Zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak właściwie ludzie podchodzą do kwestii usuwania trzeciej osoby z relacji. Bo to chyba jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów w magii miłosnej - z jednej strony jest popyt, z drugiej sporo osób twierdzi, że to ingerencja w wolną wolę. Sam miałem sytuację, gdzie byłem po drugiej stronie - czyli ktoś kręcił się wokół kobiety, na której mi zależało. Nigdy nie zdecydowałem się na żaden rytuał w tamtym kierunku, ale myślałem o tym. Ciekawe, czy ktoś tu faktycznie próbował czegoś w tym stylu i jak to się skończyło. Nie chodzi mi o szczegóły techniczne na start, bardziej o to, jak to w ogóle działa według różnych tradycji - bo słyszałem o kilku zupełnie różnych podejściach.
To ciekawe, że poruszasz kwestię tradycji, bo właśnie to mnie tu najbardziej interesuje. Zależy skąd patrzysz - w hoodoo na przykład masz pracę z mirror box albo klasyczne rozdzielenie przez lemon spell, a to już nie jest 'usunięcie' w sensie wyrządzenia krzywdy, tylko rozłączenie energetyczne dwóch osób. Pytanie jest takie: czy rytuał ma sprawić, żeby ta trzecia osoba gdzieś zniknęła z życia, czy żeby relacja między nią a 'celem' po prostu sama się rozpadła? Bo to są dwie różne intencje i dają zupełnie inne efekty, przynajmniej z mojego doświadczenia.
A mogłabyś powiedzieć więcej o tym lemon spell? Słyszałam o nim, ale nie do końca rozumiem na czym polega ta różnica, że jest skierowany na relację a nie na osobę. Bo jak piszesz imiona obojga na tym cytrynie, to chyba oboje w tym są?
Wchodzę tu bo mam konkretne przemyślenia na ten temat. Próbowałem kiedyś rytuału rozdzielenia - nie robionego przeze mnie, ale przez kogoś znajomego, kto zna się na rzeczy. Sytuacja była taka, że w związku mojej dobrej znajomej pojawił się ktoś, kto ewidentnie rozbijał go od środka. Efekt był dziwny - tamta osoba faktycznie zniknęła z obrazka, ale na jakiś czas. Wróciła po kilku miesiącach, tyle że już w innych okolicznościach. Więc moje pytanie do bardziej doświadczonych jest takie: czy to kwestia tego, że rytuał był źle zrobiony, czy może te rzeczy po prostu mają datę ważności?
Właśnie to mnie zastanawia - bo zakładam, że jeśli chcę kogoś 'usunąć' z życia mojego partnera, to po tym rytuał skierowany na związek powinien też iść, żeby to miało sens, prawda? Czyli nie wystarczy samo rozdzielenie tej trzeciej osoby?
Właśnie tę sekwencję miałem na myśli, gdy zacząłem wątek. Bo słyszałem o osobach, które robiły tylko to pierwsze i były rozczarowane. Ale z drugiej strony - jak ta trzecia osoba jest naprawdę aktywna, na przykład sama robi coś, żeby rozbić związek, to czy sama praca na wzmocnienie więzi cokolwiek da?
To jest kluczowe pytanie, serio. Jeśli masz do czynienia z kimś, kto aktywnie ingeruje - niekoniecznie magicznie, ale też przez manipulację, kontakt, wpływanie - to sama praca na wzmocnienie więzi może być niewystarczająca. Wtedy rozdzielenie jest bardziej uzasadnione jako krok wcześniejszy. Znam przypadek, gdzie kobieta robiła tylko miłosne rytuały na swojego partnera, a tymczasem jego była dawała mu energetycznie więcej, niż ktokolwiek był w stanie zrównoważyć bez pracy po drugiej stronie.
Czytam to i mam jedno pytanie do Chryzoprazki - co rozumiesz przez 'dawała energetycznie więcej'? Bo to można rozumieć na różne sposoby. Mówisz o świadomej pracy magicznej z jej strony, czy o naturalnym połączeniu energetycznym, które po prostu było silniejsze?
Przepraszam, że wchodzę nie po kolei, ale chcę zapytac - czy jest jakaś różnica między rytuałem na usunięcie rywala a na usunięcie wroga? Bo tytuł watku mówi o obojgu, a ja zawsze myślałam że to dwie osobne sprawy. Rywal to ktoś kto też po prostu kocha tę samą osobę, a wróg to ktoś kto aktywnie chce zniszczyć zwiazek. Czy techniki są inne?
Dobra, ja tu nic nie wiem o rytuałach, ale rozumiem ludzką stronę tego. Jakbym miał rywala, który mi odebra kobietę, to bym chciał coś zrobić. Ale teraz słucham i wynika, że jak on nic złego nie zrobił to nie powinienem? Trochę bez sensu z punktu widzenia zwykłego człowieka.
Ale czy to nie jest tak, że każdy rytuał ingeruje w czyjąś wolną wolę, więc ta granica 'winny/niewinny' jest trochę sztuczna? Bo nawet rytuał miłosny na partnera jest przecież ingerencją w jego decyzje.
