Zastanawiam się nad czymś, co od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. Robię pewien rytuał od kilku tygodni i mam wrażenie, że coś go blokuje. Nie wiem, czy to moje myśli, czy może ktoś z zewnątrz. Czytałam gdzieś, że jeśli osoba, na którą kierujesz rytuał, ma kogoś bliskiego, kto aktywnie jej nie życzy związku z tobą albo w jakiś sposób ją trzyma przy sobie emocjonalnie, to ta więź może działać jak zakłócenie. Czy ktoś miał podobne odczucia? Że niby robisz wszystko jak trzeba, a coś jakby odpycha?
To jest właśnie jeden z tych tematów, gdzie ciężko powiedzieć cokolwiek jednoznacznie. Sama się nad tym zastanawiałam nieraz. Moim zdaniem nie chodzi tylko o to, że ktoś aktywnie blokuje, bo większość ludzi nie robi żadnej magii obronnej świadomie. Ale emocje są emocjami. Jeśli ktoś mocno trzyma się drugiej osoby, nawet zupełnie nieświadomie, to ta osoba niejako żyje w tym polu. I pytanie, czy twój zamiar w ogóle ma gdzie wejść.
Ale zaraz, zaraz. Jak to nieświadomie blokuje? Czyli każda babcia, która kocha wnuczka, mogłaby przypadkowo psuć jakiś rytuał skierowany do niego? Serio? Bo to brzmi trochę absurdalnie.
Właśnie to jest ciekawe pytanie, bo mam wrażenie, że to nie jest kwestia tego, czyj rytuał jest 'silniejszy'. Raczej chodzi o to, kto jest bliżej tej osoby emocjonalnie w danym momencie, kto ma z nią realną więź tu i teraz, nie tylko przez intencję z dystansu.
Zgadzam się z Rumianek, ale dodałabym jeszcze jedną rzecz. Sama miałam kiedyś sytuację, gdzie robiłam rytuał i zupełnie go nie czułam. Kompletna cisza. Dopiero po czasie okazało się, że osoba, o którą chodziło, była wtedy w bardzo intensywnej relacji z kimś innym, nie romantycznej, rodzinnej. Jakiś poważny kryzys w domu. I zastanawiam się, czy ta osoba nie była po prostu energetycznie zajęta czymś zupełnie innym. Nie wiem, czy to blokada, czy po prostu zły moment.
Szczerze? Nie rozpoznałam od razu. Dopiero jak wszystko się uspokoiło u tej osoby i sytuacja rodzinna się wyjaśniła, to coś drgnęło. Nie twierdzę, że to był jedyny powód, ale zbieżność czasowa była wyraźna.
Ale tu wchodzi jeszcze jeden wątek. Czy w ogóle da się odróżnić blokadę zewnętrzną od własnych blokad wewnętrznych? Bo mam wrażenie, że często przypisujemy opór zewnętrznym siłom, a tymczasem sami w siebie nie wierzymy wystarczająco. I ta nasza własna wątpliwość potrafi zdezorganizować całość lepiej niż jakakolwiek 'konkurencja' z zewnątrz.
To jest świetny punkt, Zielarkaa. W pracy z kartami to widać bardzo wyraźnie. Kiedy klient pyta o miłość i sam nie wierzy, że mu się ona należy, pytanie jest zamazane jeszcze zanim zacznę rozkładać układ. To nie jest kwestia pozytywnego myślenia, bardziej fundamentalne przekonanie o własnej wartości w tej sferze.
Okej, ale żeby nie filozofować bez końca, bo mnie interesuje konkret. Czy jest jakiś sposób, żeby sprawdzić przed rytuałem, czy coś nie będzie zakłócać? Albo podczas? Bo jeśli robiłem coś przez tydzień i to nie działa, to wolę wiedzieć, dlaczego, zanim zacznę od nowa.
Przepraszam, że wchodzę z innej strony, ale mam pytanie do całej tej dyskusji. Zakładacie, że energia lub intencja 'kogoś innego' może coś zakłócić. Ale na czym to w ogóle bazuje? Skąd wiadomo, że tak to działa, a nie że po prostu rytuały czasem działają, a czasem nie i szukamy wyjaśnień?
Czytam tę dyskusję od początku i mam podobny dylemat co Henryka. Ale nikt jeszcze nie powiedział wprost, czy jest jakiś sposób, żeby wzmocnić rytuał pod kątem właśnie tych zewnętrznych zakłóceń. Czy robi się coś przed, żeby się przed tym zabezpieczyć?
Okej, ale to mnie trochę niepokoi, bo żeby robić pełne oczyszczenie za każdym razem, to się robi z jednego rytuału cały projekt. Czy nie ma czegoś prostszego, co po prostu stawia jakiś bufor? Pytam, bo nie zawsze mam warunki na rozbudowane przygotowania.
Właśnie, sól to dobre przypomnienie. Czytałam kiedyś o technice tworzenia kręgu solnego przed rytuałem, żeby oddzielić przestrzeń roboczą od wszystkiego innego. Nie wiem na ile to działa na inne osoby z zewnątrz, ale pewnie bardziej chodzi o wytworzenie granicy psychologicznej dla samego wykonującego. Choć różnie to bywa opisywane.
