Ciekawe co piszecie o tej obecności, bo u mnie partner jest fizycznie obok prawie codziennie, ale w warstwie emocjonalnej już dawno nie. I może dlatego mam wrażenie, że moje rytuały trafiają w pustkę, mimo że on tu jest. Nie wiem, czy to jego sceptycyzm, czy to, że my się po prostu rozjechaliśmy i magia tego nie nadrobi.
to częsty mechanizm i sam w sobie nie dyskwalifikuje pracy, ale wymaga uczciwości. Jeśli kierujesz intencję do wersji osoby sprzed pięciu lat, to pracujesz z duchem, który już nie istnieje. Skuteczność takich rytuałów jest dyskusyjna, bo adresat realny i adresat w twojej głowie to dwie różne osoby. Pytanie jakie powinnaś sobie zadać brzmi: czy chcesz tego człowieka takim jakim jest teraz, czy chcesz cofnąć czas.
Czyli co, najpierw trzeba poznać partnera od nowa, a dopiero potem robić rytuał? Brzmi jak terapia par, nie magia.
Ale skoro tyle tu mówicie o tym, że trzeba znać adresata, to znowu wychodzi na to, że cała magia to praca nad sobą i nad relacją. Czy ktoś z was robił rytuał, gdzie adresat był totalnie nieznany, np. ktoś nowy do przyciągnięcia, i to zadziałało bez tej całej psychologicznej otoczki?
Czyli mówicie, że sceptyk po drugiej stronie nie ma znaczenia, bo właściwie cała robota odbywa się po stronie wykonawcy? Bo coraz bardziej tak to brzmi.
Powtarzalna w jakim sensie - ten sam rytuał kilka razy, czy różne rytuały w tym samym kierunku? Bo słyszałam, że powtarzanie tego samego osłabia intencję, bo robi się rutyną.
A jak rozpoznać, że samemu się odklepuje? Bo szczerze mówiąc po kilku miesiącach mam wrażenie, że robię to bardziej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby. Może to też jest sygnał, że pora odpuścić.
Sygnałem jest zwykle ten moment, kiedy myślisz o czymś innym w trakcie, albo kiedy kończysz i nie czujesz różnicy między przed i po. Jeśli rytuał nie zostawia śladu w twoim ciele, to znaczy że nie wszedł też nigdzie indziej. Odpuszczenie nie jest porażką, czasem jest jedynym uczciwym ruchem.
Trochę mnie to uderza, bo właśnie tak się czuję. Robię to dalej, bo mi się wydaje, że jak przestanę, to przyznam sama przed sobą, że już go nie ma. A jednocześnie pytanie z tego wątku - czy on w to wierzy czy nie - przestaje mieć znaczenie, bo w sumie cały rytuał jest dla mnie, nie dla niego.
Czyli wychodzi na to, że sceptycyzm drugiej strony jest mniej ważny niż to, czy my sami nie oszukujemy się co do intencji? Bo jeśli pracuję dla siebie pod pozorem pracy dla niego, to chyba żaden rytuał tego nie naprostuje.
Dorzucę do tego - w badaniach nad efektem placebo wyszło, że samo przekonanie wykonawcy o sensowności aktu wpływa na rezultat bardziej niż treść aktu. Czyli wracamy do tego, że strona odbierająca, sceptyczna czy nie, jest drugorzędna, jeśli wykonawca sam nie wie, po co to robi.
A jak to się ma do sytuacji, kiedy adresat w ogóle nie wie, że ktoś coś dla niego robi? Bo z definicji nie może być ani sceptykiem ani wierzącym, jak nie ma pojęcia o sprawie.
Czy to nie znaczy, że łatwiej zadziałać na kogoś, kto nic nie wie, niż na kogoś, kto słyszał, że ktoś dla niego coś robi i się z tego śmieje? Bo intuicyjnie to ma sens, ale chciałabym usłyszeć od kogoś, kto to widział z bliska.
U mnie było podobnie tylko odwrotnie - powiedziałam partnerowi że palę kartki i zioła, śmiał się tydzień, a potem zaczął sam pytać czy może mu zrobie coś na sen. Więc sceptycyzm nie zawsze jest zabetonowany, czasem to tylko poza na początku.
Czyli rytuał działa pośrednio przez codzienność wykonawcy, a nie bezpośrednio przez sam akt? To by tłumaczyło, czemu osoby pracujące długo i konsekwentnie mają inne efekty niż te, które robią jednorazowy wielki rytuał i czekają.
To mi otwiera oczy, bo ja właśnie tak robiłam - jeden duży rytuał i potem czekanie. Może stąd to wrażenie odklepywania, o którym pisałam wcześniej. Bo bez codziennej podbudowy każde powtórzenie jest tylko kopią pierwszej próby, a nie nową pracą.
to nie jest błąd tylko bardzo częsty schemat. Większość ludzi traktuje rytuał jak guzik, a on jest bardziej jak ostatni szew na czymś, co się szyje tygodniami. Bez tej reszty szew nie ma czego trzymać.
Mnie zastanawia jedna rzecz - skoro codzienność robi tyle pracy, to gdzie jest granica między rytuałem a zwykłym nawykiem? Bo zapalam świecę przy porannej kawie od lat i nie nazwałabym tego rytuałem miłosnym, choć czasem myślę o partnerze przy tym.
Czy w takim razie nie wychodzi na to, że całe to gadanie o magii to opakowanie dla zwykłej pracy nad sobą i komunikacji? Bo jeśli sceptyk reaguje na zmiany w zachowaniu, a nie na rytuał, to równie dobrze można odpuścić świece i pójść do terapeuty.
To mnie naprowadza na coś, o czym rzadko się mówi - sceptyk w bliskim otoczeniu działa też jako filtr. Czyli to nie tylko kwestia jego oporu wobec rytuału, ale tego, że jego obecność wymusza na wykonawcy dyscyplinę. Bo nie można odklepywać, kiedy ktoś obok zaraz wytknie niespójność.
Czytam to wszystko i mam mętlik. Z jednej strony piszecie że sceptyk po drugiej stronie nie ma znaczenia, z drugiej że ma, bo wpływa na wykonawcę. To w końcu jak to jest, bo dla osoby która chce zacząć to są dwa różne wnioski praktyczne.
A jak to wygląda kiedy te dwie role się rozjeżdżają w czasie? Bo wyobrażam sobie sytuację, gdzie ktoś zaczyna pracę kiedy partner jeszcze nie wie, a po jakimś czasie się dowiaduje i nagle z neutralnego tła robi się aktywny sceptyk w domu. Co wtedy z tym, co już zostało zrobione?
Wracając do pytania Klimcia_P o ten mętlik - mnie się wydaje że problem jest taki, że my tu mieszamy dwa pytania. Czy sceptyk wpływa na skuteczność rytuału, i czy sceptyk wpływa na osobę która rytuał wykonuje. To są dwie różne sprawy i odpowiedzi też się rozjeżdżają.
Czy to nie jest tak, że jak ktoś musi swoją praktykę chronić ukrywaniem, to może oznacza że sama praktyka jest słaba? Bo coś co działa raczej obroniłoby się samo, a nie wymagało zasłony przed sceptykiem.
