W trakik jak czytam tę rozmowe, mysle tez ze z perspektywy tarota widac czasem cos takiego w rozkladach dla par. Karte ktora wskazuje na trzecia sile, na wplyw z zewnatrz. Nie mowie ze to zawsze rytuał, ale pattern energetyczny jest podobny do tego co tu opisujecie.
Okej ale wróćmy do tego co Astrea mówiła, bo mam pytanie praktyczne. Jeśli ten wzorzec jest, jeśli kilka tych sygnałów się zgadza, to co się z tym robi? Czy jest w ogóle jakiś sposób żeby tę asymetrię w parze naprawić, czy to samo przechodzi?
A mnie zastanawia co z tym robi ta druga osoba, ta która nie jest bezpośrednim celem rytuału. Bo ona przecież też odczuwa tę asymetrię, może nawet bardziej boleśnie, bo nie ma żadnego wytłumaczenia dlaczego partner się zmienił. Siedzi z tym sama.
Właśnie. I to jest jeden z argumentów za tym, że takie działanie uderza w związek jako całość, nawet jeśli formalnie jest skierowane tylko na jednego z partnerów. Para to system. Wystarczy że jeden element zacznie się inaczej zachowywać, a cały system zaczyna szukać nowej równowagi. Nie zawsze ją znajduje.
To co Astrea mówi o systemie, to mi mocno siedzi. Bo ja patrzyłam zawsze na to bardziej indywidualnie, czyli co się dzieje z osobą pod wpływem rytuału. A tu jest jeszcze ten efekt odbicia na partnera, który niczego nie doświadcza bezpośrednio, a jednak też jest w tym.
Mam wrażenie że za dużo tutaj zakładamy że rytuał zawsze coś robi. Statystycznie rzecz biorąc, większość relacji przechodzi przez kryzysy zupełnie bez udziału jakiegokolwiek działania z zewnątrz. Zanim zaczniemy szukać rytuałów, może warto sprawdzić czy para po prostu nie weszła w naturalny kryzys.
To jest ważna uwaga, bo to może być pułapka. Jak ktoś zaczyna wszystko tłumaczyć rytuałem, to przestaje patrzeć na siebie i na relację. A rytuał staje się wytłumaczeniem na wszystko, co zwalnia z odpowiedzialności za własne zachowanie.
No tak, ale to oznacza że nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie z tytułu. Czy rytuał zagraża związkowi, to zależy od tysiąca zmiennych i chyba zawsze będzie indywidualnie.
To jest chyba fundamentalne pytanie tej dyskusji i trochę dziwne że dopiero teraz je stawiamy. Ja bym powiedziała że nie ma jednego pewnego kryterium, ale jest kombinacja cech. Nagłość początku to jedno, brak poprzedzającego konfliktu to drugie. Ale nawet to nie jest niezawodne, bo są kryzysy które wybuchają pozornie bez przyczyny.
Miałam raz taką sytuację i do dziś nie wiem co to było. Nie zamówiony rytuał, nie wiem czy ktoś coś robił, ale ta zmiana była właśnie taka jak opisuje Laurencja. Jedno spotkanie normalne, następne i ta osoba jakby patrzyła przez mnie. Zero konfliktu między tym. I ta bezprzyczynowość mnie chyba bardziej przerażała niż sama zmiana.
Problem z działaniem bez diagnozy jest taki, że możesz wzmocnić coś co chcesz usunąć. Jeśli bez sprawdzenia zaczniesz intensywnie oczyszczać przestrzeń relacji, a tak naprawdę problem jest komunikacyjny, to możesz napięcie w tej relacji jeszcze bardziej zagęścić. Oczyszczanie nie jest neutralne, ono porusza. I jeśli nie wiesz co poruszasz, możesz to przesunąć w złym kierunku.
Boże, nigdy o tym nie myślałam w ten sposób. Czyli działanie bez diagnozy może być gorsze niż niedziałanie? To jak w ogóle podejść do czegoś, jeśli nie mamy pewności?
I tu wlasnie tarot jest uzyteczny jako poczatkowy krok, zanim cokolwiek sie zrobi. Nie jako wyrocznia, ale jako mapa sytuacji. Zrobiłam ostatnio rozklad dla kogos z podobna historia i wyszedł silny motyw bledu z zewnatrz plus zablokowanie naturalnego przepływu w relacji. To nie bylo tylko moje zalozenie, klient sam poczul ze cos sie nie zgadza.
