hmm..., dobra, bo temat mnie zatrzymał przy przewijaniu. Mam wrażenie, że to pytanie jest szczere i wymaga czegoś więcej niż listy ziół i świeczek. Zaburzenie osobowości narcystycznej to jednak konkretna kwestia psychologiczna, nie tylko "czasem czuję się lepszy" - chociaż rozumiem, że mogłeś to uprościć, zeby nie pisać wypracowania na wstępie. Ale chcę dopytać - czy to diagnoza od specjalisty, czy raczej sam rozpoznajesz u siebie te tendencje? Bo podejście do pracy byłoby inne.
Zatrzymałam się na tym temacie, bo rzadko ktoś tu pyta o coś takiego wprost. Większość ludzi szuka rytuałów na przyciąganie, na kasę, na miłość. A tu ktoś pyta o pracę nad własną pychą. To już samo w sobie jest jakimś krokiem, niezależnie od tego, czy diagnoza formalna jest, czy nie. Ciekawi mnie tylko jedno - czy ta wyższość pojawia się w konkretnych sytuacjach, przy konkretnych ludziach, czy to bardziej taki stały szum w tle?
ojej też na to zwróciłam uwagę. Rytuały same w sobie nie "leczą" niczego w sensie klinicznym, ale mogą pełnić funkcję zakotwiczenia - powtarzalna czynność, która zmusza do zatrzymania się i spojrzenia na siebie inaczej. W tradycjach szamańskich jest sporo praktyk związanych z umniejszaniem ego, na przykład rytualne wyjście z pozycji centrum, dosłowne kłanianie się ziemi, ziołom, wodzie. Nie jako gest religijny, tylko jako ćwiczenie ciała w pokorze. Ciało często uczy się szybciej niż umysł.
no moim zdaniem to kwestia czakry solarnej - jak jest przeładowana, człowiek zaczyna widzieć siebie jako centrum wszechświata. Praca z manipurą przez oddech i wizualizację powinna to wyważyć. można też pracować z czakrą serca, żeby otworzyć empatię.
Przepraszam, że wchodzę w środek, ale mam inną perspektywę na to wszystko. Pycha i narcyzm to nie jest to samo, co za dużo energii w jednym miejscu. Psychologicznie narcyzm często jest przykrywką dla bardzo głębokiego poczucia niskiej wartości - to jest paradoks, który opisuje się od lat 70. To znaczy, że rytuał, ktory by robił kogoś "mniejszym", mógłby nawet zaszkodzić, jeśli pod spodem jest jakaś rana. Może zamiast szukać pokory, warto by szukać rytuałów związanych z połączeniem - z innymi, z naturą, z czymś poza sobą. Nie umniejszanie, ale rozszerzanie.
a wiesz konkretnie to na przykład praktyki z tradycji rdzennych Amerykanów, gdzie istotną rolę odgrywa bycie częścią kręgu - dosłownie, siadasz w kręgu z innymi i jesteś jednym z wielu, nie środkiem. Jest też praktyka dawania bez oczekiwania czegokolwiek, ale robiona rytualnie, z intencją, nie przy okazji. To nie jest jałmużna ani dobry uczynek na pokaz, tylko celowe działanie bez widowni. Coś, o czym nikt nie wie. Mnie to mocno uderzyło kiedy pierwszy raz o tym czytałam.
hmm, wchodzę tu bo numerologicznie to też ma jakiś sens - dziewiątka jako liczba zakończenia cyklu, oddania, poświęcenia. Osoby z silną dziewiątką w układzie często uczą się przez całe życie, żeby nie trzymać się własnego ego. Ale to tylko jeden wątek i nie mówię, że zastępuje cokolwiek innego. Bardziej jako kontekst. Co do samego rytuału - ktoś wspomnial o działaniu bez widowni i mnie to bardzo bliskie, bo ja tak właśnie próbuję pracować z oddawaniem. Ale jest jeden haczyk - kiedy działasz bez widowni, to i tak wiesz, że działasz. Ego się tylko przenosi. Jak się z tym mierzysz?
matko czytam ten wątek od początku i mam wrażenie, że rozmawiamy o czymś ważnym, ale trochę okrężnie. Bo jeśli osoba, która założyła temat, mówi że czasem czuje się lepsza od innych, to nie musi od razu oznaczać klinicznego narcyzmu. To może być zwykła ludzka pycha, z którą większość z nas się zmaga. I tu rytuały mają sens nawet bez diagnozy i bez lat medytacji. Na przykład w wielu tradycjach chrześcijańskich jest rachunek sumienia jako codzienny rytuał - nie jako biczowanie się, tylko jako uczciwe spojrzenie na dzień. Co zrobiłem, gdzie byłem nieżyczliwy, kiedy postawiłem siebie ponad innych. Proste, codzienne, bez ozdóbek.
