Słuchajcie, ale czy wy naprawdę jesteście ok z tym, że po prostu nie wiadomo? Bo dla mnie to jest frustrujące. Robię coś, poświęcam czas i energię, i na końcu mam powiedzieć sobie 'no cóż, może zadziałało, może nie'. To nie jest jakaś satysfakcjonująca pozycja.
Rumianek ma rację i to jest coś, co teraz naprawdę do mnie trafia. Bo ja właśnie tak robiłam, codziennie sprawdzałam, analizowałam każdy sygnał, zastanawiałam się, czy ta wiadomość od niego to już 'efekt', czy przypadek. I może to jest właśnie główna przeszkoda, że sama siebie blokowałam tym ciągłym liczeniem.
To ma sens, ale mam pytanie. Jeśli powiedziałaś, że sprawdzałaś każdy sygnał, to jak długo czekałaś? Bo chyba jest jakaś granica między 'ufam procesowi' a 'czekam wiecznie na coś, co nie przyjdzie'.
Generalnie to zależy od rodzaju rytuału i od tego, jakiego efektu oczekujesz. Przy rytuałach ukierunkowanych na konkretną osobę czas jest mniej przewidywalny niż przy ogólnych intencjach przyciągania. Bo w pierwszym przypadku wchodzisz w interakcję z czyjąś wolną wolą, a to jest zmienna, której nie kontrolujesz.
A czy to w ogóle jest etyczne? Kierować rytuał na konkretną osobę wiedząc, że możemy działać wbrew jej woli? Nie chcę tutaj moralizować, ale to pytanie zawsze mnie trochę blokuje, jak o tym myślę.
I do tej perspektywy wraca to, o czym rozmawiałyśmy kilkanaście postów wyżej. Nie wiesz, jak działa rytuał, bo nie masz wglądu w mechanizm. Więc nie wiesz też, czy czyjeś działanie mu przeszkadza, czy nie. Jedyne co możesz obserwować, to siebie i swój stan.
czytam ten watek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, bo trochę mi umknęło. czy jeśli ktoś w ogóle nie wie o rytualne, to może go osłabić nieświadomie? bo wcześniej była mowa o tym że 'aktywna kontra' to coś innego, ale co z przypadkowym wpływem?
To jest naprawdę dobre pytanie i chyba zależy od tego, w jakim stopniu wierzymy w zbiorowe pole energetyczne. Są podejścia, które mówią, że silna negatywna emocja otoczenia może wpływać na efekty, nawet bez świadomości. Ale z drugiej strony, skoro rytuał ma być 'zamknięty' i skierowany, to też można argumentować, że przypadkowe myśli nie mają do niego dostępu.
Ale czy ta wina to w ogóle dobra kategoria do oceniania czegokolwiek w rytuałach? Tzn. pytam serio, bo mam wrażenie, że ciągle kręcimy się wokół 'kto albo co mi przeszkadza', a może lepiej zapytać, co ja sama wnoszę do tego procesu.
Właśnie to mnie trochę kręci w całej tej rozmowie. Ciągle wychodzi, że czegoś nie da się sprawdzić, czegoś nie da się zmierzyć, i trzeba po prostu ufać procesowi. Tylko że to 'ufam procesowi' może też być wymówką do niczego nie robienia albo do tłumaczenia sobie, dlaczego nic nie wychodzi.
Mnie ta rozmowa o 'terenie' jednak wraca do pytania, z którym tu przyszłam. Jeśli ten teren jest nieczytelny przez osoby trzecie, to czy jest jakiś sposób, żeby go... oczyścić przed rytuałem? Słyszałam coś o rytuałach oczyszczających, które robi się wcześniej. Czy to ma w ogóle sens, czy to tylko dodawanie kolejnych warstw do czegoś, co i tak jest niewiadome?
Rytuały poprzedzające, takie jak oczyszczanie przestrzeni czy tzw. uncrossing w tradycji zachodniej, są faktycznie stosowane właśnie po to, żeby nie 'wchodzić' w rytuał właściwy z chaotycznym tłem. Chodzi głównie o to, żeby sam wykonawca był skupiony i żeby otoczenie nie generowało zakłóceń. Czy to realnie działa na te zewnętrzne energie innych ludzi, szczerze? Nie wiem. Ale działa na samą osobę wykonującą, i to chyba ma znaczenie.
No dobra, ale to znowu sprowadza się do tego, że jak coś nie działa, to wina twojego stanu. Trochę to wygodne wytłumaczenie, bo zawsze można powiedzieć, że 'nie byłeś wystarczająco spokojny'. Gdzie jest granica między autorefleksją a samoobwinianiem się?
a wracjąc do tego co było kilka postów wcześniej, o tych 'uncrossing' rytuałach, czy ktoś je robił i w jaki sposob? bo ja słyszałam o tej nazwie ale nie znam szczegółów
To jest ciekawe podejście z tą czystą kartą. Mnie zresztą też zależy nie tyle na cofnięciu, co na... zrozumieniu, czy to, co zrobiłam, było w ogóle w porządku, czy od początku działałam w tym 'zaplątanym terenie', o którym mówił Ambrozy. I jak się teraz zachować. Czy powtórzyć, poczekać, odpuścić.
Henryko, to pytanie jest naprawdę trudne do odpowiedzi bez znajomości szczegółów. Ale mogę powiedzieć jedno: w większości tradycji, które czytałem, nie zaleca się powtarzania tego samego rytuału w krótkim odstępie czasu. Mówi się, że to tak jakbyś wysiała nasiono, a potem wyciągała je co chwilę, żeby sprawdzić, czy kiełkuje. Natomiast czekanie też nie musi oznaczać bierności. Możesz robić coś innego w międzyczasie.
A co to znaczy 'coś innego'? Bo to jest dla mnie niejasne. Czy to znaczy inne rytuały? Inne cele? Czy po prostu żyć normalnie i nie myśleć o tym?
