Zastanawiam się od dłuższego czasu, jak to jest z rytuałami miłosnymi, kiedy partnerzy mieszkają w dwóch różnych miastach albo nawet krajach. Mój chłopak siedzi w Holandii od pół roku, ja w Polsce, i czuję, że to co kiedyś robiłam dla nas (np. zapalałam świece przed naszą rocznicą, robiłam taką małą intencję przy kolacji) zupełnie straciło sens, bo nie ma z kim tej kolacji zjeść. Czy ktoś z Was prowadził jakąś praktykę na odległość? Bo szczerze mówiąc, czuję się trochę zagubiona.
Też mam podobnie, mój jest w Norwegii i ja w domu z dzieciakiem. Próbowałam robić rytuał z różową świecą i jego zdjęciem, ale efektów żadnych nie zauważyłam, a robię to już z miesiąc. Może źle do tego podchodzę, nie wiem. Czytałaś coś konkretnego o tym, czy działasz po omacku?
pytanie, czy te kolacje przed wyjazdem traktowałaś bardziej jako wspólny czas z intencją, czy jako sam akt magiczny. Bo jeśli to pierwsze, to bez drugiej osoby faktycznie odpada sens. Ale jeśli liczy się sama intencja w przygotowaniu, to nie ma znaczenia, czy on siedzi obok, czy je swoją zupę z proszku w Eindhoven.
A ja właśnie czytałam o tym, że w niektórych tradycjach samo przygotowywanie jedzenia z myślą o kimś jest formą praktyki. Ponoć w Indiach jest takie pojęcie jak prasada, że to co gotujesz z określonym nastawieniem, niesie tę energię dalej. Tylko nie wiem, czy to się przenosi przez kilometry, czy musi być zjedzone przez tę osobę.
Czyli wychodzi na to, że jak gotuję sama dla siebie z myślą o nim, to to nic nie daje? Bo on tego nie je. To trochę bez sensu wtedy.
Wtrącę się, bo mnie to ciekawi. Czy ktoś próbował robić to jednocześnie? Znaczy umówić się z partnerem, że o tej samej godzinie gotujecie to samo danie, każde u siebie, i potem jecie razem przez kamerkę. To by łączyło fizyczność z synchronicznością.
moim zdaniem im konkretniej tym lepiej, ale nie chodzi o szczegóły typu data powrotu, tylko o uczucie. Wyobraź sobie konkretną sytuację z nim, taką którą chcesz, żeby się wydażyła, i poczuj to nasawienie. Ja to nazywam gotowaniem ze wspomnieniem z przyszłości, brzmi dziwnie ale działa u mnie.
Słuchajcie, a nie wydaje Wam się, że my tu trochę mieszamy psychologię z magią? Bo to co opisujecie z tym wyobrażaniem i koncentracją to brzmi bardziej jak praktyka uważności niż rytuał miłosny. Nie kpię, pytam serio - gdzie wy stawiacie granicę?
A jak partner mieszka daleko i nie wie nic o ezoteryce, to wtedy mówić mu o tym, czy lepiej robić po cichu? Boję się, że jakbym powiedziała swojemu, to by się ze mnie śmiał i cały efekt by przepadł.
A ja mam pytanie trochę z innej beczki. Mój chłopak pracuje na statku i wraca raz na pół roku. Czy w takich naprawdę długich rozłąkach jedzenie jako rytuał ma jeszcze sens, czy to już za rzadko żeby coś dało? Bo on jednego dnia je obiad ze mną na video, a potem znika na tygodnie.
Ten temat regularności mnie zastanawia, bo ja właśnie robiłam codziennie i chyba sama się tym wypaliłam. Może gdybym robiła rzadziej ale z większym przygotowaniem, to by miało inny ciężar?
to ma sens z prostego powodu - codziennie robione cokolwiek przestaje być wyjątkowe. Mózg się przyzwyczaja i traktuje to jak mycie zębów. Jeśli ma być rytuałem, musi się odróżniać od reszty dnia. Inaczej to tylko nawyk z dopisaną intencją.
Czytam was od dłuższej chwili i się trochę gubię. To jak teraz zrobić, żeby ten partner z daleka coś poczuł? Bo rozumiem że chodzi o intencję, ale przecież on jest tysiące kilometrów stąd i nie wie nawet że ja coś gotuję.
