Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad pewną rzeczą i chciałem zobaczyć co wy o tym mylicie. Generalnie nie jestem osobą, która wierzy w żadne konkretne bóstwa, energie kosmiczne ani nic w tym stylu. Ale jednocześnie zauważam, że pewne powtarzalne czynności działają na mnie inaczej niż losowe działania. np. mam taki zwyczaj, że przed każdym ważnym spotkaniem zawodowym palę konkretną świeczkę, siadam przez chwilę w ciszy i mentalnie układam plan. Bez żadnego adresata, bez żadnej magii. I jakoś to pomaga. Chciałem zapytać, czy ktoś tu praktykuje cokolwiek w podobnym duchu, tzn. czy forma rytuału sama w sobie ma sens, bez całej tej otoczki duchowej?
To jest akurat temat, który mnie samą interesuje od lat, choć patrzę na to z trochę innej strony. Rytuały jako takie mają historię znacznie starszą niż jakakolwiek konkretna tradycja duchowa. Antropolodzy mówią, że samo powtarzanie czynności w określonej sekwencji redukuje lęk przed niepewnością. To nie jest sprawa wiary w cokolwiek, to jest po prostu mechanizm. Van Gennep opisał to w "Les rites de passage" jeszcze na początku XX wieku, no i to nie była żadna ezoteryka, tylko czysta obserwacja tego, jak ludzie funkcjonują w grupach i indywidualnie.
Jasne, ale tu jest jedno "ale". Jeśli ktoś wykonuje rytuał bez żadnego skupienia na tym, co robi, tylko mechanicznie, to efekt placebo też będzie połowiczny chodzi o to, że nawet jeśli nie wierzysz w energię świeczki czy bóstwo, to sam akt intencji ma znaczenie. a intencja to nie jest sprawa duchowości, to jest kwestia neurologii. Badania nad sieciami domyślnymi w mózgu (default mode network) pokazują, że momenty skupionego, celowego działania naprawdę inaczej aktywują prefrontalną korę. Więc może pytanie nie brzmi "czy wierzę w coś", tylko "czy jestem w tym co robię"?
Właśnie, i myślę że tu leży clou tej rozmowy. Symbolika jest wtórna wobec funkcji. To znaczy, możesz zapalić świecę i powiedzieć "Hecate, wspomóż mnie", albo możesz zapalić świecę i powiedzieć sobie "ok, to jest teraz czas skupienia", i w obu przypadkach coś się faktycznie zmienia w twoim podejściu do następnych minut. Jeden człowiek potrzebuje do tego kontekstu duchowego, żeby to zadziałało. Drugi nie. Ale rytuał sam w sobie jest neutralny. Nie ma tu żadnej sprzeczności.
Ja to trochę inaczej widzę. Pracuję z kartami od lat i wiem, że jest spora różnica między tym, jak rozkład wychodzi, kiedy siadam do niego "z ustawieniem", czyli po jakimś mini rytuale, a kiedy po prostu losowo wyciągam karty przy kawie. To nie jest kwestia magii, to jest kwestia tego, w jakim stanie jestem. Może to co autor tematu robi ze świeczką, jest dokładnie tym samym. Takim mentalnym przełącznikiem.
No właśnie, coś w tym jest. Ale mam jedno pytanie do tego co piszecie, bo trochę mnie to niepokoi. Czy jeśli robię ten swój rytuał i wiem, że to jest "tylko psychologia", to czy nie traci on skuteczności? Bo jeśli wiem, że świeczka nic nie robi, że to tylko placebo, to czy placebo nadal zadziała? Gdzieś czytałem, że open-label placebo, czyli takie, gdzie pacjent wie, że dostaje placebo, też ma efekt. Ale nie wiem czy to przekłada się na rytuały.
To co opisujesz z tym open-label placebo to jest naprawde interesujące bo też o tym kiedyś czytałam. Ted Kaptchuk z Harvardu robił badania na ten temat i wyszło że swiadome placebo nadal działa, zwłaszcza przy rzeczach związanych ze stresem i układem nerwowym. Wiec moim zdanie to nie psuje efektu rytuału że wiesz dlaczego to działa. Może nawet pomaga, bo nie masz dysonansu między tym co robisz a tym w co wierzysz.
Ale czekajcie, to dla mnie oznacza, że mogę zbudować własny rytuał od zera, bez żadnej tradycji, i on zadziała tak samo jak coś ze starych ksiąg? Mam wrżenie, że tu jest jakiś haczyk, bo jak coś jest zbyt proste, to ludzie pżestają w to wierzyć po tygodniu.
Ja sam przez jakiś czas kombinowałem z czymś podobnym do tego co opisuje autor wątku. Miałem fazę, gdzie próbowałem robić różne rzeczy "z duchem" i bez, żeby zobaczyć co się zmienia. Szczerze? Kiedy robiłem to bez żadnej narracji, czułem się jakbym chodził po pustym pokoju. Niekoniecznie gorzej, ale inaczej. Może każdy potrzebuje jakiejś ramy, choćby minimalnej? Nie mówię o bogach ani energiach, ale może choćby o poczuciu, że coś ma sens, nawet jeśli ten sens jest czysto osobisty?
Zgadzam się z Kacperkiem. sama kiedys prbowałam medytować "pusto", bez żadnego kontekstu i po prostu siedziałam. Nie dawało mi to nic. Dopiero kiedy zaczełam nadawać temu jakis prywatny sens, niekoniecznie duchowy, po prostu "to jest mój czas dla mnie", zaczęło coś się zmieniać. Może ateistyczny rytuał to właśnie taki osobisty sens bez nadbudowy metafizycznej?
