Dobra, to mam do Barniego pytanie, bo to mnie dotyczy bezpośrednio. Jak rozróżnić ten ciężar z napięcia od ciężaru z powagi? Bo serio, gdy siedzę sama z zapalona świecą i próbuję się skupić, to czuję jedno i drugie naraz i nie umiem ich rozdzielić.
Mnie nauczyło jedno: jak napięcie ustępuje w trakcie, a skupienie zostaje - to ten drugi rodzaj. Jak napięcie rośnie albo zostaje przez cały czas - to pierwsze. Ale to wymaga czasu i kilku prób, żeby to w ogóle w sobie rozpoznać. Nie ma skrótu.
To jest dopiero ciekawy wątek - presja żeby rytuał zadziałał, w połączeniu z samotnością, w której nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia. Nie znam się na magii, ale to brzmi jak idealna pułapka. Robisz sama, więc nie możesz porównać, a jednocześnie oczekujesz konkretnego efektu. I nie wiadomo, czy coś poszło 'źle', czy w ogóle nic nie wychodzi, bo za bardzo chcesz.
To jest jedno z trudniejszych pytań, bo nie ma tu żadnej reguły, która zadziała za pierwszym razem. Ale jest jedna rzecz, którą zauważyłem i którą można sprawdzić w trakcie: oddech. Napięcie lękowe zazwyczaj spłyca oddech albo go zatrzymuje. Skupienie i powaga - nie. Jak siedzisz ze świecą i czujesz, że coś cię ściska w klatce i nie możesz wziąć pełnego wdechu, to raczej napięcie. Jak jest ciężko, ale oddycha się spokojnie - to co innego. To oczywiście nie jest żadna zasada absolutna, ale u mnie działa jako pierwszy sygnał.
Okej, oddech i uciekanie myśli - to są rzeczy, które mogę obserwować, bo to konkretne. Dzięki. Ale mam pytanie do Feliksa - czy to uciekanie myśli nie jest po prostu normalne dla kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do siedzenia w ciszy? Bo ja i bez rytuału mam problem ze skupieniem się na jednej rzeczy dłużej niż kilka minut.
Cecylka ma rację, że się to rozjeżdża, ale Renia też ma rację, że to jest powiązane. Myślę, że główny temat to nadal samotność przy rytuale miłosnym, tylko wychodzimy z niego przez konkretne doświadczenia - a to jest normalna rozmowa, nie da się rozmawiać o abstrakcji bez przykładów. Mnie bardziej ciekawi, czy ktoś celowo wybrał samotność, a nie wyszło mu to z konieczności. Bo Majeranek chyba pyta o świadomy wybór, nie o sytuację z braku opcji.
Ma znaczenie, ale nie takie jak myślisz. Intencja przed rytuałem kształtuje twój stan wejściowy, ale sam rytuał i tak idzie swoją drogą. Jeśli wchodzisz z poczuciem 'nie mam wyjścia', to twoje ciało niesie to napięcie. Ale rytuały miłosne robione przez konkretne tradycje - mam tu na myśli np. niektóre podejścia z kręgu ceremonialnego czy wicca - zakładają, że właśnie stan wejściowy nie jest decydujący, tylko to, co robisz ze sobą w trakcie. Więc ta konieczność na początku może się zmienić w coś innego w środku.
Właśnie to o czym Feliks pisze - ten spokój po - to jest jedyna rzecz, której mi brakuje w rytuale robionym samemu. Jak kończę, to nie wiem, czy ten spokój to dobry znak, czy po prostu ulga, że skończyłam i mogę wrócić do normalności. Nie wiem jak to rozróżnić.
Ja się zastanawiam nad czymś innym - czy wszyscy zakładamy, że rytuał miłosny w samotności to zawsze coś napiętego i ciężkiego? Bo może zależy od tego, czego dotyczy. Rytuał przyciągania miłości w ogóle, a rytuał dotyczący konkretnej osoby - to są zupełnie różne ładunki emocjonalne. To pierwsze można robić z pewną lekkością, bo cel jest otwarty. To drugie jest zawsze obarczone.
Dobra, ale poczekajcie - czy te rytuały ogólne w ogóle coś dają, skoro nie ma konkretnego celu? Pytam serio, bo dla mnie intuicyjnie wydaje się, że bez celu to jest jak wysyłanie maila bez adresata. Może ktoś mi wytłumaczyć jak to ma działać?
I to jest ciekawe, że większość ludzi ich nie rozdziela. Może dlatego, że w praktyce nie jest to konieczne - rytuał po prostu działasz i obserwujesz co się dzieje. Ale jak zaczynasz rozmawiać o samotności przy nim, to ta kwestia wychodzi, bo samotność inaczej wpływa na te dwa mechanizmy.
Wracam do siebie, bo to mój temat 🙂 Słucham wszystkiego i mam jedno konkretne pytanie - czy ktoś z was świadomie wybrał samotność przy rytuale miłosnym, bo chciał mieć więcej kontroli nad tym co czuje w trakcie? Bo ja w tej chwili myślę, że gdybym miała kogoś obok, to by mnie rozpraszało, nie pomagało.
