Zastanawiam się nad czymś, co nie daje mi spokoju od jakiegoś czasu. Robiłam ostatnio kilka rytuałów miłosnych i za każdym razem miałam wrażenie, że coś gdzieś nie gra. Nie chodzi o samo wykonanie, bo starałam się trzymać wszystkiego dokładnie tak, jak powinno być. Ale zaczęłam się zastanawiać, czy problem leży w mojej głowie. Mam takie głęboko zakorzenione przekonanie, że "nie zasługuję na miłość" albo "związki zawsze się kończą źle" i zastanawiam się, czy to może sabotować to, co robię rytualnie. Czy przeprogramowanie tych przekonań, np. przez afirmacje, hipnozę, cokolwiek, mogłoby zmienić efekty rytuałów? Czy ktoś to w ogóle testował na sobie?
To jest dobre pytanie, bo większość osób pomija ten aspekt kompletnie. Skupiają się na doborze świec, fazach księżyca, odpowiednich ziołach, a potem dziwią się, że nic nie działa albo działa słabo. Sama miałam klientkę, która robiła rytuały z wielką starannością, ale jednocześnie kompulsywnie sprawdzała telefon byłego i wysyłała mu wiadomości. Żaden rytuał nie przepcha przez ścianę, którą budujesz własnymi rękoma. Ale ciekawi mnie jedno, co masz na myśli mówiąc o "przeprogramowaniu"? Bo to słowo może oznaczać naprawdę różne rzeczy.
A skąd w ogóle wiadomo, że to przekonania blokują, a nie po prostu rytuał nie trafił w odpowiedni moment albo był źle przeprowadzony? Pytam serio, bo jak mam odróżnić, że problem jest "w mojej głowie", a nie w czymś innym?
Mam inne zdanie w jednym punkcie. Nie uważam, żeby przekonania były zawsze koniecznym warunkiem do tego, żeby rytuał zadziałał. Widziałam przypadki, gdzie osoby z dużym wewnętrznym chaosem miały realne efekty. Natomiast zgadzam się, że praca nad sobą zmienia jakość tego, co się przyciąga. To różnica między "coś się wydarzyło" a "wydarzyło się to, czego naprawdę chcę".
Czytam to i mam pytanie, bo sama się z tym zmagam. Czy robienie rytuału i jednoczesna praca nad przekonaniami to jest za dużo naraz? Że może jedno z tym drugim koliduje? Bo słyszałam, że jak robimy rytuał, to potem nie powinniśmy za bardzo "grzebać" w energii wokół tematu, a praca z przekonaniami to w jakimś sensie też grzebanie.
Wchodzę w to, bo mam na ten temat dość konkretne obserwacje. Pracowałem z kilkoma osobami przy rytuałach i za każdym razem, gdy ktoś miał silne, utrwalone wzorce odrzucenia, np. głęboka wiara w to, że "tacy jak ja zostają sami", efekty były albo opóźnione, albo pojawiały się w formie, której osoba nie rozpoznawała jako odpowiedź. Dosłownie nie widziała, że odpowiedź przyszła. Tu nie chodzi o sabotaż w sensie działania, tylko o filtr percepcji.
Ja tu trochę z boku, ale mam takie wrażenie, że w tym wszystkim jest duże ryzyko wytłumaczenia każdego niepowodzenia rytuału czymś w rodzaju "twoje przekonania blokowały". To trochę jak taki nietykalny argument, nie? Jak zadziałało, to rytuał. Jak nie zadziałało, to twoja psychika. Skąd wiadomo, że to nie jest po prostu wymówka?
Ja tak. Przez kilka miesięcy pracowałam z terapeutą EMDR na traumach relacyjnych i równolegle robiłam rytuały. Nie wiem, co "zadziałało", bo tych zmiennych było za dużo, żeby to rozdzielić. Ale powiem tyle, że relacja, która pojawiła się w tym czasie, była zupełnie inna od poprzednich. Jakościowo inna. Mniej dramatyczna, bardziej... spokojniejsza. Czy to efekt rytuału, terapii, czy obu naraz, nie odpowiem. Ale nie żałuję, że robiłam i jedno, i drugie.
Zależy co rozumiesz przez "tylko psychologiczne". Jeśli przyjmiesz, że psychika ma realny wpływ na to, co manifestuje się w życiu, to to rozróżnienie przestaje być takie oczywiste. W tradycji thelemy i w pracy z wyobraźnią aktywną u Junga nie ma ostrej granicy między psychiką a tym, co zewnętrzne.
To mnie trochę uspokaja, bo sama mam sporo do poukładania, a jednak nie chcę odkładać wszystkiego na później. Ale jedno mnie nurtuje, mówiliście o wzorcach, które przyciągają toksycznych ludzi. Czy rytuał może takie wzorce pogłębiać, jeśli się robi go bez pracy nad sobą? Że zamiast zmienić kierunek, po prostu przyspiesza stary?
Tego właśnie nie da się mieć, przynajmniej nie w pełni. I to jest argument za tym, żeby pracę nad przekonaniami robić przed rytuałem albo równolegle. Nie dlatego, że rytuał inaczej "nie zadziała", ale dlatego, żeby wiedzieć, czego naprawdę chcesz i dla kogo to robisz.
