Odróżnienie jest w tym, co się dzieje, jak siadasz do praktyki. Lenistwo mija po pięciu minutach pracy, wciągasz się i idzie. Wewnętrzny opór nie mija - im dłużej siedzisz, tym gorzej się czujesz, robi się ciężko w klatce piersiowej, myśli uciekają, ciało chce wstać. To są dwa różne sygnały i ciało je rozróżnia, tylko głowa lubi je mieszać.
Mnie ciekawi inna rzecz - czy jak ktoś przerwał praktykę z powodu choroby, to po wyzdrowieniu może wracać do tego samego punktu, w którym skończył, czy musi zaczynać od początku. Bo intuicyjnie mi się wydaje, że choroba to taki reset i to, co było wcześniej, już nie do końca się liczy.
A czy ktoś z was miał tak, że przerwa pomogła zobaczyć, że właściwie to robił rytuał dla zupełnie innego celu niż początkowo zakładał? Bo mnie się ostatnio tak zdarzyło z pewną praktyką, że dopiero jak ją zostawiłam na kilka miesięcy, zorientowałam się, że chodziło mi tak naprawdę o coś innego niż to, co wpisywałam w intencję.
Czasem życie samo robi te przerwy, których byśmy sobie nie zafundowali. Choroba w rodzinie, przeprowadzka, nagły wyjazd - to wszystko brzmi jak przeszkody, ale często działa jak filtr. Zostaje to, co naprawdę było twoje, a to, co było z przyzwyczajenia albo z presji, odpada samo. Tylko trudno to docenić, dopóki się w tym siedzi.
