Mam taki problem, że odkryłam niedawno, że jeden rytuał, który robię od jakiegoś czasu i który bardzo mi służy, pochodzi z tradycji, z którą mam bardzo ciężką historię. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale chodzi o coś związanego z moją rodziną i dzieciństwem. I teraz stoję przed takim dziwnym rozdarciem, bo z jednej strony czuję, że to co robię działa i jest dla mnie wazne, a z drugiej strony gdy zaczynam myśleć skąd to pochodzi, robi mi się ciężko. Czy ktoś przechodzil przez coś podobnego? Jak w ogóle zacząć to rozplątywać? 😀
To jest naprawdę trudne pytanie i rozumiem to rozdarcie. Sama kiedyś trafiłam na podobny węzeł, tyle że w moim przypadku chodziło o praktyki, które były mocno splecione z religią katolicką w wersji, która mi w dzieciństwie zrobiła sporo krzywdy. I przez długi czas nie wiedziałam, co z tym zrobić. Mam jedno pytanie zanim powiem cokolwiek więcej: czy boli cię sam rytuał kiedy go robisz, czy boli wspomnienie tego, skąd pochodzi, które pojawia się już po?
swoją drogą właśnie to mnie zastanawia, bo pojęcie "wyciągania z tradycji" jest dość skomplikowane. W wielu szkołach myślenia rytuał bez jego osadzenia traci czesc swojego znaczenia albo wręcz zmienia charakter. Nie mówię, że to niemożliwe, ale warto zapytać: co konkretnie w tym rytuale chcesz zachować? Formę, intencję, efekt? Bo może okazać się, że da się zbudować coś nowego, co pełni tę samą funkcję ale bez tego ciężaru.
swoją drogą, a mogę zapytać jak w ogóle doszłaś do tego, że to pochodzi z tej konkretnej tradycji? Bo czasem te odkrycia są jednoznaczne, a czasem to jest bardziej kwestia podobieństwa albo interpretacji. Pytam, bo sam miałem sytuację gdzie byłem przekonany o czymś podobnym i okazało się, że forma była zbieżna, ale korzenie mogły sięgać kilku różnych miejsc jednocześnie
To co opisujesz to w zasadzie klasyczny przykład tego, że ból jest w narracji, a nie w działaniu. I to jest dobra wiadomość, bo narrację można przepracować inaczej niż samą praktykę. Nie mówię, że to łatwe. Ale to zupełnie inne zadanie. Masz wrażenie że gdybyś nie wiedziała skąd to pochodzi, robiłabyś to bez żadnych oporów?
no ale czytam i zastanawiam się nad jedną rzeczą: czy wogóle jest możliwe oddzielenie rytuału od jego korzeni bez tego, że się go w jakiś sposób zniekształca? Pytam szczerze, bo nie wiem. intuicyjnie wydaje mi się, że każda forma niesie w sobie jakiś ładunek, niezależnie od tego, czy o nim wiemy.
Mnie ta dyskusja o korzeniach trochę kręci w kółko, bo finalnie nikt nie wynalazł rytuału od zera. Prawie wszystko pochodzi skądś. Kwestia jest chyba bardziej praktyczna: co ten rytuał robi z tobą teraz, w tym momencie, kiedy go wykonujesz. Jeżeli przynosi ulgę i spokój to jest to jakiś sygnał. Jeżeli wywołuje niepokój to też jest sygnał. Ale niepokój po, kiedy zaczynasz myśleć o genezie, to już bardziej sprawa głowy niż samej praktyki.
Hej, czytam i mam pytanie może trochę z boku: a co to za tradycja mniej więcej? Nie musisz mówić dokładnie ale może ogólnie? Bo wyobrażam sobie że inaczej się myśli o tym kiedy chodzi np. o jakiś nurt rodzinny, religijny, kulturowy. To chyba ma znaczenie czy ona nadal na ciebie działa, czy to przeszłość.
