Siedziałam ostatnio nad swoim rytuałem i nagle mnie uderzyło - robię to od miesięcy, ale czy ja w ogóle wiem po co? Bo gdzieś mi się zakręciła w głowie myśl, że "tak się robi" i że skoro inni to robią, to ja też powinnam. I to mnie trochę przerażało, bo kiedy przyznałam się sama przed sobą, że robię to z przyzwyczajenia, a nie z jakiegoś wewnętrznego przymusu, to poczułam się jak oszustka. Czy ktoś miał kiedyś coś takiego? Że w środku rytuału się zatrzymujesz i pytasz sam siebie: a właściwie dlaczego?
To jest jedno z tych pytań, które większość ludzi omija bo jest niewygodne. Ale serio - co rozumiesz przez "właściwe powody"? Bo dla mnie to nie jest takie oczywiste. Czy jeśli rytuał daje mi poczucie porządku w chaotycznym tygodniu, to jest dobry powód, czy zły?
Właśnie to jest ciekawe w tym pytaniu - granica między przyzwyczajeniem a intencją jest bardzo rozmyta. Znam ludzi, którzy robili rytuały mechanicznie przez lata i twierdzili, że coś z tego wynosili. I znam takich, którzy wchodzili w każdy z pełnym skupieniem i po miesiącu rezygnowali, bo nie czuli efektu. Więc czy powód ma tu decydujące znaczenie, czy raczej to, co się dzieje w trakcie?
Mnie bardziej interesuje ten moment, który opisuje autorka tematu - kiedy zauważasz, że coś się nie zgadza. Bo to jest moment diagnostyczny, nie problem sam w sobie. eh, pytanie co z tym robisz dalej. Czy przerywasz rytuał, czy go kontynuujesz, czy modyfikujesz?
To jest pytanie, które siedzi głębiej niż myślisz. W tradycji runologicznej - i nie tylko tam - dużo uwagi poświęca się temu, co w starych tekstach nordyckich nazywało się "hugr", coś w rodzaju woli czy intencji skupionej w umyśle. Ale uwaga: hugr nie było rozumiane jako emocja ani jako motywacja w dzisiejszym sensie. To było raczej nastawienie całego człowieka, nie tylko myśl, którą sobie uświadomił przed rytuałem. Więc pytanie "z właściwych powodów" zakłada, że możemy te powody jasno oddzielić od reszty - a to jest trochę zachodnie myślenie o intencji.
Zatrzymuję się na tym co piszesz, bo znam osoby, które używały tego rodzaju argumentacji żeby w ogóle nie pytać siebie o motywację - "bo i tak coś głębszego decyduje". To jest pułapka. Jeśli nie zadajesz soobie pytania po co to robisz, to bardzo łatwo wchodzisz w rytm działania dla samego działania. A to jest właśnie to, o czym pisze autorka tematu. Mechaniczność. I ona chyba nie pyta co myśleli Wikingowie - pyta co zrobić teraz.
To akurat jest bardzo znane zjawisko w praktykach medytacyjnych - kiedy coś staje się nawykiem, przestaje angażować te same warstwy uwagi co na początku. I to niekoniecznie znaczy że jest bezużyteczne. Ale zmienia charakter. W Zen jest nawet takie rozróżnienie między praktyką z wysiłkiem i bez wysiłku - "shikantaza". Ale to jest stadium, do którego się dochodzi a nie coś co się przydarza przez przypadek.
Mam jedno konkretne pytanie do autorki - czy zauważyłaś to w trakcie jednego konkretnego rytuału, czy to było narastające? Bo jeśli to było nagle, to może chodziło o ten konkretny dzień, stan, nastrój 😉 A jeśli narastało przez dłuższy czas, to jest inny temat.
Ale chwila - czy mycie zębów z poczucia obowiązku jest złe? Serio pytam. Bo mam wrażenie, że gdzieś w kulturze ezoterycznej zakorzeniło się przekonanie, że każdy rytuał musi być przeżyty ze 100% zaangażowaniem i ogniem wewnętrznym, bo inaczej to jakiś grzech przeciwko praktyce. ojej, A może to jest trochę wyidealizowane?
Ja mam takie pytanie trochę z boku - bo co w ogóle powinno nas skłonić do zrobienia rytuału? Jak to w ogóle wygląda kiedy powody są "właściwe"? Bo brzmi to trochę jakby był jakiś wzorzec do porównania a ja go nie znam.
Mam wrażenie że ta rozmowa powoli schodzi na filozofię ogólną, a wróćmy do sedna - co zrobić kiedy to zauważysz? Bo zauważenie to jest połowa drogi. I tu nikt jeszcze nie powiedział nic konkretnego.
To co opisujesz, to jest właściwie klasyczny sygnał przeciążenia intencją - albo raczej jej brakiem. Ale mam pytanie, bo mnie to interesuje praktycznie: czy po tym zatrzymaniu zrobiłaś cokolwiek, żeby zamknąć to co zaczęłaś, czy zostawiłaś tak jak było?
Ale chwila - czy to domknięcie jest naprawdę konieczne, czy to jest mit, który narosł wokół praktyki? hmm pytam serio, bo widziałam różne podejścia. Niektórzy twierdzą, że rytuał jest zamknięty w momencie kiedy ty zdecydujesz że jest zamknięty. Intencja działa w obie strony.
Ja mam pytanie może naiwne, ale co to znaczy że motywacja była "nie tam gdzie powinna"? Skąd wiesz gdzie powinna być? Mówię poważnie, bo dla mnie to brzmi jak coś co każdy rozumie inaczej.
Mom zdaniem to kwestia czakry splotu słonecznego - kiedy działamy wbrew sobie ta czakra jest zablokowana i rytuał po prostu nie przejdzie. Dlatego przed każdą praktyką powinno się sprawdzać czy ten ośrodek jest drożny. To eliminuje problem u źródła.
