Ja się dalej nie mogę przekonać do tego całego analizowania. Mam wrażenie, że jak coś się dobrze układa, to się tego nie rozkłada na czynniki. A jak się rozkłada, to znaczy że szuka się problemu.
Czytam was i mam wrażenie, że im więcej się o tym mówi, tym mniej wiem, co zrobić w swojej sytuacji. Z jednej strony chciałabym coś zrobić, żeby poczuć, że nie siedzę bezczynnie, z drugiej boję się, że to będzie właśnie z tego lęku, o którym piszecie.
Sama chęć zrobienia czegoś dla świętego spokoju to też informacja. Jak siadasz do jakiejkolwiek praktyki z myślą "byle coś", to lepiej nie siadać wcale. U mnie sprawdza się odwrotnie - jak naprawdę coś jest do zrobienia, to przychodzi z siłą i jasnością, a nie z "może by tak".
Czyli wychodzi na to, że rytuał na związek to często ucieczka od konkretnej rozmowy ze sobą albo z drugą osobą. Tak to teraz widzę po tej dyskusji.
A czy ktoś z was kiedyś zrobił rytuał i potem żałował, że w ogóle się za to wziął? Nie chodzi mi o efekt, tylko o sam fakt, że się to uruchomiło.
Czyli wychodzi na to, że pół roboty jest zanim się w ogóle siądzie do świecy. Ciekawe, ile osób w ogóle to robi, a nie odpala YouTube'a i jedzie po instrukcji.
To pytanie o odczekanie mnie trafiło. Bo ja właściwie od pół roku chcę to samo i te same powody mi się powtarzają. Tylko że nie wiem, czy to znaczy, że jestem pewna, czy że utknęłam i się nie ruszam.
Powtarzalność intencji nie zawsze znaczy stałość. Czasem to jest pętla, w której wracasz do tego samego, bo nie umiesz wyjść. Próbowałaś kiedyś na chłodno spisać, co konkretnie ma się zmienić i po czym to poznasz? Nie ogólnie "żeby było lepiej", tylko konkrety.
Ja mam pytanie trochę z boku - czy jak ktoś robi rytuały na wzmocnienie tego, co już jest, to nie ryzykuje, że zamrozi sytuację? Bo wzmacnia się też te rzeczy, które powinny się zmienić, a człowiek tego nie widzi.
U mnie wraca to "powinnam była" regularnie, więc chyba mam odpowiedź na pytanie, którego nie chciałam zadać. Tylko nadal nie wiem, czy z tego robić temat rytuału, czy nie tykać i pogadać po prostu.
Z mojego doświadczenia, jak masz takie wracające "powinnam była", to najpierw rozmowa, potem ewentualnie cokolwiek symbolicznego. Nie odwrotnie. Bo rytuał zrobiony po to, żeby uniknąć rozmowy, nigdy nie domyka tego, co miał domknąć.
Nie zgodzę się trochę z tym, że rozmowa zawsze przed rytuałem. Czasem właśnie rytuał pomaga uporządkować sobie głowę przed rozmową, bo jak siadasz do świecy i musisz powiedzieć na głos, czego chcesz, to nagle się okazuje, że nie umiesz tego sformułować. To też jest robota.
Czytam was i czuję, że właśnie ten mieszany stan opisuje mnie dokładnie. Niby chcę pracować nad sobą, ale jak głębiej kopię, to chcę, żeby on się odezwał. I nie wiem, czy z tym w ogóle można siadać do czegokolwiek.
Można siadać, tylko z tym oddzieleniem najpierw. Spisz dwie kolumny - co chcesz zrobić ze sobą, a co chcesz, żeby zrobił on. I pracuj tylko z pierwszą. Druga niech sobie poleży, jak ma wrócić to wróci, ale nie ciągniesz tego za rękę.
Mam wrażenie, że w takich momentach ludzie często sięgają po pracę z księżycem, bo to wydaje się neutralne i bezpieczne. Tylko że ubywająca faza przy intencji "wzmocnić" to już sprzeczność, a mało kto na to patrzy.
U mnie kiedyś było tak, że nie sprawdziłam fazy i robiłam coś na "umocnienie", a wyszło, że relacja zaczęła się rozsypywać szybciej niż wcześniej. Do dziś nie wiem, czy to przez fazę, czy po prostu już się sypało, a ja przyspieszyłam proces.
Czyli wracamy do tego, że jak coś już szło w stronę końca, to żaden rytuał tego nie zatrzyma, a może tylko skrócić agonię. Brzmi to brutalnie, ale w sumie uczciwie.
Brutalnie, ale czytam to drugi raz i nie umiem się z tym kłócić. Mam wrażenie, że szukałam rytuału, który by mi powiedział, że jeszcze nie czas się poddawać, zamiast samej sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Robiłam coś podobnego, tylko z kartami. Ciągnęłam jedną na pytanie "co ja przed sobą ukrywam w tej sprawie" i wyszło coś, czego nie chciałam zobaczyć. Odłożyłam talię na kilka tygodni, bo nie umiałam tego przyjąć.
Czytam to o liście od drugiej osoby i mam dreszcze, bo wiem, co by mi z tego wyszło. I dokładnie dlatego tego nie zrobię, przynajmniej nie teraz. Może to też odpowiedź - że nie jestem gotowa nawet na samo pytanie, a co dopiero na rytuał.
To, co teraz napisałaś, jest bardziej szczere niż połowa rytuałów, jakie ludzie robią. Niegotowość to też informacja, nie porażka. Lepiej poczekać i wrócić do tego za jakiś czas niż się zmuszać.
Brzmi to jak coś, co bym napisała sobie samej sprzed dwóch lat na kartce i wsadziła do szuflady, żeby się przeczytała w odpowiednim momencie. Tylko że wtedy bym tego nie kupiła.
Czytam was od godziny i mam pytanie trochę z innej beczki - czy ktoś z was wraca po latach do rytuału, który kiedyś nie zadziałał, i robi go jeszcze raz, już z innej pozycji? Czy raczej zostawia raz odpuszczone tematy w spokoju?
Wracam czasem, ale nie do tego samego rytuału, tylko do tematu. Bo to, co kiedyś próbowałam załatwić jednym sposobem, po latach widzę zupełnie inaczej i już nie chcę tego samego efektu. Więc to nie jest powtórka, tylko nowe podejście do starej sprawy.
Czyli wracamy do pytania, które gdzieś już padło - czy rytuał miłosny w ogóle ma sens, jak relacja jest w fazie schyłkowej? Bo z tego, co czytam, wychodzi, że albo wzmacnia coś żywego, albo robi hospicjum dla czegoś, co i tak umiera.