A jak długo ta praca powinna trwać, zanim cokolwiek zacznie się robić? Bo to brzmi jakby można się przekopywać w nieskończoność i nigdy nie uznać, że się jest gotowym.
A jak w ogóle zacząć tę obserwację siebie w kontekście rytuałów? Bo rozumiem teorię, ale co konkretnie mam oglądać? Swoje reakcje po rytuale? Kogo przyciągam? Sny?
Ja zaczęłam od prostego dziennika, nie ezoterycznego, tylko zwykłego. Pisałam, kto mi wchodził w życie po rytuale i co do mnie czułam. I dopiero jak to zobaczyłam na piśmie przez kilka miesięcy, zobaczyłam wzorzec. Wcześniej nie miałam pojęcia, że ciągle wybierałam ten sam typ.
i co z tym wzorcem zrobiłaś potem? Czyli jak się przeszłaś na RTT albo NLP o którym pisałaś wcześniej, to skupiałaś się konkretnie na tym, co widziałaś w dzienniku?
Nie wiem, czy to ma koniec w sensie "skończyłem i teraz jest czysto". Raczej zmienia się charakter zaskoczeń. Zaczynają być mniejsze, bardziej subtelne. Nie przyciągasz już kogoś, kto powtarza cały schemat, tylko kogoś, kto powtarza jeden jego element. I to już jest postęp, choć wtedy trudniej to rozpoznać, bo wydaje się, że to inna historia.
To trochę zmienia perspektywę na dokumentowanie. Bo jeśli wracam do rytuału po roku pracy nad sobą, to nie powinam oczekiwać tego samego, co ostatnio. A ja chyba właśnie tego oczekiwałam i stąd to rozczarowanie. Miałam jeden, który wcześniej dawał wyraźne efekty, zrobiłam go ponownie i było cicho. Myślałam, że coś zepsułam.
A czy ktoś z was próbował w ogóle porównać wyniki ze sobą, czyli zrobić ten sam rytuał dwa razy, raz przed intensywną pracą nad przekonaniami i raz po, i zobaczyć, co się zmienia? Bo to byłoby coś bardziej konkretnego niż ogólne obserwacje.
Ja to właściwie zrobiłam, tyle że niezamierznie. Rytuał na przyciągnięcie bliskiej relacji, raz przed jakąkolwiek pracą, raz po kilku miesiącach RTT. Różnica była wyraźna, nie tylko w tym, kto się pojawił, ale w tym, jak ja na to reagowałam. Wcześniej byłam podekscytowana i jednocześnie przestraszona. Po RTT byłam po prostu... spokojna. I ta relacja, która przyszła, była spokojniejsza.
to interesujące, że zmieniła się twoja reakcja, nie tylko wynik. Jakby to ty podeszłaś do sytuacji inaczej, a to zmieniło całą dynamikę. Tylko zastanawiam się, czy to naprawdę rytuał zrobił różnicę, czy po prostu RTT i ta spokojna ty przyciągnęłaś spokojniejszą osobę niezależnie od rytuału.
Tylko warto dodać, że są tradycje, które celowo rozdzielają te dwie warstwy. Praca operatywna i praca inicjacyjna. Jedna zmienia zewnętrzne warunki, druga zmienia operatora. Zachód ezoteryczny, szczególnie ceremonialny, dość precyzyjnie to rozróżniał, żeby nie mieszać celów.
A czy tu nie wchodzi też kwestia tego, do kogo robisz rytuał, znaczy jakie bóstwo, siła, archetyp? Bo mam wrażenie, że w tej rozmowie dużo mówiliśmy o przekonaniach i psychice, ale nie o tym, z czym w ogóle pracujemy ritualnie. Czy to nie wpływa na to, jak głęboko "trafia" rytuał?
Ojej, to jest dobry trop. Bo ja np. pracuję z Wenus i od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ta praca wymaga ode mnie więcej niż początkowo myślałam. Jakby sama obecność tej energii podnosiła te obszary, które mam nieuporządkowane. To jest nieprzyjemne, ale chyba właśnie o to chodzi?
To teraz mam pytanie, bo skoro Wenus robi takie porządki, to czy jest sens robić rytuały miłosne z jej pomocą, zanim się to przepracuje? Czy to nie trochę jak wchodzenie do wyremontowanego pokoju z błotem na butach?
Mnie ta analogia z błotem jednak trochę broni. Bo jak robię rytuał na przyciągnięcie czegoś, do czego podświadomie nie czuję się godna, to co tak naprawdę wysyłam? Sprzeczny sygnał. Nie wiem, czy to kwestia Wenus konkretnie, ale przekonania chyba filtrują intencję, zanim ta w ogóle gdziekolwiek dotrze.
A jak długo trwało zanim poczułaś różnicę po RTT? Bo zastanawiam się, czy to jest coś, co widać szybko, czy to jest długi proces.
Różnie. Pierwsze sesje dawały efekt dość szybko, w ciągu tygodnia czy dwóch coś się ruszało. Ale głębsze warstwy to były miesiące. I szczerze, część rzeczy zobaczyłam dopiero w kontekście rytuałów, bo dopiero tam wyszło, że coś się zmieniło albo nie.