No dobra, bo ta cała dyskusja o winnych i niewinnych to jakoś mi nie daje spokoju. Słucham i rozumiem o co chodzi z tą wolą, ale mam wrażenie, że magia ma tu trochę inną etykę niż normalne życie. Jakby ktoś mi odebra dziewczynę, to w realu mogę iść z nim pogadać, nakrzyczeć, cokolwiek. A tu mówicie, że jeśli on nic nie zrobił złego, to muszę siedzieć z założonymi rękami? To nie brzmi uczciwie.
I tutaj właśnie jest sedno tego wątku, bo Kazik na początku pytał właśnie o tę sekwencję - rozdzielenie plus wzmocnienie więzi. Ale ja bym jeszcze zapytała: czy jest jakaś kolejność, której się trzymać czasowo? Tzn. czy to ma być najpierw rozdzielenie, potem po jakimś czasie praca na związek, czy można to robić równocześnie?
Przy okazji tej fazy - w numerologii patrzę też na dzień osobisty obu osób w momencie rytuału. Jeśli twój dzień osobisty to 4 albo 7, to jest zła pora na zaczynanie czegokolwiek nowego, szczególnie tak delikatnego. To może brzmieć jako szczegół, ale kilka razy widziałam, że timing numerologiczny pokrywa się z tym, czy rytuał 'trzyma'.
A jak się wylicza ten dzień osobisty? Bo słyszałam o roku osobistym, ale dniowy to coś innego?
Czytam tę rozmowę i zastanawiam mnie jedna rzecz - czy ktoś brał pod uwagę, że zanim w ogóle zaczniemy gadać o rytuałach na kogoś trzeciego, warto sprawdzić stan energetyczny samej pary? Przy czakrach często widać, że relacja jest zablokowana od środka, nie przez kogoś z zewnątrz. I wtedy usuwanie rywala nic nie da, bo problem jest zupełnie gdzie indziej.
Wracając do sedna tego wątku - bo trochę poszliśmy w sny i numerologię - chciałam zapytać o samą formę rytuału na rozdzielenie. Czy to zawsze jest praca z imionami, czy znacie inne podejścia? Bo widziałam różne metody i nie wiem, które są bardziej skuteczne w przypadku, gdy nie mamy pewności, czy ta trzecia osoba w ogóle działa magicznie.
A co jeśli nie mamy żadnych danych - ani zdjęcia, ani imienia? W sytuacji, o której pisałem wcześniej, znajomy wiedział tylko, że ta osoba istnieje, widział ją raz. Jak wtedy cokolwiek skierować?
Kaziku, sama praca z imieniem bez żadnego nośnika energetycznego to dość abstrakcyjne podejście. Imię to wskazówka, ale energia musi mieć na czym 'pracować'. Znam osoby, które w takim przypadku używały kawałka papieru z imieniem napisanym własnoręcznie - i twierdzą, że to wystarczy. Ale sama nie wiem, czy to nie jest bardziej psychologiczne działanie na siebie, niż faktyczna praca z energią.
A czy moze ten papier z imienim musi byc pisany konkretnym kolorem? Bo czytalm gdzies ze czarny atrament na rozdzielenie a czerwony na milosc, ale nie wiem czy to ma znaczenie czy to tylko takie dodatki.
A czy przy rozdzieleniu w ogóle może pojawić się efekt odwrotny? Pytam, bo słyszałam, że nieumiejętne działanie na trzecią osobę może sprawić, że ta osoba zaczyna się bardziej narzucać, jakby ją 'aktywowało'. Czy to jest realne ryzyko?
Przepraszam, może głupie pytanie, ale co znaczy, że energia 'siedzi'? To dosłownie coś czuć, czy to jest tylko takie przenośne określenie?
Mam pytanie do Gabrysieńki - wcześniej wspomniałaś, że bez precyzyjnego nośnika ryzyko jest duże. Ale co jeśli ktoś pracuje z lunarnymi symbolami albo z syglem skonstruowanym z imienia? To nadal za mało, czy to już coś daje jako podstawa?
Właśnie słucham tej dyskusji i mam pytanie, które mnie trapi od jakiegoś czasu - czy to w ogóle jest etyczne, żeby działać na kogoś, kto może nic złego nie robić? Bo konkurent w miłości to nie zawsze ktoś, kto świadomie 'odbija' partnera. Czasem po prostu jest, i może nie mieć pojęcia, że jest w tej roli.
To jest ważne pytanie, ale myślę, że w tym wątku to było już poruszane wcześniej - chodzi o intencję. Rozdzielenie energetyczne to nie jest działanie przeciwko komuś z wrogością, tylko ustawienie granic energetycznych w relacji. Przynajmniej takie rozumowanie słyszałem. Ale sam nie jestem pewien, gdzie jest granica między rozdzieleniem a faktyczną pracą contra komuś.
Ale w praktyce mało kto siedzi i spokojnie analizuje, czy pracuje 'na siebie' czy 'na tamtą osobę'. Jak ktoś pisze imię na papierze i robi rytuał rozdzielenia, to kieruje intencję na konkretny obiekt. Trudno mi uwierzyć, że sam akt skupienia się na kimś jest neutralny.
Właśnie to mnie trochę hamuje - że to może być strzelanie w ciemności. Ale z drugiej strony czuję, że ta relacja mi się jakoś rozmywa i nie wiem, czy to kwestia tej osoby, czy czegoś innego zupełnie.