Czyli wracając do mojej świecy - jak rozumiem powinnam zapalać ją rzadziej, ale z większym przygotowaniem? I myśleć o konkretnej sytuacji, a nie ogólnie o miłości? Czy też dorzucić to gotowanie do tego?
Wtrącę się, bo trafiłem ostatnio na opisy słowiańskich obrzędów związanych z jedzeniem i odległością. U nas dawniej, jak ktoś szedł w drogę, zostawiało się dla niego miejsce przy stole i kładło chleb. To miało go przyciągać z powrotem. Nie wiem ile w tym praktyki realnej, a ile symboliki, ale mechanika dokładnie ta sama co tu opisujecie.
Ten pomysł z pustym miejscem mi siedzi w głowie, bo to w sumie to co robiłam intuicyjnie przed jego wyjazdami - nakrywałam dla dwóch osób, choć on jeszcze nie wszedł do mieszkania. Może wrócę do tego, ale teraz świadomie. Tylko czy nie jest dziwnie jeść kolację patrząc na puste krzesło?
dziwnie jest tylko na początku. Po kilku razach wchodzi w to inny rodzaj uważności - jakbyś jadła z kimś, kto nie musi się fizycznie tam znajdować. To w sumie ciekawe, czy ktoś z was próbował zapisywać sobie potem co czuł podczas takiej kolacji, bo myślę że to mogłoby pomóc zobaczyć, czy coś się zmienia w czasie.
No właśnie zastanawiałam się nad zapisywaniem, ale boję się że wtedy zamiast jeść skupiona, będę myślała o tym co potem napisać. Ktoś tak próbował robić od razu po posiłku?
ja robiłam tak że miałam taki mały zeszycik i zapisywałam jednym zdaniem albo dwoma, nie wiecej. Wystarczy jakiś obraz albo uczucie. Nie chodzi o esej tylko o uchwycenie momentu, inaczej faktycznie się rozprasza.
A ja mam pytanie wracając do tej kolacji dla nieobecnego - co konkretnie się robi z tym drugim talerzem? Nakładać jedzenie czy zostawić pusty? Bo jak nakładam to potem szkoda wyrzucić.
Tu pojawia się ciekawe pytanie - czy intencja działa lepiej kiedy druga osoba o niej wie, czy kiedy nie wie. Bo z jednej strony świadomość obojga wzmacnia, z drugiej oczekiwanie psuje. Ja bym powiedział że w długich rozłąkach lepiej nie mówić, bo partner i tak ma swoje co go obciąża.
Czytam i mam pytanie może głupie - a co jeśli osoba na odległość jest w innej strefie czasowej i ja jem kolację a ona śpi? Czy to ma znaczenie czy nie?
Ja bym dorzuciła do tej kolacji jakiś przedmiot należący do partnera - jego kubek, sztućce, cokolwiek. Wtedy łącznik jest mocniejszy bo masz fizyczny element jego obecności. Sama myśl to mało, kontakt z przedmiotem dodaje warstwy.
Wracając do mojej sytuacji - chyba spróbuję raz w tygodniu, w piątek wieczorem, bo to nasza dawna pora wspólnych kolacji. Nakryję dla dwojga, położę kromkę na jego talerzu, i tyle. Bez świec, bez dodatków. Co o tym myślicie, czy to ma sens jako początek?
sensownie. Trzymaj się tego przez minimum miesiąc-dwa zanim ocenisz cokolwiek. Pierwsze trzy-cztery razy będą niezręczne, potem wejdzie inny rytm. I nie porównuj każdej kolacji do poprzedniej, bo to też zabija.
piątek to dobry wybór jeszcze z innego powodu - w wielu tradycjach piątek był dniem związanym z miłością i kobiecymi sprawami. Nie wiem na ile to dla ciebie istotne, ale jeśli pytasz o sens, to dzień też pasuje, nie tylko wasza historia.
A czy ktoś próbował robić coś podobnego ale rano, przy śniadaniu? Bo wieczory mam zajęte małym dzieckiem i nie wyobrażam sobie spokojnej kolacji w skupieniu. Zastanawiam się czy poranek by się nadawał, czy to musi być wieczór.
