Zaczepiłam ostatnio temat z koleżanką z Maroka i ona mi mówi, że u nich u babci była cała tradycja z pisaniem imienia ukochanego na kartce i wkładaniem pod próg meczetu, a u nas mamy te wszystkie zamawiania na świecach i lanie wosku. I tak się zastanawiam - czy jak jestem w związku z osobą z innego kręgu kulturowego, to powinnam robić rytuały według naszych tradycji, jego, czy mieszać? Bo z jednej strony mam wrażenie, że jak robię coś z jego kultury, to trochę kradnę, a z drugiej - jak robię tylko swoje, to nie obejmuje to przecież jego strony. Ktoś miał podobny dylemat?
U mnie żona jest z Ukrainy i powiem szczerze, że ona też miała swoje "babcine sposoby" - głównie z wodą i ziołami zbieranymi w określone dni. Na początku patrzyłem z dystansem, bo u nas w domu były inne klimaty, bardziej w stronę zamówień przy świecach i modlitw. Po latach doszliśmy do tego, że robimy swoje rzeczy obok siebie i nikt nikomu nie wchodzi w drogę. Ale Twoje pytanie jest ciekawe - czy ktokolwiek pytał kiedyś tę babcię z Maroka, czy ona uważa, że to można przejąć?
a skąd w ogóle przekonanie, że robienie czegoś z innej kultury to jest kradzież? Bo ja słyszę to coraz częściej i nie zawsze rozumiem. Jeśli ta koleżanka sama Ci o tym opowiedziała, to chyba nie ma sprawy? Inaczej byłoby, gdybyś znalazła to w jakimś przypadkowym filmiku na tiktoku i kopiowała bez kontekstu.
Czyli wychodzi na to, że jak jestem z Polski, to powinnam trzymać się polskich tradycji nawet w związku z osobą z innej kultury? A co z dziećmi, które będą miały dwie tradycje od urodzenia? To one już mają wybór, a my, dorośli wchodzący w taki związek, jakbyśmy byli skazani na swoje korzenie?
Nie skazani, raczej zakotwiczeni. Astrologicznie też to widać - u nas weneryjne dni miłosne to były piątki, pewne fazy księżyca powiązane z lokalnym klimatem i porami zbiorów. W Indiach układ planet czyta się inaczej, tam jest system nakszatr i to się rozjeżdża z naszym. Można się tego uczyć latami, ale nie wystarczy raz przeczytać i odprawić. A co do dzieci - one wchłaniają obie strony naturalnie, bo żyją w obu domach od początku.
A czy nie jest tak, że jak człowiek jest w związku międzykulturowym, to po prostu robi to, co działa? Bo ja jestem z chłopakiem z Hiszpanii i miałam dosyć tego ciągłego zastanawiania się, czy mogę, czy nie wypada. Spróbowałam u jego babci spytać o jakiś prosty obrzęd na zgodę w domu i ona z radością opowiedziała. Może to my w Polsce za bardzo komplikujemy?
A może jest tak, że szukanie tej idealnie czystej tradycji to w ogóle mit? Bo przecież polskie obrzędy też były mieszane - coś słowiańskiego, coś chrześcijańskiego, coś z wpływów wschodnich, coś z Niemiec. Może każda kultura zawsze coś brała od sąsiadów i to jest normalne?
Czy nie jest tak, że jak para żyje razem dziesięć, dwadzieścia lat, to powstaje ich własny mikrosystem? Znam rodziny, gdzie jedna osoba jest z Polski, druga z Wietnamu i oni mają swoje rytuały, których nie ma w żadnej książce. Sami je wypracowali. To chyba jest też jakaś forma tradycji, tylko świeża?
Wracając do pierwszego pytania - kluczowa jest też kwestia świadomości. Jeśli wchodzisz w związek z osobą z innej kultury i odprawiasz coś z jej strony, dobrze byłoby z nią o tym porozmawiać. Nie tylko z babcią, ale z partnerem. Bo on może mieć zupełnie inny stosunek do tych praktyk niż jego rodzina. Może być wierzący, niewierzący, sceptyczny, albo wręcz przeciwnie - bardzo przywiązany. Zrobienie czegoś za jego plecami, nawet w dobrej intencji, to jest osobny problem.
Wtrącę się, bo czytam od początku. A co z talizmanami w takich związkach? Bo u mnie dziewczyna jest z Litwy i jej babcia podarowała jej taki mały woreczek z czymś w środku, którego nie chce mi pokazać. Mam to szanować i nie pytać, czy raczej dopytać, co to jest?
Czyli jeśli wracam do tej koleżanki, która pokazała mi rytuał ze swojej kultury - może powinnam się zastanowić, czy ona pokazała mi to jako coś do robienia, czy raczej jako ciekawostkę. Bo to chyba dwie różne rzeczy.
