Siedzę nad tym tematem od jakiegoś czasu i szczerze mówiąc nie wiem, co o tym myśleć. Wszędzie czytam o rytuałach, świecach, ziołach, planowaniu według faz księżyca... ale czy naprawdę bez tego ani rusz? Mam wrażenie, że jeśli ktoś nie zrobi żadnego rytuału, to jest jakby skazany na czekanie? Zastanawiam się, czy jest w ogóle jakaś inna droga do przyciągnięcia tej odpowiedniej osoby, czy to tylko wishful thinking.
To zależy, co rozumiesz przez "przyciąganie". Bo jeśli chodzi o samą energetykę, to rytuał nie jest jedyną drogą. Część tradycji mówi o tym, że zmiana wewnętrzna robi więcej niż jakikolwiek obrzęd. Ale to brzmi jak coś, co łatwo powiedzieć, a dużo trudniej rzeczywiście przepracować.
Też się nad tym zastanawiałam. Tylko co znaczy ta "zmiana wewnętrzna" w praktyce? Medytacja, praca z przekonaniami, coś innego? Bo jak czytam różne materiały, to każdy mówi co innego i ciężko to poukładać w głowie.
Zmiana wewnętrzna to nie jest jeden konkretny zabieg. To raczej pytanie o to, co tak naprawdę blokujesz. W magii pracujemy z intencją, ale intencja to nie życzenie na urodziny. Jeśli ktoś głęboko wierzy, że nie zasługuje na miłość, to żaden rytuał tego nie przeskoczy, bo energetycznie nadal wysyła ten sam sygnał. Rytuał może pomóc skupić uwagę, ale to nie jest substytut pracy z tym, co siedzi głębiej.
Jest jeszcze jedna kwestia, o której mało się mówi. Przyciąganie konkretnej osoby a otwieranie się na miłość w ogóle to dwie bardzo różne sprawy energetycznie. Przy tej pierwszej wchodzisz na teren wolnej woli kogoś innego, co otwiera całą puszkę Pandory z etyką. Przy drugiej pracujesz wyłącznie na sobie. I tu, owszem, bez żadnego formalnego rytuału jak najbardziej można dużo osiągnąć.
Czytam i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy nie jest tak, że te wszystkie dyskusje o rytuałach trochę odrywają od zwykłego działania w świecie? Mam na myśli - wychodzenie, poznawanie ludzi, bycie otwartym. Może to brzmi banalnie, ale połączenie pracy wewnętrznej z realnym działaniem chyba daje więcej niż sama magia bez wychodzenia z domu.
To pytanie można by zadać w drugą stronę, ile razy coś się zmieniało BEZ żadnej interwencji i też przypisywaliśmy to czemuś. Pamięć jest selektywna. Pamiętamy rytuał, który poprzedzał spotkanie, nie pamiętamy dziesięciu, po których nic się nie wydarzyło. To nie znaczy, że rytuały nie działają, ale że trudno mieć do tego naprawdę rzetelne podejście na podstawie własnych przeżyć.
Nie powiedziałabym proteza, raczej rusztowanie. Budując dom też używasz rusztowania, a dom stoi sam po zdjęciu. Rytuał może dać strukturę, której ktoś potrzebuje żeby w ogóle zacząć. To nie jest słabość, to mechanizm.
Dobrze, ale jak odróżnić sprecyzowany opis kogoś kogo chcemy spotkać od zwykłego marzenia? Chyba każdy nastolatek ma taki opis w głowie. Nie każdy go spotyka.
Niekoniecznie deflacyjnie. Moim zdaniem to pokazuje, że mechanimy, o których mówimy, działają niezależnie od tego, czy ktoś je nazywa magią, energetyką, prawem przyciągania czy zwykłą psychologią. Jeśli coś działa bez etykietki, to może właśnie ta etykietka była wtórna. To raczej ciekawa obserwacja niż deflacja całego tematu.
Słuchajcie, mam pytanie z boku. Zakładając, że te mechanizmy działają niezależnie od rytuału, to po co w ogóle rytuały? Co one dodają do czegoś, co i tak się dzieje?
A skąd wiadomo, że ktoś naprawdę ma tę wewnętrzną formę, a nie po prostu myśli że ma? Bo łatwo jest sobie wmówić, że się ma jasną intencję, a potem się okazuje, że to było życzenie, nie intencja.
Słuchajcie, ja przez długi czas robiłam właśnie coś takiego, nie nazywałam tego rytuałem. Rano, przy kawie, przez chwilę zatrzymywałam się i po prostu wyobrażałam sobie jak chcę żeby wyglądało moje życie za rok. Bez żadnych świec, bez intencji sformułowanej słowami. Czy to się liczy?
Dobra, to teraz mam pytanie do całej grupy, bo mi się kręci w głowie. Jeśli każda powtarzalna praktyka z intencją to rodzaj rytuału, to kiedy mówimy, że ktoś znalazł swojego człowieka BEZ rytuału, co tak naprawdę mamy na myśli? Że bez świec i ołtarza? Bez słów? Bez wiedzy że to "działa"?
Dorzucę jeszcze jeden kontekst, bo myślę, że brakuje go w tej rozmowie. W tradycji tantrycznej, szczególnie w nurtach kaszmirskich, mówi się o "sahaja", czyli stanie naturalnym, w którym działanie i intencja są nierozdzielne. Ktoś, kto w tym stanie żyje, nie potrzebuje oddzielnych rytuałów, bo całe jego życie jest ich odpowiednikiem. To jest jednak stan, do którego się dochodzi, nie punkt startowy.
Mam takie wrażenie, że ta rozmowa doszła do miejsca, gdzie "bez rytuału" znaczy właściwie "bez formalnego rytuału". I że może ważniejsze jest to, czy ktoś w ogóle robi jakąś pracę, niekoniecznie czy używa do tego świec i określonych słów.
Wracając do pytania Argosa o to, co dają formalne rytuały, chcę dodać jeszcze jedną rzecz, której nikt tu jeszcze nie powiedział. W wielu tradycjach funkcja rytuału jest też społeczna i przekazująca. Kiedy robisz coś, co robiły pokolenia ludzi przed tobą, wchodzisz w pewien strumień intencji, który już istnieje. To nie jest tylko twoja praca, tylko przyłączenie się do czegoś, co ma historię. Jak to działa bez żadnego formalnego rytuału, tego naprawdę nie wiem.
Mnie ta rozmowa o strumieniu intencji przypomniała coś, o czym ostatnio myślałam. Modlitwa w katolicyzmie technicznie nie różni się bardzo od tego, co opisujecie, też jest powtarzalna, intencyjna, ma swoją tradycję i formę. A jednak nikt nie nazywa jej rytuałem miłosnym, kiedy ktoś się modli o dobrego partnera. Gdzie jest granica?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno naiwne pytanie. Jeśli modlitwa, medytacja, rytuał i poranna kawa z intencją to wszystko jest potencjalnie to samo, to co to w ogóle mówi o szukaniu miłości bez żadnej z tych praktyk? Czyli o kimś, kto po prostu żyje i nie robi nic szczególnego?
A jak byś je teraz postawiła? Bo mnie to zastanawia, co się zmieniło w twoim myśleniu przez tę rozmowę.
Chyba bym zapytała nie "czy rytuał jest konieczny", tylko "co mi daje celowość i uwaga skierowana na to, czego szukam". Rytuał jest jedną z form tej celowości, ale nie jedyną. Przynajmniej tak to teraz widzę.
