Mam temat, który chodzi mi po głowie od dłuższego czasu i chciałabym usłyszeć inne zdania. Czy rytuały miłosne w ogóle mają sens u osób, które mają ewidentne blokady emocjonalne? Pytam, bo znam dziewczynę, która od lat nie potrafi się przywiązać do nikogo, była w terapii, ale dalej coś ją trzyma w środku. I teraz krąży wokół tematu rytuałów na miłość, jakby to miało coś zmienić. Ja sama jestem sceptyczna, ale ciekawi mnie, czy ktoś próbował robić takie rzeczy mając w sobie taki mur. Bo mam wrażenie, że to trochę jak lać wodę na zamarznięty kran.
Z mojego doświadczenia rytuał w takiej sytuacji często działa odwrotnie niż się ludzie spodziewają. Zamiast przyciągnąć kogoś z zewnątrz, wyciąga na wierzch to, co siedzi pod spodem. Czyli ta twoja znajoma może po takim rytuale dostać falę wspomnień, snów, dziwnych spotkań z przeszłością. I jeśli nie jest na to gotowa, to się wycofa jeszcze bardziej. Praca z sercem, kiedy ono jest zamknięte, najpierw boli, a dopiero potem ewentualnie coś otwiera.
Czyli rozumiem, że jak ktoś jest po trudnym rozstaniu i ma w sobie żal, to nie powinien w ogóle podchodzić do takich rzeczy? Bo to mniej więcej moja sytuacja i właśnie się zastanawiałam, czy spróbować.
Ja kiedyś zrobiłam rytuał z miodem i świecą, bo wszystko było rozpisane w sieci krok po kroku. Efekt po dwóch tygodniach żaden, a ja byłam wściekła. Może faktycznie coś we mnie blokowało, ale wtedy myślałam, że to bzdura. Teraz czytając was zastanawiam się, czy nie odpuściłam za szybko.
Czekajcie, ja tu czytam i mam pytanie z innej beczki. Skąd wy wiecie, że to są blokady emocjonalne, a nie po prostu brak chemii z odpowiednią osobą? Bo mam wrażenie, że teraz wszystko się tłumaczy traumami i blokami, a czasem ludzie po prostu nie trafili na właściwą osobę.
Mnie ciekawi inna sprawa. Robiłam ostatnio rozkład tarota znajomej, która ewidentnie ma jakiś mur w środku, i karty mi pokazywały głównie pentakle, dwójka mieczy w centrum, czyli klasyczne zablokowanie wyboru. Pytanie, czy w takiej sytuacji rytuał miłosny w ogóle ma się o co zaczepić, czy on potrzebuje jakiejś emocji jako paliwa, której ta osoba po prostu nie wytwarza.
Czyli w sumie wychodzi na to, że zanim w ogóle pomyśli się o rytuale, trzeba zrobić sporo roboty samemu. To mnie trochę zniechęca, bo myślałam, że to jednak coś szybszego.
Czytam was od godziny i mam mętlik w głowie. Czy ktoś mógłby mi po ludzku wyjaśnić, co to znaczy oczyścić siebie przed rytuałem? Bo dla mnie to brzmi jak puste hasło, kąpiel z solą czy co?
To trochę kłóci się z tym, co pisała wcześniej Azalia. Bo z jednej strony mówicie, że bez przygotowania nie ma sensu, a z drugiej, że rytuał sam może coś otworzyć. Jak to w końcu jest? Bo dla osoby, która stoi z boku i próbuje zdecydować, to jest mocno mylące.
to nie jest sprzeczność, tylko dwie różne ścieżki. W tradycjach, które znam, były obie. Jedna polegała na długim przygotowaniu, posty, modlitwy, odosobnienie, i dopiero potem działanie. Druga była gwałtowna, bardziej szamańska, gdzie rytuał miał wstrząsnąć człowiekiem. Tylko że ta druga była zawsze prowadzona przez kogoś z zewnątrz, kto pilnował, żeby osoba się nie rozsypała.
A czy w tym oczyszczaniu pomagają jakieś konkretne przedmioty? Pytam, bo widziałem u kogoś czarny obsydian na półce i mówił, że nosi go zawsze przed czymś ważnym. Ma to sens, czy raczej placebo?
Słuchajcie, a czy ktoś tu kiedyś próbował zrobić rytuał na siebie, nie na konkretną osobę, tylko na otwarcie się w ogóle? Bo zaczynam myśleć, że może to byłby pierwszy krok przed czymkolwiek innym.
