Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co chyba rzadko jest poruszane wprost. Czy powiedzielibyście komuś z rodziny albo bliskim znajomym, że robicie rytuał dla siebie, na miłość, relację, powrót kogoś? Mam na myśli nie to, czy ktoś was pyta, tylko czy z własnej woli byście to powiedziały. Bo ja mam mieszane odczucia. Z jednej strony chcę być szczera wobec ludzi, na których mi zależy, z drugiej czuję, że to coś, co powinno zostać wyłącznie przy mnie.
Mnie mama raz przypadkowo zobaczyła jak miałam zaparzone świece na stole i zapytała co robię. Powiedziałam że coś w rodzaju medytacji. Nie wiem czy to był dobry pomysł ale nie czułam się gotowa żeby tłumaczyć całą resztę. Jakoś instynktownie chciałam to zachować dla siebie, nie z powodu wstydu, bardziej... jakby powiedzenie komuś miało to rozładować, nie wiem jak to wyjaśnić.
Myślę że to trochę zależy od tego, czego dotyczy rytuał i jaką relację masz z tą osobą. Jeśli robisz coś dotyczącego siebie, swojego życia uczuciowego, to jest twoja przestrzeń i masz pełne prawo jej nikomu nie udostępniać. Nawet siostrze, która rozumie temat. Bo rozumienie tematu to nie to samo co bycie częścią twojej intencji.
Hej, ja mam pytanie może trochę z boku, ale związane z tematem. Czy ta zasada dyskrecji dotyczy też sytuacji, gdy ktoś z rodziny sam jest sceptyczny i po prostu nie wiedząc, nie przeszkadza? Czy to że on nie wie, coś daje samo w sobie, czy liczy się tylko to że nie reaguje negatywnie?
U mnie w domu po prostu nikt nie pyta bo mam swój pokój i swoje sprawy. Ale raz przez przypadek powiedziałam znajomej i ona zaczęła mi przez kolejne tygodnie zadawać pytania w stylu "no i co, działa?". To było strasznie uciążliwe. Jakby oczekiwała konkretnych wyników w terminie.
A czy chodzi o to żeby dosłownie nie mówić nikomu, czy raczej o to żeby nie mówić osobom, które nie są w stanie tego przyjąć bez osądzania? Bo mam wrażenie że to trochę inna zasada.
Ja myślę że te dwie opcje prowadzą do podobnego miejsca w praktyce. Teoretycznie można sobie powiedzieć "powiem tylko komuś zaufanemu", ale realnie bardzo trudno przewidzieć jak ktoś zareaguje, nawet jeśli zna temat. Nawet dobrze nastawiona osoba może nieświadomie zasiać w tobie wątpliwość jednym zdaniem. Dlatego prościej jest po prostu trzymać to dla siebie.
Powiem wam jak to widzę z mojej strony. Robiłem rytuały, o których wiedziała tylko jedna osoba, i robiłem takie, o których nie wiedział nikt. Różnica była odczuwalna, ale nie dlatego że ta osoba coś robiła źle, tylko że sama świadomość, że ktoś o tym wie, zmieniała moje skupienie. Jakby część uwagi szła w stronę tej osoby a nie w to co robię.
Myślę że wracamy tu do czegoś podstawowego. Rytuał miłosny robiony dla siebie, dla własnej relacji, jest bardzo osobisty. To nie jest coś co dzieje się na zewnątrz, to jest coś co ty wnosisz do swojego życia. I im mniej zewnętrznych głosów wokół tego, tym bardziej ta intencja należy do ciebie. Rodzina może cię kochać, może szanować to co robisz, ale i tak wnosi swoje oczekiwania, obawy, pytania. Nie zawsze dlatego że chce, po prostu tak działa bliskość.
A czy ktoś z was miał kiedyś sytuację, że powiedział komuś z rodziny i ta osoba, zamiast komentować, po prostu... przyjęła to normalnie? Pytam bo czytam ten wątek i mam wrażenie że wszyscy mamy złe doświadczenia z dzieleniem się, ale może są inne przypadki.
Mam wrażenie że za bardzo skupiamy się na tym czy ktoś "zrozumie" albo "nie oceni". Dla mnie sedno jest gdzie indziej. Rytuał miłosny robiony dla siebie ma bardzo konkretną przestrzeń, która jest twoja i tylko twoja. Zapraszanie kogokolwiek do tej przestrzeni, nawet najdelikatniej, coś z niej zabiera. Niekoniecznie niszczy, ale zmienia.
