Dziennik zmieniał moje podejście do kilku rzeczy i zgadzam się z Kryształem. Ale mam pytanie, bo to mnie dotyczyło przez długi czas. Co jeśli nie wiesz co zapisać? znaczy, czujesz coś, ale nie masz słów. Ja przez jakiś czas zostawiałam puste strony bo nie umiałam tego nazwać.
Czyli dziennik nie po to żeby analizować na bieżąco, ale żby móc spojrzeć wstecz. To ma sens. Myślałam że chodzi o to żeby każdy wpis był jakimś wnioskiem, a to za dużo presji.
Przepraszam że wchodzę, bo czytałam całą tę rozmowę i mam pytanie które mnie nurtuje od dawna. Czy to możliwe że niektórzy ludzie po prostu nie "działają" z rytuałami, tzn. że ta forma nie jest dla nich, nawet przy spokojnych warunkach i prostej formie? Nie żeby to był błąd, ale po prostu nie każdy musi to robić tak samo?
Słuchajcie, wróćmy na chwilę do mojego pierwotnego pytania, bo trochę mi umknęło w tym wszystkim. eee, mam wrażenie że wielu z was mówi żeby uprościć, obserwować, zapisywać. ale nikt nie powiedział wprost co zrobić kiedy jestem w środku rytuału i czuję że się spina. Zatrzymać się? Dokończyć? Wyjść z tego jakoś?
Na to pytanie naprawdę nie ma jednej reguły. Ale jeśli mam powiedzieć co ja robię, to mam wewnętrzny sygnał stopu, który opisałabym jako moment kiedy forma zaczyna być przeciwko mnie, a nie ze mną. Jeśli czuję że walczę z rytualem zamiast w nim być, kończę spokojnie, nie nagle, nie z frustracją. Spokojne zamknięcie jest lepsze niż forsowanie do końca. Ale to mósi być świadoma decyzja, nie ucieczka.
Dokładnie, nie mam tego sygnału. Albo mam, ale go nie słyszę, bo za dużo myślę o tym czy robię wszystko dobrze. To jest chyba mój główny problem w ogóle, nie tylko przy rytuałach 😉
To co mówi Oksanka to jest coś z czym się spotkałem u siebie i mam wrażenie że to nie jest sprawa doświadczenia z rytuałami, tylko w ogóle kwestia tego jak ktoś funkcjonuje. Są ludzie którzy mają naturalne przeczucie stopu i tacy którzy muszą się nauczyć go słuchać. U mnie trwało to długo zanim przestałem kontynuować coś co już dawno przestało mi służyć.
To jest ciekawy punkt, że zakończenie rytuału nie jest porażką. Wydaje mi się że dla wielu z nas jest jakieś niepisane poczucie że trzeba dotrwać do końca, jakby przerwanie było równoznaczne ze złym zamiarem albo brakiem szacunku dla samego rytuału. Skąd to w ogóle pochodzi?
Zgadzam się z Jarylem i dodam że to zamknięcie intencji może być bardzo proste. Nawet jedno zdanie wypowiedziane na głos albo w myśli. Nie musi być rozbudowane. Problem polega na tym że kiedy ktoś przerywa z poczucia paniki albo przytłoczenia rzadko myśli o zamkniciu czegokolwiek, po prostu wychodzi z sytuacji. I dlatego potemm zostaje taki niedosyt albo niepokój.
Miałam dokładnie tak kilka razy. Przerywałam i potem przez resztę dnia czułam że coś jest niedokończone, ale nie wiedziałam co z tym zrobić. Nikt mi nie powiedział że można wrócić do tego po czasie i po prostu zamknąć, bez powtarzania całości.
To jest dla mnie nowe. Myślałam że jak nie skończyłam rytuału, to znaczy że go zepsułam i trzeba go powtórzyć od początku. A tu mówicie że wystarczy wrócić do samego zamknięcia. To zmienia trochę moje podejście do tych sytuacji kiedy rezygnowałam w połowie.
Oksanka, dokładnie tak. Rytuał to nie jest skrypt który musi być wykonany co do litery żeby zadziałał. Intencja jest ważniejsza niż forma i jeśli intencja była czysta, przerwa jej nie niszczy. Zniszczyć może chaos emocjonalny w trakcie, ale samo przerwanie i spokojne wyjście nie.
Ale skąd wiedzieć czy wychodzi się spokojnie czy chaotycznie 🙂 Bo w środku kryzysu to człowiek nie czuje spokoju, czuje że musi uciec. Czy ta różnica ma znaczenie dla efektu?
I to jest chyba sedno całego wątku, który Oksanka otworzyła. Napięcie w rytuale nie jest samo w sobie złe ani dobre, ono jest informacją. Pytanie co z tą informacją robisz. Większość z nas ucieka od napięcia zamiast je przeczytać, bo nikt nie uczył nas że można w nim zostać przez chwilę i zapytać co to jest.