Tak, właśnie z tego powodu. Kilka razy próbowałem z kimś razem i zawsze miałem z tyłu głowy, że ta osoba mnie obserwuje albo ocenia, i to zupełnie zmieniało to, co robiłem. Sam - mogę być dokładnie tam gdzie jestem, bez żadnego filtrowania.
A czy ta 'kotwica' to nie jest po prostu to, że jak ktoś jest obok to czujesz się mniej głupio? Bo ja jak próbowałam robić cokolwiek rytualnego, to przez pół czasu myślałam jak to wygląda z zewnątrz. Sama ze sobą. Nie wiem skąd to się bierze.
To co i Barni i Sennica opisują to jest kwestia tego, co dla kogo jest punktem odniesienia podczas rytuału. Jedni potrzebują zewnętrznej kotwicy, inni wewnętrznej. I może właśnie o to chodzi z tą samotnością - że wymusza pracę z wewnętrzną, a nie każdy jest do tego gotowy albo każdemu to służy.
Dobra, to jak ja mam sprawdzić co u mnie działa? Bo słucham was i mam wrażenie, że jedyne co mi powiecie to że 'spróbuj i sprawdź', ale może jest jakiś wcześniejszy krok, zanim wejdę w rytuał, żeby się zorientować czy samotność mi pomoże czy zaszkodzi?
Ja zanim zaczynam, przez chwilę po prostu siedzę bez robienia niczego i obserwuję, czy moje myśli zaczynają odpływać od razu, czy mogę zostać z jedną rzeczą przez chwilę. To mi mówi więcej o stanie wejściowym niż jakiekolwiek przygotowanie. Jak odpływam za szybko, to wiem że coś nie gra i albo czekam, albo zmieniam to co planuję zrobić.
Ja to czytam i myślę sobie, że może właśnie dlatego mi się nie udawało nic skończyć - zaczynałam od razu, bez żadnego sprawdzenia czy w ogóle jestem gotowa. Myślałam że po prostu wchodzę i działa.
Ale czy to nie jest trochę tak, że jak za dużo analizujesz przed, to też tracisz coś spontanicznego? Nie wiem, bo mi się wydaje że zbytnie planowanie też może zablokować.
I tu jest jeszcze jedna rzecz, o której mało mówimy w kontekście samotności - przy rytuale miłosnym robionym samotnie nie masz kogo zapytać, czy ta kalibracja dała dobry wynik. Przy kimś obok możesz usłyszeć: 'wyglądasz spokojnie' albo odwrotnie. Sama ze sobą zależysz tylko od tego, co czujesz, a to jest jednocześnie zaleta i ograniczenie.
Karty przed rytuałem to nie mnożenie etapów, jeśli traktujesz je funkcjonalnie, a nie jako oddzielną sesję. Jedna karta, dosłownie jedna, ciągnięta z pytaniem 'jaki jest mój stan teraz' - to zajmuje trzydzieści sekund i daje ci jakiś punkt wyjścia. Nie robisz drugiej wróżby, nie analizujesz rozkładu. To bardziej jak sprawdzenie temperatury przed wyjściem z domu niż meteorologiczna analiza. Ale rozumiem obawy Faustynki - jak ktoś ma tendencję do rozbudowywania każdego kroku, to faktycznie może się to rozrosnąć.
Renia dobrze to czyta, dokładnie o to mi chodzi. Nie korzystam z kart, nie mam rytuału sprawdzającego. Słucham was i mam wrażenie, że te wszystkie wstępne weryfikacje które opisujecie - Feliks z siedzeniem, Gebda z kartami - wymagają jakiegoś wcześniejszego treningu. A ja pytam o coś wcześniejszego, żeby w ogóle wiedzieć czy wchodzę w to sama czy powinnam kogoś szukać.
I tu właśnie wychodzi coś, o czym mało mówimy w tym wątku - że samotność przy rytuale miłosnym wymaga nie tyle technik, co uczciwości wobec siebie. Jak ktoś jest sam, nie ma zewnętrznego korektora. Nikt nie powie 'hej, wyglądasz na roztrzęsionego, może nie teraz'. Ta uczciwa odpowiedź na proste pytanie to jedyne co zostaje. I to nie jest brak czegoś, to jest właśnie esencja tego samotnego podejścia.
Ale czy ta faza księżyca naprawdę ma znaczenie przy samotnym rytuale? Bo słyszałam różne opinie i nie wiem co o tym myśleć. Jedni mówią że to podstawa, inni że to tylko kontekst, który sam w sobie nic nie robi. Pytam bo zastanawiam się czy to jest element, który pomaga właśnie z tym stanem wejściowym, bo sama data i pora działają jak jakiś punkt skupienia.
Ale nie wynika z tego trochę, że cały rytuał to po prostu zestaw psychologicznych mechanizmów? Bo jak faza księżyca działa bo daje strukturę, karty działają bo dają informację zwrotną, samotność działa bo eliminuje rozpraszacze - to gdzie tu jest coś więcej niż zarządzanie własnym stanem? Serio pytam, nie zarzucam.
A czy forum to naprawdę nie jest opcja? Serio pytam, bo ja właśnie tu piszę o rzeczach, których nigdzie indziej nie powiem. Nie wszystkim, ale jest tu kilka osób, z którymi rozmowy są prawdziwe. To nie zastąpi kogoś bliskiego, ale nie jest niczym.
