Zastanawiam się nad czymś, co ostatnio mnie trochę zatrzymało. Robiłam rytuał na połączenie z konkretną osobą, wszystko szło zgodnie z planem, ale w połowie okresu oczekiwania na efekty wzięłam karty i wyciągnęłam coś, co kompletnie nie pasowało do tego, co miał przynieść rytuał. Dostałam Księżyc i Wieżę w pozycji wyniku, co dla mnie brzmiało jak "zapomnij". A rytuał był zrobiony dobrze, sprawdziłam kilka razy intencję, materiały, timing. I teraz nie wiem co z tym zrobić. Czy karty podważają to, co zrobiłam, czy po prostu pokazują coś innego? Czy w ogóle powinnam była brać tarot w trakcie?
To jest właśnie ten moment, kiedy ludzie zaczynają kręcić się w kółko i sami sobie sabotują pracę. Ja wiem, że trudno się powstrzymać, ale wróżba w trakcie rytuału to trochę jak sprawdzanie czy ciasto wyrosło co pięć minut - za każdym razem kiedy otwierasz piekarnik, coś się zmienia. Tarot i rytuał działają na różnych poziomach i nie zawsze mówią o tym samym momencie czasowym.
Pytanie "który ma rację" to moim zdaniem trochę błędne założenie. Tarot nie jest wyrocznią w sensie absolutnym - on pokazuje tendencje w danym momencie, energię która jest aktywna teraz. Rytuał natomiast pracuje w czasie, często tygodniami. Jeśli robisz wróżbę w połowie rytuału, możesz trafić na moment przejściowy, kiedy stara energia się jeszcze nie rozpadła, a nowa nie zdążyła wejść. I to będzie wyglądać jak chaos albo zaprzeczenie.
Poczekajcie, bo chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie, że tarot wzięty w trakcie rytuału może pokazywać efekt własnego zakłócenia, a nie realny wynik? To znaczy, że te karty Leonory mogą być po prostu artefaktem jej własnego niepokoju, a nie informacją o tym, co się dzieje z rytuałem?
A ja mam głupie pytanie może, ale czy w ogóle jest jakiś czas, po którym można uznać że rytuał nie zadziałał i można zacząć od nowa? Bo rozumiem że nie przerywamy, nie wróżymy, ale ile się czeka? Pół roku? Rok? Jak to się w ogóle ocenia?
a czy próbowałaś w ogóle odciąć się od tego tematu na jakiś czas? Mówię serio - nie wróżby, nie sprawdzania, po prostu żyć i nie myśleć o tym co ma się wydarzyć? Wiem że łatwo powiedzieć, ale jak to wygląda u Ciebie?
Dobrze to ujął. I to trochę odpowiada na pytanie Dagmy o czas - bo jeśli działasz w realu i tworzysz okazje, to masz więcej punktów, w których coś może się wydarzyć. Jeśli czekasz biernie, to ograniczasz rytuałowi pole do manewru.
Śledziłem tę rozmowę i mam jedno pytanie, które mi się kręci w głowie. Czy ta zasada żeby nie wróżyć w trakcie rytuału dotyczy tylko tarota, czy też na przykład pendla, runów, innych metod? Bo o ile rozumiem argumenty o zakłóceniu i stanie emocjonalnym, o tyle zastanawiam się czy każda metoda jest równie "czuła" na ten kontekst.
a jak wyglądało twoje nastawienie w momencie robienia rytuału? Bo to chyba jest jeden z tych punktów, od których dużo zależy. Nie mówię że to w stu procentach determinuje wynik, ale jeśli wchodziłaś w to z dużym ładunkiem niepokoju, to mogło to po prostu wycisnąć piętno na całym procesie.
Kilka dni po. Może tydzień. Byłam w takim momencie kiedy jeszcze czułam napięcie, więc pewnie nie w najlepszym stanie do czytania. Ale wtedy tego tak nie rozumiałam, po prostu chciałam wiedzieć czy coś się dzieje.
To mam pytanie, może naiwne - czy w takim razie obiektywne czytanie tarota dla siebie jest w ogóle możliwe? Skoro zawsze jest ten filtr?
Powiedziałbym że możliwe, ale wymaga naprawdę dużego dystansu wobec pytania. Jak pytasz o coś, co ci jest obojętne albo na czym ci zależy, ale nie emocjonalnie, tylko informacyjnie - wtedy filtr jest cieńszy. Ale w sprawach sercowych, gdzie za pytaniem stoi cały ładunek? Tam czytanie dla siebie to naprawdę tryb hard, jak to Kasiulka kiedyś określiła.
