Zastanawiam się nad czymś, o czym rzadko się mówi wprost. Robiłam ostatnio rytuał przyciągania miłości i byłam w nim całkowicie sama - nie tylko fizycznie, ale też bez żadnego wsparcia czyjejś energii, bez partnera, bez przyjaciółki, która by 'trzymała przestrzeń'. I zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. Czytałam gdzieś, że część tradycji wychodzi z założenia, że samotność podczas rytuału to wada, bo nie ma drugiej osoby, która by zakotwiczała intencję. Ale z drugiej strony widziałam też podejście zupełnie odwrotne - że właśnie osamotnienie jest potrzebne, żeby nie rozpraszać energii na zewnątrz. Ktoś z Was robił coś takiego zupełnie sam, bez żadnej osoby w pobliżu, i miał jakieś odczucia co do tego? Nie pytam o efekty, bardziej o sam proces.
Ja robiłam kilka razy i szczerze - za każdym razem byłam sama i nigdy nie przyszło mi do głowy, że to może być problem. Myślałam, że tak właśnie powinno być. Teraz zastanawiam się, czy nie robiłam czegoś 'nie tak'. Skąd w ogóle pochodzi ten pomysł z drugą osobą jako kotwicą?
A co z tym uczuciem pustki podczas takiego rytuału? Bo mnie to jest bliskie - robię coś w intencji drugiej osoby albo przyciągnięcia kogoś, i w połowie czuję się po prostu... bardzo sama z tym. I nie wiem, czy to jest informacja, która coś znaczy, czy po prostu emocje wchodzą, bo temat jest trudny.
To uczucie pustki w połowie to coś, o czym chyba mało kto mówi otwarcie. Miałem podobnie przy jednym rytuale, gdzie intencja dotyczyła relacji. Nie wiem, jak to nazwać - może po prostu kontrast między tym, czego chcesz, a tym, co masz w danej chwili, staje się bardzo wyraźny, gdy siedzisz sam w ciszy i skupiasz się na tym właśnie temacie. Czy to przeszkadza w samym rytuale? Nie jestem pewien.
Powiem szczerze, że mam mieszane uczucia w stosunku do całego wątku o 'energii braku'. To pojęcie jest często używane jako wyjaśnienie do wszystkiego i staje się trochę wytrychem - 'nie wyszło, bo robiłeś z braku'. Ale nikt nigdy nie wyjaśnia, jak odróżnić intencję z braku od intencji z pragnienia. Każde pragnienie zakłada przecież, że czegoś jeszcze nie masz. Więc jak to w ogóle rozróżnić w praktyce?
Właśnie o to mi chodzi - jak ja mam wejść w stan 'całości', jeśli robię rytuał miłosny właśnie dlatego, że jestem sama i mi z tym niedobrze? To trochę jakby kazać komuś być szczęśliwym, żeby przyciągnął szczęście. Nie kupuję tego jako praktycznej rady.
U mnie tak. Zdecydowanie łatwiej mi utrzymać skupienie, gdy jestem sam. Nawet jeśli ktoś bliski siedziałby obok w ciszy, jego obecność rozkłada moją uwagę. Nie wiem, czy to kwestia charakteru, czy czegoś głębszego. Może po prostu jestem typem, który źle pracuje przy świadkach.
To co mówi Feliks ma sens, bo ja na przykład odwrotnie - kiedy byłam sama przy rytuale, cały czas miałam z tyłu głowy, że 'to i tak nic nie da, bo nie ma nikogo'. Jak gdyby sama obecność innej osoby dawałaby jakiś sygnał, że to jest prawdziwe. Głupio to brzmi, ale tak to czułam. Czy ktoś jeszcze miał coś podobnego?
Ja nie robiłam rytuałów miłosnych, ale przy innych rzeczach miałam dokładnie to, co opisujesz, Renia. Że samo bycie z kimś razem przy czymś, nawet bez słów, powoduje, że to nabiera wagi. Jakby potrzebowała potwierdzenia od zewnątrz, że to jest 'prawdziwe działanie', a nie zabawa. Może to jest właśnie ta funkcja świadka - nie energetyczna, ale psychologiczna?
Nie nazwałbym tego placebo, bo to słowo sugeruje, że efekt jest fałszywy. Jeśli obecność świadka zmienia twój stan wewnętrzny i przez to rytuał przebiega inaczej - to jest realna zmiana, nie iluzja. Placebo to nie jest dobra metafora tutaj.
To jest ciekawy punkt, bo ja ostatnio myślałam właśnie o tym, że nasze podejście do rytuałów jest bardzo zindywidualizowane w porównaniu do tego, jak to wyglądało historycznie. I zastanawiam się, czy samotność podczas rytuału miłosnego to nie jest coś, co jest specyficzne dla naszych czasów - robimy to sami, bo nie mamy z kim, nie dlatego że tak ma być. Pytanie do Barni albo Gebda - czy jest jakaś tradycja, która explicite mówi, że solowa praca nad miłością jest lepsza?
Ja też czytałam, że mówienie o rytuale to jeden z najczęstszych błędów. Ale zastanawiam się, czy to nie jest trochę magiczne myślenie w złym sensie - że ktoś swoim wiedzeniem coś psuje. Może po prostu jak powiesz komuś, to sam zaczynasz to sabotować, bo oceniasz siebie jego oczami?
To ciekawe, że mówicie o dyskrecji, bo ja się zastanawiam, czy to nie jest jeden z powodów, dla których rytuały miłosne tak często są robione w samotności - nie tylko z braku towarzystwa, ale celowo. Że sam temat jest zbyt osobisty, żeby ktokolwiek był przy tym obecny.