Dobra, muszę zapytać szczerze, bo nie rozumiem - tonglen, mushin, harae... czy to wszystko da się jakoś zastosować bez wchodzenia głęboko w konkretną tradycję? Bo mam wrażenie, że żeby to miało sens, to trzeba być w jakimś kontekście, nie można po prostu wziąć oddechu z buddyzmu i dodać obracania z sufizmu i powiedzieć, że to rytuał. Albo można? Serio pytam, nie czepiam się. 🙂
Ja próbowałam kilka lat temu czegoś, co sama sobie wymyśliłam, na podstawie różnych rzeczy które czytałam. Raz dziennie, wieczorem, wypisywałam trzy rzeczy, które ktoś inny zrobił lepiej ode mnie danego dnia. Dosłownie - nie jako samobiczowanie, tylko jako ćwiczenie uważności na innych. I wiesz co, to było trudniejsze niż myślałam. Szczególnie w złe dni, kiedy człowiek jest zmęczony, to pierwszy odruch to szukać w sobie, nie w innych. Robiłam to przez jakiś czas i miałam wrażenie, że coś się zmienia, ale nie potrafię powiedzieć co dokładnie.
To co opisałam wyżej z tymi trzema rzeczami dziennie - po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że to ćwiczenie zmienia coś w sposobie patrzenia na ludzi w ogóle. Przestajesz ich traktować jako tło dla swojego życia, a zaczynasz widzieć jako osobnych. To brzmi banalnie, ale dla mnie nie było. Pytanie tylko, czy to jest rytuał, czy po prostu zapis w dzienniczku. Bo sama nie wiem jak to sklasyfikować.
a wiesz, właśnie, to wychodzi na to, że najlepszym sprawdzianem jest nie to jak czujesz się w trakcie rytuału, tylko co się dzieje w relacjach. Ale to jest trudne do obserwowania na sobie. Bo jak masz tendencję do widzenia siebie jako lepszego, to tez pewnie masz tendencję do interpretowania sytuacji na swoją korzyść.
Dlatego w niektórych tradycjach praktyki pokory były zawsze robione z kimś - świadkiem albo nauczycielem, który miał prawo powiedziec, ze nic nie widzisz. W sufi masz szejcha, w chrześcijańskim monastycyzmie masz ojca duchowego, w zen masz mistrza. Solowa praktyka pokory to trochę oksymoron. 🙂
o rany, no właśnie, bo u mnie też nie był to żaden przełom. Przez długi czas myślałam, że nic się nie zmienia, a potem ktoś bliski powiedział mi że inaczej reaguję na krytykę. Nie byłam w stanie tego sama zauważyć. 😉
To jest pytanie które wraca w tej rozmowie w roznych wersjach i myślę ze nie ma na nie jednej odpowiedzi. Natomiast jest coś co mnie uderza - większość praktyk które tu padły, tonglen, wypisywanie, wizualizacja, mają jedną wspólną cechę. Wszystkie polegają na skierowaniu uwagi na kogoś poza sobą. I to chyba nie jest przypadkowe
Wtrącę się do tego wątku z tonglen, bo mam z nim pewne doświadczenie i chcę powiedzieć coś czego się nie spodziewałam - ta praktyka potrafi być naprawdę nieprzyjemna. Nie w złym sensie, ale wymaga pewnego rodzaju zgody na dyskomfort. I myślę, że to jest właśnie ta część która ma sens w kontekście pokory - bo pycha jest między innymi ochroną przed dyskomfortem. 🙂
I to by wyjaśniało dlaczego same rytuały pokory mogą być nieskuteczne albo wręcz przynosić odwrotny skutek jeśli nie dotykają tego co jest pod spodem. Można przez rok wypisywać rzeczy które podziwiasz w innych i nadal mieć w sobie ten sam lęk tylko przykryty grubszą warstwą pozornej skromności. 😉
no i dlatego w wielu tradycjach mówi się że pokora to nie jest cel tylko efekt. Że nie osiąga się jej przez ćwiczenie pokory jako takiej, tylko przez głębsze rozumienie własnej natury. W Kabale jest pojęcie bittul - anulowania ego - ale to nie jest gest, to stan który wynika z kontaktu z czymś większym od siebie.
a wiesz moze natura? Serio mówię - niektóre badania nad zmniejszeniem ego po doświadczeniach w dziczy, to jest cos co opisuje Keltner z Berkley w kontekście poczucia grozy i zachwytu, po angielsku "awe". Mówi że doświadczenie czegoś co jest ogromne i przekracza naszą skalę dosłownie zmniejsza aktywność w rejonach mózgu odpowiedzialnych za narrację o sobie.
no ale czy to w ogóle jest do zrobienia dla kogoś kto ma naprawdę silne poczucie wyższości? Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie że większość tych praktyk wymaga pewnej dozy pokory zeby w ogóle zacząć. Jak ktos naprawdę jest przekonany że jest lepszy od wszystkich, to czy w ogóle sięgnie po tonglen albo usiądzie do contemplatio?
No właśnie, i chyba od tego cały ten wątek się zaczął. Że ktoś pisze - czasem czuję się lepszy od wszystkich, czy mogę nad tym pracować. To już jest świadomość. I może w tym sensie pierwszym rytuałem jest to pytanie samo w sobie, a nie żadna konkretna praktyka. 🙂
no ale, a propos intencji - zastanawiam się czy przy pracy z pychą intencja nie powinna być paradoksalnie mniej skupiona na sobie. bo jeśli wychodzę na spacer żeby stać się pokorniejszy, to cały czas jestem w centrum własnego projektu. Może lepiej gdyby intencja brzmiała: idę zobaczyć co jest, a nie: idę się zmienić. 🙁
Chyba każdy ma tu trochę racji i trochę nie. zostawię to sobie na jakiś czas i zobaczę z czym mi się ułoży 😀
