Mam pytanie, bo trochę szukałam i nie mogłam znaleźć nic konkretnego. Zaczęłam robić rytuał miłosny, ale ta osoba mieszka w innym mieście, jakieś 400 km ode mnie. Czy to w ogóle ma sens? Rozumiem jak się robi coś przy osobie, ale jak jest taka odległość, to czy energia jakoś tam dociera? Nie wiem nawet od czego zacząć żeby to przemyśleć.
To jest akurat całkiem ciekawe pytanie, bo sama odległość fizyczna nie jest tutaj problemem. Energia nie jest ograniczona geografią, to nie sygnał wi-fi. Chodzi bardziej o to, żeby mieć coś łączącego cię z tą osobą, coś osobistego. Zdjęcie, imię, coś należącego do niej. Przy rytuałach miłosnych na odległość to kwestia połączenia intencji z konkretnym obiektem, nie miejscem.
A to się robi inaczej niż jak osoba jest blisko? Bo ja myślałam, że im bliżej jest ktoś fizycznie, tym łatwiej energię wysłać. Jak wysyłamy coś na 400 km to chyba trzeba więcej tego... no nie wiem, siły? Albo powtórzeń?
Relacja istnieje niezależnie od tego czy jesteście w tym samym pokoju. To jest właśnie ciekawa rzecz przy związkach długodystansowych, bo paradoksalnie często kontakt jest tam bardziej świadomy i intencjonalny niż jak ludzie mieszkają razem. A z punktu widzenia rytuału, ten kontakt emocjonalny i mentalna obecność drugiej osoby to jest właśnie ta nitka, której używasz. Odległość fizyczna jest tu najmniej istotna.
A co z porą? Czy to ma znaczenie przy takim rytuale na odległość? Bo gdzieś czytałam że pewne godziny są lepsze, ale nie wiem czy to ma większe znaczenie jak ktoś jest daleko.
Przy odległości mnie zawsze zastanawiało jedno, czy sama osoba musi wiedzieć o rytualne? Czy jej świadomość tego coś zmienia? W przypadku gdy ktoś jest blisko, jest jakoś bliżej tej energii fizycznie, ale jak jest daleko to jest bardziej... odizolowany? Nie wiem jak to ująć.
Hej ale zaraz, wspomniałeś o zgodzie. To jest coś co mnie zawsze gryzło w temacie rytuałów miłosnych w ogóle, nie tylko na odległość. Czy to etyczne kierować coś na kogoś bez jego wiedzy? Bo zmiana pola relacji czy jak to nazwać, to chyba jednak wpływanie na tę osobę?
Zdjęcie w wielu tradycjach jest wystarczające. W magii sympatycznej działa na zasadzie tego że obraz jest energetycznym odciskem osoby. Ja kiedyś robiłam rytuał tylko z imieniem napisanym na papierze i działało, więc zdjęcie to całkiem dobry punkt wyjścia. Pytanie jak wydrukowane czy z ekranu?
No to trochę brzmi jak "rób i nie myśl za dużo", co mnie trochę niepokoi. Czy nie ma tu ryzyka że człowiek zaczyna przypisywać każdemu zbiegowi okoliczności działanie rytuału?
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, może naiwne. Jak w ogóle robić rytuał miłosny kiedy tej osoby nie ma fizycznie obok? Czy jest jakaś konkretna technika czy to kwestia indywidualna?
A czy jest jakaś różnica między tym żeby rytuał działał na relację a żeby działał bezpośrednio na uczucia tej osoby? Bo mam wrażenie że to są zupełnie inne cele i może też różne metody?
Synchronizacja rytmu to coś o czym rzadko się mówi przy rytuałach na odległość, a moim zdaniem to jeden z kluczowych czynników. Chodzi o to, że kiedy dwie osoby są ze sobą fizycznie, ich ciała biologicznie się synchronizują, bicie serca, oddech, nawet cykl dobowy. Przy odległości tego nie ma. I pytanie jest takie, czy rytuał może działać jako substytut tej synchronizacji, czy raczej powinien być wykonywany w momencie kiedy ta synchronizacja jest naturalnie łatwiejsza, czyli na przykład podczas rozmowy wideo.
Poczekajcie, bo ja tu widzę pewną sprzeczność. Jeśli rytuał działa na odległość, to po co synchronizacja czasowa? Albo działa niezależnie od fizycznego kontaktu, albo potrzebuje jakiegoś zaczepu i wtedy mówimy raczej o wspomaganiu kontaktu a nie o pracy czysto na odległość.
Czyli rozumiem że ten moment kiedy na przykład rozmawiamy przez telefon byłby lepszy do rytuału niż losowa godzina? To by w ogóle zmieniało moje podejście, bo zawsze myślałam że to kwestia skupienia się sam na sam.