Dobra ale wróćmy do pytania z tytułu bo trochę zeszliśmy na metodologię. Czy ktoś tu ma konkretne doświadczenie gdzie widział że rytuał skierowany na jedną osobę wyraźnie wpłynął na cały jej związek, nie tylko na nią samą? Bo cała ta dyskusja o systemach i zamrożeniu to teoria, a chciałabym usłyszeć coś bardziej z życia wziętego.
Znam taką historię z bliskiego otoczenia. Nie wiem czy to był rytuał, ale zachowanie osoby zmieniło się bardzo gwałtownie i jej partner zaczął mówić że czuje się jak z kimś obcym. I ta para się rozeszła kilka miesięcy później, choć wcześniej wszystko wskazywało na stabilną relację. Oczywiście nie ma dowodu że to było coś zewnętrznego, ale timing był dziwny.
Dowiedziałam się od wspólnej znajomej, która rozmawiała z tym partnerem już po rozstaniu. On sam użył tego określenia, że czuł jakby mieszkał z kimś kogo nie zna. I to nie było jednorazowe zdanie, powtarzał to kilka razy w tej rozmowie. Czy to coś wskazuje na zewnętrzną ingerencję, nie wiem, ale zgadza się z tym co tu piszecie.
No i to jest właśnie ten problem o którym mówiłem. Relacje między ludźmi są interpretowane wstecznie. Pamięć jest rekonstruktywna, nie odtwórcza. To co partner opisywał po rozstaniu mogło być inaczej zabarwione niż to samo zdarzenie oglądane na bieżąco. Nie mówię że nie było żadnej ingerencji, mówię że po fakcie nie da się tego oddzielić od naturalnej narracji o rozstaniu.
Zastanawiam się nad czymś innym. Mówimy cały czas o tym jak rytuał może wpłynąć na związek z zewnątrz, ale co z sytuacją odwrotną, kiedy ktoś robi rytuał na osobę, która jest singliem, i ta osoba potem wchodzi w nowy związek? Czy ta nowa relacja jest od początku jakoś skrzywiona tym działaniem?
To ciekawy kierunek bo większość dyskusji o rytuałach miłosnych zakłada istniejącą relację jako punkt odniesienia. A co jeśli ktoś jest objęty działaniem zanim ta relacja w ogóle powstała? Energetycznie to oznaczałoby że nowy partner wchodzi w przestrzeń która już jest w jakiś sposób ukierunkowana. Pytanie czy on to czuje, czy działa to na niego nieświadomie.
Ale to brzmi jak że ten nowy partner jest z góry skazany na przegraną, bo wchodzi w coś co już jest ustawione. Czy tak to rozumieć?
Dobra, to jak w ogóle taki nowy partner miałby to rozpoznać? Skoro wchodzi w coś nie wiedząc że coś jest, to po czym by poznał że to nie jest po prostu trudna relacja?
To zdanie Szeptacza mnie zatrzymało. Że brak rozpoznania jest częścią mechanizmu. Czy to jest gdzieś opisane, w jakichś tradycjach, czy to raczej intuicja z praktyki? Bo to jest coś zupełnie innego niż to co dotąd słyszałam.
No dobra, ale żeby być szczerym, to ja chyba nie umiem odpowiedzieć na pytanie Laurencji precyzyjnie. Mówię z zewnątrz tej całej tradycji i nie mam żadnego układu odniesienia który by mi powiedział 'to jest zmiana z powodu działania, a to nie'. Jak wy w ogóle odróżniacie te dwie rzeczy w praktyce, nie w teorii?
Ale co to znaczy punkt zwrotny w tym kontekście? Bo ja miałam sytuację gdzie ktoś bliski zmienił się zupełnie po tym jak stracił pracę. Wszyscy to tłumaczyli kryzysem. A potem wyszło że to był czas kiedy jego ówczesna partnerka robiła na niego coś co sama później przyznała. Więc zewnętrzny kontekst był, ale i działanie też było. Jedno drugiemu nie przeczy.
A wracając do tego co Fiolek mówiła, to mnie zastanawia jedna rzecz. Jeśli działanie zewnętrzne i kryzys życiowy nałożyły się na siebie, to czy jedno wzmocniło drugie? Znaczy, czy działanie jest skuteczniejsze kiedy ktoś jest już osłabiony przez coś trudnego?
To brzmi jakby rytuały miłosne działały trochę jak oszustwo. Że nie tyle zmieniają uczucia co wchodzą tylnym wejściem kiedy ktoś nie patrzy. Czy tak to rozumieć, że to nigdy nie jest uczciwe wobec tej drugiej osoby?