Słucham tego i zaczynam myśleć, że ta cała zasada dyskrecji to nie jest żaden mistyczny dogmat, tylko po prostu psychologia. Twoja intencja, twoja prywatność, twój spokój. Zewnętrzni obserwatorzy to stres, a stres raczej nie pomaga w niczym.
Czytam to wszystko i zaczynam myśleć że moje pytanie z początku było trochę źle postawione. Pytałam czy rodzina powinna wiedzieć, ale właściwie to chodzi o coś głębszego, czy w ogóle jest ktokolwiek, kto powinien wiedzieć. I coraz bardziej skłaniam się ku temu że nie.
A co z kimś takim jak znajoma czy przyjaciółka, która też to robi i zna temat z własnej praktyki? Czy to automatycznie jest bezpieczniejsze niż rodzina, która nie rozumie, ale cię kocha?
Słucham tej wymiany i mam pytanie do wszystkich, bo trochę się zgubiłam. Czy wy w ogóle rozróżniacie między powiedzeniem komuś "robię rytuał miłosny" a powiedzeniem o samej intencji, czyli o kim to jest, czego chcesz? Bo może te dwa poziomy mają różne zasady?
Słucham tego wszystkiego i muszę powiedzieć, że ta rozmowa dała mi więcej niż się spodziewałam. Ale zostało mi jedno pytanie, które ciągle gdzieś z tyłu głowy siedzi. Co z sytuacją kiedy ta rodzina sama zaczyna dopytywać? Nie powiedziałaś nic, ale coś wyczuli, coś zauważyli, i zaczynają drążyć. Co wtedy?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam wrażenie, że wszyscy trochę zakładacie że rytuał miłosny dla siebie to coś, co robisz w domu w obecności rodziny. A co z osobami, które mieszkają same? Dla nich ten dylemat w ogóle nie istnieje w takiej formie, bo pytanie "czy powiedzieć" jest czysto dobrowolne, nikt nie widzi, nikt nie pyta.
Zresztą myślę, że ta kwestia spokoju jest o wiele głębsza niż tylko logistyka. Kiedy ktoś w domu wie albo podejrzewa co robisz, to nawet jeśli nic nie mówi, to i tak jest w przestrzeni. I ty o tym wiesz. Nie musisz słyszeć żadnych komentarzy, żeby to czuć.
Słyszę to i właściwie muszę przyznać, że mnie to przekonuje bardziej niż argument o energii czy intencji. Bo to jest coś, co każdy może sprawdzić na sobie bez żadnego systemu przekonań.
A co w sytuacji kiedy nie masz możliwości żeby mieć ten spokój? Znaczy, jeśli mieszkasz z wieloosobową rodziną, masz małe mieszkanie i po prostu nie ma okna czasowego kiedy jesteś sama? Jak ludzie sobie z tym radzą praktycznie?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, które mi nie daje spokoju. Czy wy uważacie, że ta potrzeba dyskrecji jest tak samo silna bez względu na to, czy rytuał jest skierowany na kogoś konkretnego, czy robimy go bardziej dla siebie, żeby otworzyć się na miłość ogólnie? Bo mi się wydaje, że to może być inna kategoria.
A czy to nie jest trochę smutne, że musimy coś ukrywać tylko dlatego, że ktoś mógłby nie rozumieć? Mam na myśli, to w końcu twój dom, twoja przestrzeń.
Czyli właściwie pytanie z tytułu wątku można by przeformułować. Nie tyle "czy rodzina powinna wiedzieć że robisz rytuał", ale "ile chcesz żeby wiedzieli o tym, czego szukasz". Bo to jest chyba ta prawdziwa decyzja.
I wiesz co, to też tłumaczy dlaczego ta dyskrecja jest w tradycjach magicznych traktowana poważnie od dawna. Nie chodziło zawsze o tajemniczość dla samej tajemniczości. Chodziło o to, że co robisz w ramach rytuału jest powiązane z tym czego pragniesz, a pragnienia chronisz nie dlatego że się ich wstydzisz, ale dlatego że są twoje.