To zależy też od tego jaki masz rytuał. Są takie gdzie pełna cisza i izolacja są wręcz wskazane, bo pracujesz z własnym stanem wewnętrznym i obecność kogokolwiek, nawet na odległość przez telefon, rozbija koncentrację. I są takie gdzie ten żywy kontakt z energią tej drugiej osoby jest właśnie tym czego szukasz. Jedna odpowiedź tu nie wystarczy.
Ja bym dodała jeszcze jedną rzecz do tej synchronizacji. Faza księżyca przy relacjach długodystansowych nabiera dodatkowego wymiaru, bo to jeden z niewielu rytmów który jest wspólny dla was obojga niezależnie od odległości. Oboje żyjecie pod tym samym księżycem, w tej samej fazie. To jest naturalny punkt synchronizacji który nie wymaga żadnego fizycznego kontaktu.
Brzmi poetycko ale czy to ma jakieś praktyczne przełożenie? Tzn. dosłownie co robisz inaczej przy pełni niż przy nowiu jeśli chodzi o rytuał na odległość?
Jedno nie wyklucza drugiego. Ja mam takie podejście że fizyczna reprezentacja pomaga utrzymać uwagę, szczególnie kiedy praca jest dłuższa. Zdjęcie, inicjały, coś co należało do tej osoby. Ale ostatecznie medium jest twój umysł i twoja intencja, a fizyczny obiekt jest tylko czymś co do tej intencji cię prowadzi. Przy odległości to nabiera znaczenia bo nie masz tej osoby w polu widzenia.
A co jeśli nie masz żadnej fizycznej rzeczy od tej osoby? Bo nie każda relacja na etapie kiedy zaczyna się pracę rytuałami jest na tyle bliska żeby mieć jakieś przedmioty. Szczególnie przy odległości, skoro widują się rzadko.
Mogę coś powiedzieć z własnego doświadczenia, choć mój przypadek był trochę inny. Pracowałem z intencją przy relacji która była w zasadzie uśpiona, rzadki kontakt, dużo milczenia między nami. Po kilku tygodniach regularnej pracy ta osoba odezwała się sama, po długiej przerwie. Zbieżność? Może. Ale było ich za dużo żeby je wszystkie zbywać.
Mogę powiedzieć jak to u mnie wyglądało, choć mój przypadek nie był identyczny. Kilka lat temu byłam w relacji gdzie przez długi czas mieszkałyśmy w różnych miastach i zaczęłam pracować z rytuałami głównie dlatego że nie wiedziałam jak inaczej poradzić sobie z tym poczuciem rozłączenia. Nie z myślą żeby kogoś przyciągnąć, bardziej żeby zatrzymać własny niepokój. Po jakimś czasie zauważyłam że rozmowy między nami się zmieniły, były głębsze, mniej o logistyce a bardziej o tym co naprawdę czujemy. Czy to był efekt rytuału? Nie wiem. Ale zmieniło się coś w tym jak ja byłam obecna w tej relacji i myślę że to miało znaczenie.
Oboje macie po części rację i to nie jest kompromis dla świętego spokoju. W tradycyjnym ujęciu hoodoo albo starszych praktykach europejskich ten podział na "pracuję na siebie" i "pracuję na relację" w ogóle nie istniał. Relacja była traktowana jako żywy organizm z własnym polem i praca na to pole była czymś innym niż praca na pojedynczą osobę. Zmiana w tobie może być jednym z kanałów, ale nie jedynym. Dlatego ta dyskusja trochę kręci się w kółko bo operujemy na dwóch różnych modelach jednocześnie.
A co jeśli relacja jest stosunkowo świeża i ten wspólny materiał jest jeszcze ubogi? Kilka spotkań, dużo rozmów przez telefon, ale nie ma tego wspólnego gruntu o którym mówisz.
Mam pytanie może trochę z innej strony. Czy w ogóle powinno się robić rytuały na kogoś bez jego wiedzy? Słucham tej rozmowy i cały czas to mi chodzi po głowie.
To jak w ogóle sformułować intencję kiedy się jest w takiej sytuacji jak Agaa? Bo słyszałam różne wersje, że ma być bardzo konkretna, że ma być ogólna, że na siebie a nie na niego. Sama nie wiem które podejście ma sens.
To wrażenie pracy w próżni jest chyba jedną z bardziej powszechnych rzeczy o których rzadko się mówi przy związkach na odległość. Nie masz żadnej bezpośredniej informacji zwrotnej, nie widzisz jego miny, nie czujesz jak reaguje. Dlatego rytuał tu wymaga innego zakotwiczenia niż kiedy ktoś jest obok. Musisz mieć coś konkretnego co was łączy, choćby jedno słowo które powiedział ostatnio i które niosło jakieś znaczenie.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy jeśli ktoś jest bardzo daleko, nie tylko inny kraj ale inny kontynent, to ta odległość geograficzna ma jakieś znaczenie w rytuale? Czy to jest po prostu bez znaczenia?