A skąd wiadomo, że karty cokolwiek pokazują, a nie że to ktoś sobie wmawia? Pytam serio, bo gdy ktoś jest w rozsypce emocjonalnej, to widzi w kartach wszystko, czego się boi albo na co liczy.
Ja kiedys probowalam rozkład na to czemu ciągle trafiam na takich samych facetów i wyszły same dwórki, mieczy, kielichów i pentakli. Znajoma mi powiedziala że to znak żeby się zatrzymać i nic nie robić przez jakiś czas. Ma to sens w kontekście tego o czym tu piszecie?
Czyli wracając do mojego pytania z początku wątku, wychodzi na to, że jak ktoś ma w sobie zator, to zanim ruszy z rytuałem miłosnym, powinien zrobić sobie rozkład diagnostyczny, popracować z ciałem, ewentualnie wziąć kogoś do pomocy. Tylko że to wszystko trwa miesiącami i kosztuje. A ja się zastanawiam, czy są jakieś sygnały, po których można poznać, że jest się już gotowym do takiego rytuału, czy to się czuje samemu?
A czy są jakieś konkretne ćwiczenia oddechowe, które można sobie zrobić w domu przed rytuałem? Bo nie każdy ma kasę na fizjoterapeutę co tydzień.
To w sumie ciekawe, bo wychodzi na to, że nawet samo przygotowanie do rytuału może być dla kogoś z blokadą za trudne. Czyli co robi osoba, która nie jest w stanie nawet posiedzieć w ciszy pięciu minut, bo jej głowa eksploduje?
Tu bym powiedział, że ruch przed ciszą. Spacer, taniec, cokolwiek co rozładowuje. Ja sam nigdy nie umiałem od razu siedzieć w bezruchu, dopiero jak się zmęczę fizycznie, to głowa odpuszcza. Może to nie jest klasyczne przygotowanie do rytuału, ale u mnie działa.
Mam pytanie z innej beczki, bo tu się pojawiało, że rodzina i pokoleniowe rzeczy też się wpychają w temat. Czy ktoś wie, jak to rozpoznać u siebie? Bo łatwo powiedzieć blokada po babci, ale skąd wiadomo, że to nie moje własne?
Słuchajcie, a jak to wszystko się ma do osoby, na którą ktoś chciałby ten rytuał wykonać? Bo cały czas mówimy o pracy nad sobą, ale przecież rytuał miłosny zakłada, że jest jakiś ktoś po drugiej stronie. Czy on też powinien być jakoś przygotowany, czy to nie ma znaczenia?
Mój były tak miał. Jak tylko zaczynałam mówić poważnie, to nagle musiał iść do łazienki albo dzwonił telefon. Wtedy myślałam, że to przypadek, teraz wiem, że to była ucieczka.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i zastanawia mnie jedno. Skoro tyle osób ma te blokady, to czy w ogóle są ludzie bez nich? Bo wychodzi na to, że każdy coś nosi i każdy ma jakieś pokoleniowe zaszłości.
A wracając do tej drugiej strony, bo mi to nie daje spokoju. Czyli jeżeli ja zrobię rytuał na siebie, a ten ktoś ma swoje mury, to i tak nic z tego nie będzie? Czy moja zmiana może go jakoś poruszyć?
Tu nie ma jednej odpowiedzi. Czasem twoja zmiana wybija drugą osobę z rutyny i ona też zaczyna się ruszać, bo stara dynamika już nie pasuje. Czasem druga strona jeszcze bardziej się zamyka, bo nie wie co z tobą zrobić. Loteria.
A ja mam pytanie do tej całej dyskusji o cyklu. Skoro praca nad blokadami idzie inaczej w różnych fazach, to znaczy, że rytuał miłosny zrobiony w złym momencie cyklu może w ogóle nie zadziałać? Czy raczej zadziała inaczej?
Czyli jak chcę rytuał na przyciągnięcie nowej osoby, to lepiej w okolicy owulacji, a jak na odpuszczenie byłego to przed okresem? Dobrze rozumiem czy upraszczam?
Mi to się nawet pokrywa z tym co czuję. Przed okresem mam takie dni, że płaczę bez powodu i wszystko mi się przypomina, każdy chłop który mnie skrzywdził. Może to nie głupota hormonów, tylko ciało chce żeby to wyszło?
