Tak, tylko ta trzecia rzecz nie powstaje od pierwszego dnia. Musi mieć czas, żeby się docierać. A na początku często faktycznie trzeba się umówić, czyje robimy dziś, a czyje innym razem, żeby nie mieszać wszystkiego w jeden gulasz, w którym nic nie smakuje.
To brzmi niepokojąco. Czyli można nieświadomie wnosić do nowego związku coś, co się robiło z poprzednim partnerem z innej kultury, i nawet nie zdawać sobie sprawy?
Właśnie, u nas w ogóle rzadko się robi cokolwiek wspólnie z byłymi, a co dopiero coś tak intymnego. Ciekawe, jak to wygląda w kulturach, gdzie rozstanie też ma swój własny obrzęd, a nie tylko podpis na papierze i koniec.
u Słowian Wschodu były całe cykle obrzędów rozstaniowych, szczególnie jak para się rozeszła po zaręczynach. Wracało się do domu rodzinnego, oddawało się rzeczy, czasem przepalało progi. To nie było po to, żeby się mścić, tylko żeby symbolicznie pokazać, że droga się rozeszła i obie strony są wolne.
A jak to wygląda w parach mieszanych, gdzie jedna strona ma takie pozostałości, a druga nie ma nic? Bo u mnie partner jest z kraju, gdzie się o tym praktycznie nie mówi, a ja mam babcię, która ciągle coś przebąkuje pod nosem.
Czyli sam obrzęd to jest tylko końcówka czegoś większego, co się dzieje wcześniej w relacji? Bo ja myślałam, że to obrzęd ma siłę, a okazuje się, że bez tego, co wokół, on niewiele zdziała.
Dokładnie tak to działa. Obrzęd jest jak pieczęć - przykłada się go do czegoś, co już zostało napisane wcześniej. Jak nic nie ma pod spodem, to pieczęć stoi na pustej kartce i nic z niej nie wynika. Dlatego w starych przekazach tyle uwagi poświęcało się przygotowaniu, a sam moment obrzędu był stosunkowo krótki.
A jeśli ta osoba była z innej kultury i robiliście jakieś jej obrzędy razem, to czy trzeba to pożegnanie zrobić w jej stylu, czy w swoim? Bo nie wiem, czy moje sposoby tu w ogóle zadziałają.
To mi się układa w głowie. Czyli przy związkach międzykulturowych można razem budować coś trzeciego, ale jak przychodzi rozstanie, to każdy wraca do swojego, żeby się domknąć. Ciekawe, czy są pary, które się rozstają i jednak razem przechodzą przez jakiś wspólny obrzęd zakończenia, bo to im pasuje bardziej.
Są takie pary, ale to rzadkość. Najczęściej wymaga to, żeby obie strony już wcześniej miały świadomość, że to, co budowały razem, było czymś trzecim, a nie sumą dwóch tradycji. Jak ktoś przez całą relację traktował obrzędy drugiej strony jak dodatek do swoich, to przy rozstaniu nie ma czego wspólnie domykać. Każdy zabiera swoje i tyle.
A czy w takich mieszanych parach częściej jedna tradycja wygrywa, czy faktycznie powstaje coś nowego? Bo z tego, co czytałem, zwykle ta strona, która ma silniejszą rodzinę za sobą, narzuca więcej.
Czyli to jest bardziej pokazywanie niż tłumaczenie? Bo ja sama mam tendencję, żeby najpierw wytłumaczyć kontekst, a potem dopiero coś zrobić, a wychodzi na to, że to może odwrotnie powinno działać.
Tłumaczenie sprowadza obrzęd do poziomu informacji, a on działa na poziomie ciała i obecności. Stare kobiety u mnie w okolicy nigdy nie tłumaczyły, co robią - po prostu robiły, a dzieci patrzyły i z czasem same łapały. Jak ktoś z innej kultury przy tobie stoi, to też raczej złapie przez patrzenie niż przez wykład. Pytanie tylko, czy ty sama wiesz, co tam robisz na tyle, żeby to nie było odtwarzanie z pamięci, tylko coś żywego.