Mam wrażenie, że za dużo tu myślenia a za mało robienia. Jak rytuał działa, to działa. Energia nie pyta o metrykę. Trochę to rozumiem, ale to ryzyko że się sparaliżujesz analizą. Znam kilka osób ktore zrezygnowały z praktyki, bo za bardzo weszły w intelektualne dywagacje i potem nie wiedziały jak wrócić.
A czy próbowałaś robić ten rytuał z pełną świadomością skąd pochodzi, ale ze swoją własną intencją, jakby nakładając na to własne znaczenie? Pytam bo czytałam o czymś takim w kontekście pracy z dziedzictwem kulturowym, ze można świadomie przepisać swój stosunek do danej formy, nie zmieniając samej formy. Nie wiem czy to ma sens w tym co opisujesz.
To drugie, zdecydowanie. Odebranie to za mocne słowo. Raczej zostawiła ślad, który boli kiedy dotykam tego obszaru. Sam rytuał chyba znalazłam przypadkowo, nie przez tę tradycję, więc jest to o tyle dziwne, że jakby ta forma istnieje niezależnie od mojej historii z tym wszystkim. Ale kiedy już wiem o powiązaniu, trudno mi to oddzielić.
Szczerze? Raczej to drugie. Kiedy jestem w tym rytuale, nie czuję żadnego połączenia z tą tradycją. Ale problem zaczyna się zaraz po, kiedy wychodzę z tego stanu i zaczynam myśleć o tym co właśnie zrobiłam. Wtedy mózg jakoś automatycznie łączy te dwie rzeczy i pojawia się ten dyskomfort. Jakby wiedza intelektualna kłóciła się z doświadczeniem samej praktyki.
hmm czytam tę rozmowę o niedokończeniu rytuału i myślę, że to może być trop, ale też może być pułapka interpretacyjna. Bo można powiedzieć że każde złe samopoczucie po rytuale to "coś niezamkniętego" i zacząć szukać problemu tam gdzie go nie ma. Może po prostu mózg robi to co ma robić, czyli łączy informacje, i to połączenie jest bolesne bo bolesne jest wspomnienie, a nie rytuał sam w sobie.
dobra, to zmienia trochę perspektywę dla mnie. myślałam że chodzi o coś ideologicznego, a to jest chyba bardziej kwestia konkretnych skojarzeń? zastanawiam się czy w takiej sytuacji w ogóle można oddzielić rytuał od tych skojarzeń bez przepracowania samej relacji czy sytuacji. czy ktoś miał coś podobnego?
A to jest właśnie punkt, gdzie odzyskiwanie jako świadomy akt może mieć sens, w odróżnieniu od samego przeczekiwania. Ale jest jedno "ale": żeby coś przywłaszczyć trzeba mieć jakiś fundament, jakiś powód dla którego ta forma jest twoja. Co cię w tym rytuale trzyma, co sprawia że nie chcesz go po prostu porzucić? 🙂
no no właśnie, chciałem zapytać to samo. Bo czytam całą tę rozmowę i nie wyobrażam sobie żebym siedział i analizował coś co mi służy. Jeśli coś działa to działaj. Jeśli boli to porzuć. Nie mówię że ta rozmowa jest bez sensu, ale w pewnym momencie trzeba podjąć jakąś decyzję a nie kręcić się w kółko.
To jest moment który mnie bardzo zastanawia. Mówisz że forma jest niezbędna, że bez niej intencja zostaje tylko w głowie. Ale jednocześnie ta forma jest obciążona. Więc pytanie jest może mało ezoteryczne, ale wydaje mi się centralne: skąd masz pewność że to nie jest uzależnienie od konkretnej formy, a nie rzeczywiście coś co ta tradycja niesie? Pytam serio, bez złośliwości, bo znam sytuacje gdzie ktoś był tak przywiązany do konkretnej sekwencji że nie był w stanie nic zrobić bez niej, i to w pewnym momencie stawało się więzieniem bardziej niż praktyką.