Jeden oddech to brzmi osiągalnie. myślę że mogłabym spróbować tyle. Cała reszta, zostań, obserwuj, nie uciekaj, to za dużo kiedy się jest w środku czegoś trudnego. Ale jeden oddech przed decyzją, to mogę zrobić.
Ten jeden oddech to naprawdę działa, potwierdzam. Ja przez długi czas myślałam że to zbyt proste żeby miało sens, ale właśnie na tym polega różnica między zatrzymaniem się a reakcją automatyczną. Mózg w panice działa szybciej niż świadomość, więc ten jeden wdech to dosłownie czas na to żeby świadomość nadgoniła.
Nigdy nie myślałam o ciszy w ten sposób. Dla mnie zawsze była po prostu przerwą. Ale teraz jak czytam co piszecie, zastanawiam się czy moje problemy z skupieniem podczsa rytuałów nie wynikają właśnie z tego że nie wiedziałam co z tą ciszą zrobić. Jakbym jej nie umiała wypełnić, więc wypełniała ją głowa losowymi myślami.
Można, ale to jest osobna praktyka i zajmuje czas. ehh, cisza w rytuale jest dla wielu osób pierwszym momentem kiedy zostają sam na sam ze sobą bez żadnej aktywności, bez mówienia, bez czytania, bez ruchu. Dla kogoś kto nie medytuje i nie siada regularnie w spokoju, to może być dosłownie pierwsza taka chwila w ciągu całego dnia. Oczywiście że ciało reaguje.
To co mówi Ludwinia trochę mnie zatrzymuje. Jeśli cisza w rytuale jest pierwszą ciszą w ciągu dnia, to może problem nie leży w rytuale w ogóle tylko w tym że zaczynamy go bez żadnego wejścia? Jakbyśmy wchodzili od razu na głęboką wodę bez rozgrzewki.
To jest właśnie to czego mi brakowało. Nikt mi nie mówił żeby przed rytuałem po prostu posiedzieć. ehh, myślałam że rytuał sam w sobie powinien wprowadzać w stan spokoju, a tu wychodzi że on nie jest od wchodzenia w spokój, tylko od działania w spokoju. To jest zupełnie inne podejście.
o matko, oksanka, masz rację że to różnica. Ale mam pytanie do Feliksa, te kilka minut przed, to co wtedy robisz konkretnie? Bo "siedzenie bez celu" brzmi prosto, ale jak usiądę bez celu to zaczyna mi chodzić po głowie lista zakupów i co mam do zrobienia.
Dodam do tego co mówi Feliks że to co opisuje ma nawet swoją nazwę w badaniach nad stresem, przestawienie układu nerwowego z sympatycznego na przywspółczulny. Wolniejszy oddech aktywuje nerw błędny i dosłownie zmienia fizykę ciała. To nie jest magia w sensie przekonania, to jest biologia. Więc jeśli ktoś zaczyna rytuał bez tego przestawienia, wchodzi w niego z aktywnym trybem walki lub ucieczki.
Hm, ale ja robię rytuały rano i mi idzie lepiej niż wieczorem. wieczorem jestem za bardzo zmęczona i nie mam skupienia. Więc pora chyba nie jest dla wszystkich taka sama i zależy od indywidualnego rytmu, nie od jakiegoś ogólnego schematu.
No właśnie, bo ja kilka razy robiłam rytuały zmęczona i myślałam że to dobrze, że jestem spokojniejsza. A tu wychodzi że byłam tylko za słaba żeby odczuć napięcie, a nie naprawdę spokojna 😉 Czy to znaczy że takie rytuały nie zadziałały?
To jest jedno z trudniejszych pytań jakie można sobie zadać przy pracy rytualnej. Dla mnie marker był taki: jak byłam zmęczona, to po rytuale czułłam się tak samo albo gorzej. Jak byłam spokojnie wyciszona, to coś się lekko przesuwało, nie koniecznie spektakularnie, ale coś. Ale nie wiem czy to jest zasada czy tylko moje doświadczenie.
Przy okazji tego zmęczenie kontrra spokój, wrzucę coś co może pomóc albo skomplikować, zależy jak kto na to spojrzy. W badaniach nad allostatycznym obciążeniem ciała widać że chroniczne zmęczenie podnosi poziom kortyzolu nawet w momentach które subiektywnie odbieramy jako spokojne. czyli można czuć się spokojnie, a ciało i tak jest w trybie stresu. to trochę odpowiada na pytanie Wieduni, że samo subiektywne odczucie nie zawsze wystarczy jako wskaźnik.
Czytam to i zaczynam myśleć że mój problem z początku mógł być dokładnie tym. Że to napięcie nie było nowe, tylko pierwszy raz miałam wystarczająco dużo ciszy żeby je poczuć. I wzięłam to za oznakę że rytuał nie działa albo że robię coś źle, a może to było pierwsze prawdziwe poczucie co jest naprawdę.
