Tylko że ten podział też nie jest taki czysty, bo zazwyczaj jedno przechodzi w drugie i nie da się tego rozdzielić w stu procentach. Każdy kto coś robi w sprawach uczuciowych ma jakiś ślad bólu w tle, nawet po latach.
Robiłam sobie taki test ostatnio i wyszło mi że wracam do siebie dość szybko, ale jednocześnie sama myśl o tym żeby zacząć działanie wywołuje większe napięcie niż wyobrażenie sobie spotkania. To znaczy że bardziej boję się obrzędu niż czekania?
To może być strach przed odpowiedzialnością za decyzję, a nie strach przed samym działaniem. Czekanie jest neutralne, bo nic nie robisz i nic na siebie nie bierzesz. Moment kiedy mówisz sobie okej, robię, jest tym momentem kiedy bierzesz to na siebie. Stąd napięcie.
Dorzucę jeszcze coś od siebie, bo u mnie ten moment poznałam po tym że przestałam liczyć dni. Wcześniej cały czas miałam w głowie kalendarz, ile minęło, ile jeszcze, kiedy by wypadało. Jak zauważyłam że nie wiem dokładnie ile czasu minęło od ostatniego kontaktu, to wtedy wiedziałam że można.
U mnie zadziałało coś podobnego, ale dopiero jak zacząłem regularnie wychodzić z domu w sprawach niezwiązanych z tym tematem. Pytanie tylko czy to nie oddala od pierwotnej intencji, bo skoro głowa zajmuje się czym innym, to czy obrzęd nadal ma ten sam ciężar emocjonalny co na początku?