Wracając do tego, co Rozyczka pytała o zabezpieczenie przed zakłóceniami, bo mnie też to interesuje. Wspomniałaś o kręgu solnym, Feniksa, ale czy jest coś, co można by robić konkretnie pod kątem sytuacji, gdy ta druga osoba jest po prostu bardzo zajęta lub otoczona innymi ludźmi? Bo w moim przypadku chyba nie chodzi o kogoś, kto aktywnie przeszkadza, tylko o to, że ta osoba jest po prostu niedostępna emocjonalnie w tym momencie.
Właśnie to jest kluczowe. Widziałam sporo opisów rytuałów, gdzie całe przygotowanie koncentrowało się na sobie, oczyszczenie, skupienie, data, a zupełnie ignorowało to, co dzieje się po drugiej stronie. A przecież rytuał miłosny to nie jest monolog, to praca z połączeniem. Jeśli jedno z ogniw jest zajęte czymś innym, to sam rytuał może być technicznie pięknie wykonany i nic nie da.
Dobra, ale czysta intencja to jedno. Wracam do oryginalnego pytania z tytułu wątku, bo mi umknęło w tym wszystkim. Czy inna osoba, konkretnie ktoś z zewnątrz, może świadomie osłabić cudzy rytuał? Nie nieświadomie przez obecność, nie przez to, że adresat jest zajęty, ale celowo. Czy ktoś ma jakiś przykład czegoś takiego?
Dobra, ale to trochę zmienia obraz całej tej rozmowy. Jeśli nieświadome działanie może wpłynąć na rytuał, to właściwie każdy, kto ma jakiś emocjonalny związek z adresatem, może być problemem? Rodzeństwo, były partner, zazdrosna przyjaciółka? To brzmi jak scenariusz, gdzie człowiek otoczony jest przez same zmienne.
Ale właśnie tu jest ta różnica, o której mówiłam wcześniej. Rytuał miłosny to nie jest praca wyłącznie na siebie. Jeśli jest adresat, to siłą rzeczy wchodzisz w przestrzeń, gdzie masz tylko częściową kontrolę. I to nie jest wada, to jest natura takiej pracy. Trzeba to po prostu przyjąć do wiadomości, a nie szukać sposobu na ominięcie.
Właśnie, dokładnie o to mi chodzi. Nie szukam gwarancji, tylko czegoś, co ma sens jako reakcja na taką sytuację. Bo czytam tę rozmowę od początku i rozumiem, że to złożone, ale nadal nie wiem, co zrobić praktycznie, gdy już mam poczucie, że coś nie działa tak jak powinno.
Ale to trochę bez wyjścia, nie? Że niby rób rytuał, ale nie oczekuj, że zobaczysz efekt, bo i tak nie wiesz, czy to rytuał czy przypadek. Jak wtedy w ogóle ocenić, czy to co robisz ma sens?
Szum w tle to akurat może być problemem samym w sobie, niekoniecznie jako sabotaż, ale jako czynnik, który utrudnia odczytanie efektów. Jeśli w tej samej przestrzeni energetycznej działa kilka silnych emocji kilku osób, to i tak masz środowisko, które nie jest neutralne.
Ja też tak robiłam, gaszenie świecy i koniec. Nikt mi nie powiedział, że to jest istotne. Czy to znaczy, że poprzednie próby mogły być z tego powodu mniej skuteczne? Albo, że są po prostu otwarte gdzieś w przestrzeni?
Nie wpadałabym w panikę z tego powodu. Zamknięcie jest ważne, ale brak formalnego zamknięcia nie oznacza automatycznie, że coś zostało zaburzone. Ważniejsze jest to, co działo się z twoją intencją w czasie całego rytuału, nie to, jak go zakończyłaś.
Dokładnie to samo myślę. Im dłużej czytam tę rozmowę, tym bardziej mam wrażenie, że nie ma żadnego sposobu, żeby wiedzieć, czy coś działa czy nie. Skoro efektów nie można przypisać rytuałowi, zamknięcia nie można sprawdzić, intencji nie można zmierzyć, to po co w ogóle rozmawiamy o tym, co może osłabiać rytuał?
Słuchajcie, mam trochę inne pytanie. Wszyscy mówimy o tym, że zewnętrzne osoby mogą wpływać na rytuał, ale ile z tego to rzeczywisty wpływ energetyczny, a ile to po prostu nasze przekonania na ten temat? Serio pytam, nie złośliwie. Bo mam wrażenie, że czasem przykładamy zbyt dużo uwagi do potencjalnych przeszkód i sami sobie tworzymy problem.
Ale tu znowu jest pułapka, bo nie można też ignorować realnych czynników zewnętrznych tylko dlatego, że myślenie o nich jest szkodliwe. Jeśli naprawdę jest ktoś, kto aktywnie pracuje w kontrze, ignorowanie tego przez 'pozytywne myślenie' chyba nie wystarczy, nie?
To co powiedział wcześniej Benedyk, a potem podchwyciła Dobrusia, trochę mi daje do myślenia o tym, jak w ogóle rozumiemy 'osłabienie' rytuału. Bo zakładamy, że jest jakiś stan idealny, pełna moc, pełna intencja, zero zakłóceń, i że wszystko poniżej to porażka. A może to nie tak działa? Może każdy rytuał jest jakimś przybliżeniem i pytanie nie brzmi 'czy był idealny', tylko 'czy był wystarczający'.