Można spróbować kilku rzeczy - cofnięcie się od pytania i sformułowanie go bardziej neutralnie, czyli zamiast "czy on wróci" zapytać "co powinienem wiedzieć o tej sytuacji". Albo odłożyć czytanie do momentu kiedy temat przestaje cię palić. Ale szczerze? Jak temat jest gorący, to żadna technika nie robi z ciebie neutralnego obserwatora. Przerwa jest zwykle jedyną realną opcją.
Zastanawiam się czy ktoś w tej rozmowie miał sytuację, gdzie wróżba i rytuał sobie przeczyły, ale ostatecznie wynik był zgodny z rytuałem, a nie z wróżbą. Bo dużo tu teorii, ale ciekawi mnie jak to wygląda w praktyce.
Wieża bardzo często znaczy rozpad czegoś co było fałszywe, nie koniecznie czegoś dobrego. Jak masz niepewność, lęk, kontrolujące myślenie - to też może być Wieża. Że te schematy się rozpadają. Niekoniecznie relacja.
Zależy co pada. Wieża w kontekście relacji, która była zbudowana na lęku albo zależności - no to może oznaczać że coś się rozluźnia. Że stary wzorzec przestaje działać. Niekoniecznie że sama relacja się posypie.
To trochę zmienia to jak patrzę na tamten rozkład. Miałam wtedy dużo lęku kontrolnego - czy coś zadziałało, czy nie, czy on coś poczuł, czy nie. Może Wieża dosłownie mówiła o tym myśleniu.
Ciekawe że nikt tu nie powiedział wprost - a co jeśli wróżba i rytuał sobie naprawdę przeczyły, nie dlatego że zły moment, ale dlatego że rytuał po prostu nie zadziałał? Czy jest jakiś sposób żeby to odróżnić?
Tracking kurierski - świetna metafora i bardzo celna. Dokładnie tak to robiłam. Co kilka dni sprawdzałam "gdzie jest moja paczka".
Poza tym powtarzanie rytuału z lęku jest inne niż powtarzanie z intencji. Jak powtarzasz bo się boisz - wnosisz ten strach do nowego rytuału. I koło się zamyka.
Czyli właściwie odciągnęłaś uwagę od rytuału i skierowałaś ją na siebie? Brzmi prosto, ale jak to wyglądało w praktyce? Bo ja jak słyszę "skup się na sobie" to przeważnie mam ochotę rzucić czymś.
a to nie jest trochę tak, że rytuał wykonany z niejasną intencją od początku ma mniejsze szanse? Bo jeśli sama nie wiedziałaś czego chcesz, to co właściwie rytuał miał uruchomić?
Przepraszam że wchodzę w wątek, ale nie rozumiem jednej rzeczy - jak rytuał może "uruchamiać" cokolwiek jeśli nie da się zmierzyć czy w ogóle działa? To brzmi jakbyście mówili o czymś co jest aktywne tylko wtedy gdy się w to wierzy.
Czyli można by sprawdzić - jak mam dużo kart mentalnych, emocjonalnych, albo coś co wskazuje na stan ducha, to to jest o mnie, a jak mają relacyjny kontekst to o sytuacji? Czy to zbyt duże uproszczenie?
Mnie zastanawia coś innego w tym wszystkim. Mówimy dużo o tym żeby nie wróżyć po rytuale. Ale czy jest w ogóle dobry czas na wróżbę w kontekście rytuału miłosnego? Znaczy - przed ma sens, żeby wiedzieć czy warto. A po - jak długo czekać i co wtedy pytać?
A co jeśli ktoś w ogóle nie zna tarota i korzysta z wróżki zamiast sam czytać? Czy to coś zmienia? Może wtedy ten lęk kontrolny jest trochę mniejszy bo nie ty się pytasz tylko ktoś zewnętrzny?
A jak to odróżnić od siebie w praktyce? Bo szczerze - za każdym razem kiedy szłam do kogoś, miałam jakieś oczekiwanie co do odpowiedzi. Może nie zawsze "musi być tak", ale gdzieś tam miałam nadzieję na konkretny kierunek. Czy to już dyskwalifikuje całe pytanie?
