Słuchajcie, wracam do swojego pierwotnego pytania bo chyba teraz mam szerszy obraz. Zacząłem od tego czy można robić rytuał pięć minut przed snem i wyszło na to że nie chodzi o minuty, ale o stan. I że ten stan przejścia między jawą a snem, ta hypnagogia o której mówiliście, może być wręcz tym momentem kiedy rytuał trafia najgłębiej. Czyli paradoksalnie pięć minut przed snem, jeśli jesteś spokojny i schodzisz naturalnie, może być lepsze niż godzina wcześniej z pełną głową myśli?
To całkiem logicznie podsumowane, ale z jednym zastrzeżeniem - ten stan przejścia jest niepowtarzalny i trudny do kontrolowania. Jeśli zaczniesz go 'łapać' zbyt intencjonalnie, możesz się wybudzić albo wpaść w zwykłe zamyślenie. To nie jest coś co się ustawia jak budzik. Mam wrażenie że najlepsze warunki to te które przytrafiają się naturalnie, a nie te które próbujesz zainscenizować.
Przeczytałam całą tę rozmowę i mam jedno pytanie na końcu - czy jeśli robię rytuał wcześniej wieczorem, powiedzmy dwie godziny przed snem, i potem nie oglądam telefonu ani nic rozpraszającego, to czy ta przestrzeń spokoju przed snem też jakoś przedłuża działanie rytuału? Czy chodzi wyłącznie o moment tuż przed zaśnięciem?
Mam wrażenie że ta dyskusja dotknęła czegoś ważnego, ale wszyscy trochę chodzimy wokół tego bez nazwy. Ten czas po rytuale, przed snem, bez bodźców - to chyba jest po prostu stan w którym umysł jeszcze przetwarza ale już nie analizuje. I może właśnie o to chodzi, żeby intencja trafiła w ten tryb, a nie w tryb 'myślę o trzydziestu rzeczach naraz'.
Dokładnie i to jest chyba clue całego wątku, do którego Ignaś86 nas nieświadomie doprowadził. Pytanie o czas okazało się pytaniem o stan. A stan przed snem jest po prostu statystycznie bardziej sprzyjający, bo rzadziej jesteś wtedy w trybie rozwiązywania problemów. Ale to nie jest reguła, tylko pewna tendencja.
Ta technika ma zresztą konkretną nazwę w tradycji zachodniej - hypnopompia i hypnagogia były opisywane przez Fredericka Myersa już w XIX wieku, jeszcze zanim psychologia snu stała się formalną dziedziną. Myers uważał że to okno na to co nazywał 'subliminalnym ja'. Niezależnie co myślimy o jego teoriach, ten stan jest dziś dobrze zbadany jako moment wzmożonej aktywności wyobraźni i obniżonej krytyczności.
Mam pytanie może z zupełnie innej strony - skoro ten stan hypnagogii jest tak istotny, to dlaczego rytuały robi się przy pełnej świadomości ze świeczkami i wszystkim? Dlaczego nie zrobić po prostu intencji przed snem bez całego rytuału jeśli ten stan ma takie znaczenie?
To zdanie z tą miękką ziemią zostaje mi w głowie. Bo właściwie moje pytanie z początku wątku było o timing, a teraz mam wrażenie że chodzi o coś zupełnie innego - o sekwencję stanów. Rytuał jako jedno, cisza po jako drugie, a samo zasypianie jako trzecie. I te trzy rzeczy razem to może być coś innego niż każda z osobna.
Właśnie to jest dla mnie największy wniosek z tej rozmowy - że nie ma jednej odpowiedzi na 'kiedy', ale jest odpowiedź na 'jak i po czym'. Dziękuję wszystkim, naprawdę, bo zaczęłam to czytać z najprostszym pytaniem czy mogę robić rytuał przed snem i teraz myślę o tym zupełnie inaczej. Ciekawa jestem czy ktoś próbował celowo połączyć wszystkie te etapy jako całość i co z tego wyszło.
No to Nelka ładnie podsumowała, ale mnie zostaje jedno pytanie na które nikt wprost nie odpowiedział - czy sekwencja rytuał-cisza-zasypianie działa inaczej w zależności od fazy księżyca? Bo jeśli mówimy o stanie umysłu i podatności podświadomości, to faza może to albo wzmacniać albo właściwie nic nie zmieniać i chciałbym wiedzieć co kto myśli.
Ja zawsze myslalem ze ksiezyc w pelni to jest ten najlepszy moment na wszystko i juz. A tu wychodzi ze to bardziej skomplikowane? Moze ktos wyjasnic bo sie troche gubię
Dobra, ale wróćmy na chwilę do sedna - bo ta rozmowa trochę poszła w stronę księżyca, a mnie nadal zastanawia coś bardziej praktycznego. Zakładając że robię rytuał wieczorem i potem staram się nie rozpraszać przed snem, to ile mniej więcej czasu powinno minąć między zakończeniem rytuału a faktycznym kładzeniem się spać? Czy to ma jakieś znaczenie w ogóle?
Na to pytanie nie da się odpowiedzieć w minutach, szczerze. Przynajmniej ja nie potrafię. To zależy od tego w jakim stanie jesteś po rytualne. Raz zajmuje mi to kwadrans, raz siedzę w tej ciszy dużo dłużej bo czuję że coś jeszcze się układa. Jak zaczynam myśleć o jutrze, wiem że to za wcześnie.
Czyli w sumie nie ma żadnej konkretnej reguły i każdy musi wypracować swój własny sygnał? Trochę mnie to frustruje bo szukałam czegoś bardziej uchwytnego. Chociaż z drugiej strony rozumiem, każdy jest inny.
