😉
No ale ta liminalność może trwać latami. I nie każda migracja kończy się czystą reintegracją - są ludzie którzy całe życie żyją w tym \"pomiedzy\". To nie jest zły stan, ale tez nie jest automatycznie rozwiązany przez czas. Skąd wiadomo kiedy warto poczekać a kiedy aktywnie szukać nowej formy?
O rany, to co Apolonia napisała o traktowaniu liminalności jako stanu, a nie problemu - to mi coś ruszyło. Bo ja przez dlugi czas szukałam momentu, kiedy będę mogła powiedzieć \"no dobra, teraz jestem już stad\". I ten moment nie przyszedł. Ale w pewnym momencie zauważyłam, że moje rytuały po prostu zaczęły wyglądać inaczej, bez żadnej świadomej decyzji z mojej strony. Jakby się samme przestawiły.
To pytanie Celinki jest zasadne, ale myślę że zakłada pewien model ciągłości - że tradycja musi mieć wyraźną linię od punktu A do punktu B. Tymczasem wiele systemuw działa inaczej. runy na przykład nie były przekazywane przez nieprzerwany łańcuch - były zapisywane, gubione, odkrywane na nowo, interpretowane przez kolejne osoby z różnych kontekstów kulturowych. I nikt poważny nie twierdzi że to je zdyskredytowało.
No nie wiem eee, ale wróćmy na chwilę do samego emigracyjnego kontekstu bo mam wrażennie że troche odeszlismy. czy ktos próbował świadomie budowac rytualy zwiazane z nowym miejscem - nie adaptowac stare, tylko tworzyc nowe zakorzenione w tym gdzie teraz jest? Mnie interesuje czy to w ogóle ma sens jako strategia, czy jset to jakies obejcśie problemu.
Próbowałam. I to jest trudniejsze niz sie wydaje bo nowe miejsce nie ma dla ciebie historii którą ty pamiętasz. Miejsce ma swoją historię, ale ona jest cudza. więc budowanie rytuału \"z miejsca\" oznacza albo wchodzenie w tradycje lokalne, albo budowanie czegoś zupełnie osobistego. I jedno i drugie ma swoje komplikacje
no dobra ale czy mówicie że trzeba czekać aż miejsce jakoś na nas zadziała? To brzmi bardzo pasywnie. Zawsze myślałem że praktyka polega na aktywnym działaniu, nie na czekaniu. Nie rozumiem tej logiki.
Mam pytanie do Mieszka bo zaintrygował mnie ten obraz z zasłoniętymi oczami. Kiedy poczułeś że zaczynasz widzieć nowe miejsce? Był jakiś konkretny moment czy to był stopniowy proces? Bo mnie to właśnie teraz dotyczy i nie wiem czy w ogóle dobrze rozpoznam kiedy to nastąpi.
Zapisuję to - pierwsze zdanie które nie zaczyna się od porównania. To jest bardzo dobry opis i coś co mogłabym rozpoznać. Mnie się zdażało mieć takie chwile ale nie wiedziałam że to może być znaczące 🙂 Myślałam że to tylko zmęczenie tęsknotą.
no ale, sluchajcie, chce zadac pytanie może naiwne ale - czy ktos z was mial problem z tym że nowe srodwoisko w ogole nie rozumie tego co robisz? Mam na myśli nie tylko rytuały, ale samo podejście do swiata. Przeprowadzilam sie do miejsca bardzo mocno zsekularyzowanego i czuje się jak z innej planety kiedy cokolwiek probuje zrobić z tą częścią siebie.
Ta izolacja zrobiła z tego coś dziwnie podwojnego. Z jednej strony rytuały stały się bardziej skupione, bo robiłam je tylko dla siebie, bez żadnego kontekstu społecznego. z drugiej - zaczelam sie zastanawiać czy nie robię czegos co traci sens bez świadka, bez wspólnoty. Bo część tego co robilam wcześniej w Polsce miala charakter zbiorowy, albo przynajmniej wiedzialam że gdzies obok są inne osoby ktore rozumieja. A tu - zero tego. i to naprawde coś zmienia ale nie jestem pewna czy na gorsze.
Ojej, to pytanie Kunisi jest dla mnie ważne bo sama długo myślałam że to jedno i to samo. a potem odkryłam że bardzo różne. Fizyczna obecność w rytuale - szczególnie takim który ma zakorzeniony w miejscu charakter - jest czyms czego żadne foum nie zastapi. Natomiast poczucie zrozumienia można zbudować przez sieć jeśli się znajdzie właściwe miejsca. Ja miałam szczęście że trafiłam na kila osób online których praktyki miały podobny charakter. Ale do rytualnej przestrzeni fizycznej - tęsknię.