To właśnie mi przyszło do głowy czytając wasze posty - że może ta samotność przy rytuale miłosnym jest po prostu naturalną konsekwencją tego, że temat jest intymny. Nie jesteś sama dlatego, że nie masz z kim, tylko dlatego, że to jest twoja sprawa i niczja więcej. Jakoś inaczej na to patrzę przez ten pryzmat.
Ale to też trochę idealizowanie sytuacji, nie? Bo część osób jest sama przy tym rytuale właśnie dlatego, że nie ma nikogo bliskiego, komu mogłaby ufać na tyle, żeby w ogóle powiedzieć. To nie jest wybór dyskrecji, tylko brak opcji. I pytanie, czy to robi różnicę w tym, jak taki rytuał działa albo jak się podczas niego czujesz.
No i to jest sedno tego wątku, jak mi się wydaje. Czy samotność z wyboru i samotność z braku to w kontekście rytuału to samo, czy nie. Bo psychologicznie to zupełnie inne stany, a skoro stan wewnętrzny ma znaczenie - co sami wcześniej ustaliliśmy - to powinno mieć wpływ na przebieg.
Właśnie dlatego ta praca na stanie przed rytuałem jest istotna - żeby w ogóle wiedzieć, z jakiego miejsca się wychodzi. Nie po to, żeby być w jakimś idealnym stanie, tylko żeby mieć świadomość, co wnosisz. Jeśli wiesz, że wchodzisz z miejsca braku i akceptujesz to jako punkt startowy, a nie zakłamujez go, to jest inaczej niż gdy udajesz przed sobą, że jest świetnie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i właśnie to zdanie Gebdy mnie zatrzymało. Bo ja mam tendencję do wchodzenia w cokolwiek - medytację, afirmacje, i pewnie rytuał też - z przekonaniem, że 'jestem gotowa', a potem w trakcie wychodzi coś zupełnie innego. Jakby samo działanie odsłaniało stan, którego wcześniej nie widziałam.
To co mówi Zorza jest w sumie argumentem za tym, żeby nie przywiązywać się za bardzo do koncepcji 'właściwego stanu przed rytuałem'. Niektóre systemy zakładają, że rytuał jest procesem, który sam w sobie coś robi ze stanem - nie jest tylko wykonaniem zaplanowanego skryptu. W takim ujęciu samotność czy brak samotności jest jednym z elementów, ale nie decydującym.
No to trochę zmienia perspektywę. Bo ja cały czas podchodziłam do tego jak do testu - czy 'zasługuję' na dobry efekt przez to, że mam odpowiedni stan. A może bardziej chodzi o to, żeby w ogóle zacząć, nawet z tym bagażem.
Ja się wtrącę, bo mam podobnie do Reni. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale czuję czasem, że robienie rytuału miłosnego w pełnej samotności - kiedy nie ma dosłownie nikogo - jest jakoś zbyt odsłaniające. Jakbyś stała przed czymś z całą swoją prawdą i nie ma gdzie uciec ani się zasłonić. I nie wiem, czy to jest dobre, czy złe. Po prostu intensywne.
Ja jestem sceptyczna z natury wobec tych wszystkich rzeczy, ale czytam ten wątek i to co piszecie o samotności przy rytuale - że odsłania coś, przed czym normalnie uciekasz - to mi się wydaje psychologicznie sensowne zupełnie niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w magię, czy nie. To jest po prostu bycie sam na sam z sobą i swoją potrzebą. Trudne dla każdego.
Właśnie to mnie zastanawia od początku tego wątku. Bo robienie rytuału samemu daje ci tę przestrzeń, żeby cokolwiek zauważyć - nie musisz pilnować, co myśli osoba obok, nie grasz żadnej roli. Ale jednocześnie jak jesteś sama i coś cię uderzy w środku, to nie masz z kim tego przeprocesować na bieżąco. To jest ta otwartość bez siatki bezpieczeństwa, o której pisałam wcześniej.
Mnie ciekawi, czy ktoś miał tak, że rytuał w samotności przyniósł coś zupełnie innego niż się spodziewał - nie efekt zewnętrzny, tylko wewnętrzny. Bo ja miałem raz sytuację, gdzie zrobiłem coś z konkretną intencją miłosną, a wyszło z tego coś w rodzaju klarowności, że w ogóle ta osoba mi nie służy. Jakby rytuał zadziałał, ale nie w kierunku, którego oczekiwałem.
To co opisuje Feliks jest chyba jednym z lepszych argumentów za samotnością przy rytuale miłosnym. Nie kontrolujesz, co wyjdzie, ale też nie masz możliwości ucieczki od tego, co wychodzi. W tradycjach ceremonialnych mówi się czasem o tym, że intencja jest jak pytanie, a odpowiedź niekoniecznie jest tą, której szukałeś.
Słuchajcie, mam pytanie trochę z innej strony. Czy ktokolwiek miał poczucie, że rytuał miłosny w samotności jest... za bardzo serio? Jakby kiedy robię coś sama, to nie ma żadnej lekkości, wszystko ma ciężar. I nie wiem, czy to dobrze, czy to po prostu mój problem z byciem sam na sam ze swoją intencją.
Ten 'ciężar' o którym mówi Zorza to niekoniecznie problem. Część systemów magicznych zakłada, że rytuał miłosny powinien mieć ciężar, bo dotyczy czegoś poważnego - relacji z drugim człowiekiem, własnych pragnień, które są bardzo konkretne. Lekkość byłaby raczej sygnałem, że nie do końca wchodzisz w to naprawdę. Chociaż mam w tym wątku pytanie do was - czy ta 'lekkość', o której myślicie, to jest coś, czego szukacie jako ulgi, czy jako potwierdzenia, że robicie to dobrze?