Dodam do tego co mówi Galaktyka - problem z takim podejściem jest taki, że przenosi odpowiedzialność na energetykę ciała, a odsuwa ją od świadomej refleksji. A właśnie ta refleksja jest tu kluczowa. Nie czakra ci powie że robisz coś na autopilocie - ty musisz to zauważyć.
Właśnie. I tu jest sedno tego co próbuję powiedzieć od początku tej rozmowy - że wiele osób myli kontynuowanie z dyscypliną. Dyscyplina to świadomy wybór żeby kontynuować mimo trudności. A kontynuowanie z bezwładności to co innego. I w rytuałach to rozróżnienie jest naprawdę ważne.
eh czytam tę rozmowę i mam takie pytanie z zewnątrz, bo sam tego nie przerabiałem: czy to jest coś co wynika ze zmęczenia praktyki jako takiej, czy z tego konkretnego rytuału? Bo może problem nie jest w motywacji, tylko po prostu w tym, że akurat ten rytuał ci już nic nie daje?
Właśnie o to mi chodziło z tym standardem. Brzmi jakbym narzuciła sobie jakiś regulamin, którego sama nie napisałam, ale czuję się zobowiązana go przestrzegać. I co ciekawe - nie mam pojęcia skąd on się wziął. Nie z żadnej tradycji, nie z czegoś co ktoś mi przekazał. Po prostu gdzieś po drodze zaczęłam wierzyć, że "dobra praktyka" to taka która jest regularna i skończona. A jak nie - to coś jest ze mną nie tak.
ale to chyba jest bardziej powszechne niż myślisz. Mam wrażenie, że spora część z nas przejmuje jakieś nienapisane zasady z rozmów na forah, z książek, z wideo, i potem te zasady żyją własnym życiem. Nikt ci nie powiedział wprost "rytuał musisz zawsze dokończyć", ale jakoś tak się złożyło że to wiesz. I teraz pytanie - czy to jest twoja zasada, czy po prostu zasada którą wchłonęłaś?
Mam takie skojarzenie z tym co mówi Dumortieryt - jest taka koncepcja w psychologii, którą się czasem opisuje jako "mindless compliance", czyli taki rodzaj posłuszeństwa wobec własnych nawyków, gdzie człowiek wykonuje działanie zanim zdąży je ocenić. I ciekawe jest to, że rytuały w swojej strukturze mogą albo ten stan podtrzymywać, albo go przerywać. Zależy jak są zbudowane. Te, które mają wbudowany moment zatrzymania - pytanie do siebie, cisza, jakiś element kontemplacyjny - działają inaczej niż te, które są czysto proceduralne.
To co pisze Franuś jest dla mnie ciekawe, ale mam jedno "ale". mówisz o dialogu, o słuchaniu odpowiedzi - ale jak to wygląda w praktyce? Tzn. co to znaczy że rytuał odpowiada? Bo jeśli to jest interpretacja własnych stanów emocjonalnych, to wracamy do tego samego miejsca - że oceniamy własne stany i na tej podstawie decydujemy. Nie mówię, że to złe, tylko że to zamknięte koło.
Dorzucę coś z innej strony. Czytałam kiedyś o tym jak w tradycjach szamańskich podchodzi się do zaniku siły rytuału - i tam nie mówi się "robiłeś to dla złych powodów", tylko "straciłeś kontakt z duchem rytuału". To oczywiście inna rama pojęciowa, ale coś w tym jest. Nie chodzi o moralność motywacji, tylko o żywość połączenia. Rytuał możesz robić z najczystszą intencją i nadal być z nim rozłączony. I odwrotnie - możesz robić coś mechanicznie i nagle poczuć że jesteś w tym całą sobą. To nie jest tylko sprawa powodu.
Ale tu jest chyba ważne pytanie: czy możesz być obecna jeśli nie masz zadnego powodu? Tzn. jeśli robisz coś tylko bo "tak się robi", czy jest w ogóle przestrzeń na obecność, czy ona też odpada razem z intencją? Mam wrażenie że jedno pociąga drugie, ale nie jestem pewna czy to konieczny związek.
No i mamy teraz trzy różne odpowiedzi na jedno pytanie z początku tej rozmowy - co to znaczy że motywacja jest "nie tam gdzie powinna". Celestyna mówi o spójności, Kupala o połączeniu, Kasjan o obecności bez przywiązania. Nie sądzę żeby to były sprzeczności, ale mam wrażenie że mówimy o czymś czego nie da się zamknąć w jednej definicji. I może właśnie to jest odpowiedź na pytanie Nastie - nie ma jednego wzorca jak powinno być, jest tylko coraz lepsze rozpoznawanie jak faktycznie jest.
To mi przypomina coś co czytałem w kontekście nordyckich koncepcji "vé" - czyli przestrzeni sakralnej. Żeby przestrzeń byłaa vé, musi być świadomie wydzielona i utrzymywana. Jak przestajesz ją utrzymywać bez decyzji - ona nie staje się z powrotem zwykłą przestrzenią od razu. no ale jest taka jakby zawieszona. I coś podobnego dzieje się chyba z praktyką - bez świadomego zamknięcia ona nie jest skończona ona jest po prostu... opuszczona. I to opuszczenie zostaje jako rodzaj długu wobec siebie.
Tak, chyba tak. Samo powiedzenie sobie "zamykam to" działa inaczej niż po prostu przestać. Choć przyznam że sama rzadko to robię. Zazwyczaj moje praktyki się urywają a nie kończą, i dopiero z perspektywy czasu widzę że coś się skończyło. Może to jest właśnie problem o którym piszemy - że nie mamy kultury świadomego kończenia.