Właśnie i to mnie ciekawi, czy autor tematu ma jakiś swój "powód" dla tej świeczki? Znaczy, czy jest coś co sprawia, że akurat ta czynność ma sens, a nie np. parzenie herbaty czy otwieranie okna? Bo jeśli tak, to to jest już zalążek osobistej narracji. I może to jest wystarczające?
Czytam tę rozmowę i właśnie pomyślałem, że w sumie antropolodzy robili podobne obserwacje u różnych ludów bez kontaktu z zachodnimi religiami. I zawsze był jakiś rytuał, zawsze był jakiś powtarzalny schemat. Może to jest po prostu wbudowane w człowieka, niezależnie od tego co się w to wierzy?
To co pisze Hipolit ma sens i jest zbieżne z tym, co opisuje np. Harvey Whitehouse w swojej teorii dwóch trybów religijności. ojej, On rozróżnia rytuały o wysokiej pobudzalności i niskiej częstotliwości, takie intensywne, rzadkie, oraz rytuały o niskiej pobudzalności i wysokiej częstotliwości, takie codzienne, spokojne. I oba typy mają udowodnioną funkcję społeczną i psychologiczną. Co ciekawe, ten drugi typ, codzienny, spokojny, to jest dokładnie to, o czym tu rozmawiamy. I on działa niezależnie od treści wiary, właśnie przez swoją powtarzalność.
To jest może ważniejsze pytanie niż cały wątek o ateizmie. eh Bo nawet w tradycjach, które uznaję za swoje, widzę że najbardziej trwałe i skuteczne są te elementy, które ktoś świadomie przyswoił i dostosował do siebie, a nie te skopiowane mechanicznie z instrukcji. Więc może to, że ktoś buduje coś własnego bez tradycji, nie jest wadą, tylko innym punktem startowym?
Ja to robiłem metodą prób i błędów przez dłuższy czas i doszedłem do wniosku, że najlepszy punkt startowy to zadać sobie pytanie co chcę żeby się zmieniło po tym rytuale, nie zewnętrznie, ale wewnętrznie. Czy chcę się wyciszyć, zebrać myśli, zamknąć jakiś etap, otworzyć nowy. I potem budować wokół tej funkcji, a nie wokół symboliki. Symbolika przychodzi sama, jak już wiesz po co to robisz.
To co pisze Jaroslaw jest chyba najbliższe temu, co czuję w swojej praktyce ze świeczką. Mój rytuał powstał przez przypadek, bo po prostu zacząłem to robić i zdałem sobie sprawę, że działa na mnie wyciszająco. a potem zacząłem to robić świadomiej. Ale mam pytanie, czy w takim razie coś takiego można w ogóle nazywać rytuałem? Bo mam wrażenie, że rytuał to coś bardziej formalnego, z jakąś historią za sobą.
A mnie zastanwia jedno. Wszyscy tu mówimy o tym że budowanie od zera jest ok i może działać tak samo jak tradycja. Ale czy nie ma różnicy między rytuałem który robimy tydzień a rytuałem który jest głęboko zakorzeniony lata? znaczy, czy czas i powtarzalność nie dodają czegoś, czego nie można zastąpić niczym innym?
zazwyczaj najpierw zostawiałem, bo myślaem że mi się to po prostu znudziło. Ale potem wracałem, bo okazywało się że czegoś brakuje. I wtedy albo coś zmieniałem w środku, albo rozumiałem że muszę wrócić do podstaw i zapytać siebie na nowo po co to robię. Jak to pytanie wróciło, to rytuał znowu nabierał sensu.
Właśnie to jest klucz do całej rozmowy o ateistycznych praktykach. pytanie "po co" jest ważniejsze niż pytanie "w co wierzę". Mogę robić rytuał bez żadnej wiary w nadprzyrodzone i on może być głębszy niż rytuał kogoś, kto robi go mechanicznie z przekonania że tak wypada albo że tradycja nakazuje. Bo to "po co" wymaga uczciwości wobec siebie.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie może trochę z boku, ale nawiązując do tego co piszecie o wspólnocie. Czy rytuał robimy po to żeby zmienić coś w sobie, czy po to żeby zaznaczyć coś w czasie? Bo mam wrażenie że mi samej chodzi bardziej o to drugie, o markowanie momentów, i wtedy sprawa wiary w ogóle nie jest kluczowa.
Eweliniunia trafiła w coś czego nie było nazwane przez cały wątek. Van Gennep to opisywał jako rytuały przejścia, ale on mówił o wielkich przejściach społecznych. ojej a tu chodzi o małe codzienne granice, między pracą a odpoczynkiem, między jednym etapem dnia a drugim. i może właśnie tego szuka Felicjan, nie duchowości, ale sposobu na wyraźne zaznaczanie granic w czasie własnego życia?
To co pisze Eweliniunia jest uczciwe, ale nie do końca zgadzam się z wnioskiem. Mam wrażenie że potwierdzenie zewnętrzne nie jest jedynym co sprawia że przejście jest realne. Psychologia zmiany mówi zresztą coś podobnego, że zmiana nie jest momentem tylko procesem. Rytuał może oznaczyć intencję, a nie gotowy fakt. i może właśnie w tym jest jego rola dla osoby, która nie wierzy w nadprzyrodzone, nie zamyka magicznie etapu, ale wyraźnie mówi sobie samej: od teraz próbuję inaczej.
Ja się wtrącę bo to pytanie jest też moje. Sama zauważyłam że moje pierwsze próby robiły wrażenie na mnie może przez pierwsze trzy, cztery razy, a potem coś się zmieniało. Albo wchodziło głębiej, albo zaczynało być mechaniczne. I zastanawiam się czy ten moment przełomu jest inny u kogoś kto ma za sobą jakąś tradycję, bo tam jest gotowy język żeby ten moment opisać i rozpoznać.