To bardzo dobre rozróżnienie. Opowiedzenie o czymś nie zawsze jest zaproszeniem do praktyki. Czasem ktoś dzieli się historią, bo mu ufa, a nie dlatego, że chce go uczyć. Jak masz wątpliwości, najprościej zapytać wprost - czy mogę to wykorzystać, czy wolisz, żebym tego nie powtarzała.
Wracając do astrologii w takich mieszanych związkach - widziałam pary, gdzie partner z innej kultury miał kompletnie inną interpretację swojego horoskopu niż ta, którą znamy u nas. I to nie chodzi o style, tylko o samą strukturę. W systemach indyjskich liczy się księżyc w nakszatrach, a u nas zwykle słońce. Już samo to powoduje, że oboje patrzą na siebie przez zupełnie inne soczewki, nawet jeśli oboje wierzą w astrologię.
Dochodzi jeszcze jedna rzecz - kalendarz. U nas rok obrzędowy idzie od Godów przez Jare Święto, Sobótki, Dożynki, Dziady. W tropikalnych krajach to wszystko traci sens, bo nie ma takich pór roku. Jak robisz rytuał miłosny zaczepiony o przesilenie, a partner jest z Indonezji, to dla niego ta data jest pusta.
To jest cały problem z transferem praktyk. Same nazwy nakładają się na różne treści. Można powiedzieć drugiej osobie "pomódlmy się do Maryi" i każde będzie robiło coś innego w głowie. A intencja w rytuale to nie tylko słowa, ale i obraz.
Czyli sam fakt, że oboje wymawiamy to samo imię, nie znaczy, że robimy to samo. To trochę zmienia moje podejście, bo ja zakładałam, że jak partner się zgadza i powtarza za mną, to już jesteśmy w jednej intencji.
Ja tu zauważyłam jeszcze jedną rzecz - jak partner robi coś tylko dlatego, że ja go poprosiłam, a sam w to nie wchodzi sercem, to bywa gorzej, niż jakby w ogóle nie brał udziału. Bo dokłada do tego swoje wątpliwości.
A jak rozpoznać tę różnicę? Bo partner może powiedzieć, że chce wejść, a w środku mieć blokadę, której sam nie widzi. Pyta się go wprost i tyle?
Wracając do tego woreczka mojej dziewczyny - rozmawiałem z nią ostatnio i sama z siebie powiedziała, że to jest na ochronę przed złymi myślami z zewnątrz. Nie pytałem co konkretnie w środku, ale powiedziała, że jak kiedyś zechce, to mi pokaże. Czyli chyba dobrze, że nie naciskałem.
Wracam jeszcze do astrologii w kontekście rytuałów miłosnych w mieszanych parach. Bo jeśli partner pochodzi z kultury, gdzie liczy się przede wszystkim Księżyc i jego pozycja w nakszatrach, to planowanie rytuału po tropikalnym Słońcu może mu się wydawać dziwne. Mój znajomy Hindus mówił, że dla niego nasze "jest pełnia, robimy rytuał" brzmi tak ogólnie, że aż nic nie znaczy.
To brzmi, jakby u nich było dużo bardziej precyzyjnie. U nas mówi się ogólnie "rosnący Księżyc do przyciągania", a tam jest konkretny dzień z konkretnym znaczeniem. Czy to nie jest po prostu dokładniejszy system?
Czyli moglibyśmy odbudować swoje, gdybyśmy chcieli, tylko to wymaga więcej pracy niż przyjęcie gotowego systemu z innej kultury. Może dlatego tak łatwo sięgamy po obce rzeczy - bo są podane w całości, a nasze trzeba sobie najpierw poskładać z kawałków.
I to jest moim zdaniem sedno tego całego wątku. Nie chodzi o to, żeby zamknąć się na cudze, tylko żeby nie traktować obcego jako gotowca, bo własnego nam się nie chciało odgrzebać. A jak już sięgamy do partnera, to wchodzimy w to jego oczami, a nie swoimi.
A skąd wiesz, że to faktycznie ten sam język, a nie coś, co sobie sama zbudowałaś z fragmentów i wyobraźni? Pytam bez złośliwości, bo sama się nad tym zastanawiam.
Takie rzeczy się zdarzają częściej, niż ludziom się wydaje. Pamięć rodu siedzi w ciele i czasem wychodzi przez ręce, zanim wyjdzie przez świadomość. U mnie tak samo było z pewnymi gestami w obrzędach - robiłam, nie wiedząc skąd, a potem się okazywało, że babcia robiła identycznie.
To brzmi sensownie. U mnie z dziewczyną zaczyna się powoli układać tak, że ja mam swoje, ona ma swoje, a są jakieś rzeczy, które robimy razem i one nie pochodzą ani z mojego, ani z jej domu. Same się wyłoniły.
Czyli to nie jest tak, że musimy wybrać między moim a jego, tylko że z czasem może powstać trzecia rzecz, wspólna. To mnie trochę odciąża, bo ja się męczyłam wyborem od miesięcy.
