Mam taki problem i nie wiem, czy ktoś przez coś podobnego przechodził. Zrobiłam kilka miesięcy temu rytuał na przyciągnięcie konkretnej osoby. Zadziałało, ta osoba wróciła, zaczęliśmy być razem. I tutaj zaczyna się mój kłopot, bo okazało się, że ta relacja jest po prostu zła. Nie chodzi o to, że nie ma chemii, bo jest, ale ta osoba ma zachowania, które mnie niszczą. Kłótnie, manipulacja, gorące-zimne. Klasyka toksycznego związku. I teraz siedzę z tym pytaniem - czy można odwrócić rytuał? Czy to w ogóle etyczne wobec siebie, żeby to rozwiązać? Czuję się trochę jakbym sama sobie zafundowała ten problem.
O matko, to jest trudna sytuacja. Sama nigdy nie robiłam rytuału na konkretną osobę właśnie dlatego, że zawsze bałam się, co będzie, jak się okaże, że to nie ten człowiek. Ale żeby nie wychodzić na mądrą po szkodzie - co rozumiesz przez "zadziałało"? Bo czasem ludzie mówią, że rytuał zadziałał, ale może ta osoba i tak by wróciła, nie?
Słuchając tej rozmowy, myślę o runach. W Elder Futhark jest Isa, czyli runa zamrożenia, i Hagalaz, która rozbija to, co jest zamrożone. I właśnie w kontekście rytuałów wiązania - metafora lodowej pułapki jest całkiem celna. Pytanie do Centy: czy robiłaś coś z intencją trwałości, czy to było raczej krótkoterminowe przyciąganie?
Ja mam takie pytanie do ogółu: a czy ktoś z was kiedyś faktycznie rozwiązywał rytuał miłosny i co z tego wyszło? Bo to jest piękna teoria, ale ciekawi mnie, jak to wygląda w praktyce.
No to ja zacznę, bo zadałam to pytanie i nikt jeszcze nie odpowiedział. Czy ktoś faktycznie rozwiązywał rytuał i co z tego wyszło? Bo ta dyskusja idzie w kółko i brakuje mi właśnie tego elementu - co się rzeczywiście dzieje po takim rozwiązaniu.
Rozwiązywałam raz. Ale to był inny typ - nie wiązanie, tylko rytuał przyciągania z użyciem fotografii i różowego wosku. Zdecydowałam się na odpuszczenie po kilku miesiącach, kiedy zobaczyłam, że cokolwiek między nami było, działało wyłącznie na moją niekorzyść. Zrobiłam dość klasyczne odcięcie - spalenie tego, co zostało z tamtego rytuału, intencja uwolnienia, otwarcie okna. Czy zadziałało? Uczucie było inne. Ale czy dlatego, czy dlatego że po prostu podjęłam decyzję mentalnie - nie powiem ci z całą pewnością.
Hej, przepraszam że wchodzę z głupim pytaniem, bo nie jestem specjalistą od tego, ale zastanawiam się - czy ten cykl zrywania i powracania nie był między wami zanim zrobiłaś rytuał? Bo jak tak, to może rytuał nie zmienił dynamiki, tylko sprawił, że ona wróciła do czegoś, co i tak by się powtórzyło.
Wracając do tego co pytałam o Isę - ta metafora lodowej pułapki jest tu naprawdę na miejscu. Isa zamraża stan rzeczy. Jeśli stan rzeczy przed rytuałem był dysfunkcyjny, to rytuał wiązania mógł go dosłownie zamrozić w tej dysfunkcji. I tyle. Dlatego odwrócenie wiązania to nie jest tylko "cofnięcie przyciągania" - to często też rozmrożenie czegoś, żeby mogło pójść dalej albo rozpaść się naturalnie.
to zależy, jak bardzo czujesz potrzebę gestu. Dla części osób sama werbalizacja - powiedzenie na głos czegoś w stylu "zamykam to, co otworzyłam" - wystarczy, bo to jest realne przesunięcie w sposobie myślenia i intencji. Dla innych potrzebny jest fizyczny gest, spalenie, zakopanie, woda, cokolwiek co jest dla tej osoby znaczące. Nie ma tu jednej odpowiedzi. Ale uwolnienie intencji musi być szczere - jeśli zrobisz rytuał odwracający i jednocześnie będziesz chciała, żeby ona została, to efekt będzie wątpliwy.
Ta nitka to jest właśnie ten fizyczny punkt zawieszenia, o którym mówiłam wcześniej. Nie chodzi o to, że ona "trzyma" rytuał przy życiu w jakiś mechaniczny sposób, ale że jest materialnym śladem intencji, którą postawiłaś i której nigdy nie zamknęłaś. Nie spalona, nie zakopana, po prostu leży.
Pamiętam rozmowę z kimś, kto opisywał coś podobnego - też miał jakiś przedmiot, który był z rytuałem związany, i mówił, że samo trzymanie tego gdzieś "na wszelki wypadek" było dla niego sposobem na niezdecydowanie. Nie chciał kończyć, więc nie kończył. Tylko to chował do szuflady.
To uderza w coś, co mi teraz przyszło do głowy. Ja chyba naprawdę nie chciałam tego kończyć. Że ona wróciła, że jest kontakt - choćby i dysfunkcyjny - i może ta nitka leżąca w szufladzie to jest bardziej mój opór przed zamknięciem niż jakieś zapomnienie.
Przepraszam, ale mam pytanie z trochę innej strony. Wszyscy tutaj rozmawiają o tym, jak zamknąć rytuał, ale czy ktoś w ogóle rozmawiał z tą drugą osobą? Mam na myśli - czy ona w ogóle wie, że coś takiego zostało zrobione?
Szukam podpowiedzi, ale chyba też potwierdzenia, że w ogóle mam do tego prawo. Że mogę to zamknąć, że nie jest za późno, że nie zrobiłam czegoś nieodwracalnego.
Masz do tego prawo. I nie, to nie jest nieodwracalne - intencja, którą postawiłaś, jest twoja i możesz ją cofnąć. To, co czujesz jako "wiszące", to właśnie otwarta pętla bez zakończenia, a nie jakiś wyrok. Ale rozwiązanie tego rytualnie to jedna sprawa, a to, co zrobisz z samą relacją, to już zupełnie osobna decyzja, której żaden rytuał za ciebie nie podejmie.
I chyba o to chodzi w tej całej rozmowie. Rytuał można zamknąć. Relację trzeba przemyśleć. To są dwie różne rzeczy i dobrze, że w końcu zostały nazwane oddzielnie, bo przez większość tego wątku szły razem jak jeden problem.
Ten opór jest informacją. Nie przeszkodą, nie czymś do przezwyciężenia na siłę - informacją. Skąd on pochodzi, jak myślisz? Bo to może być kilka różnych rzeczy i każda z nich wymagałaby innego podejścia do samego zamknięcia.
Nie robiłam żadnego wglądu w sensie formalnym. Ale ta rozmowa już zrobiła swoje - jestem teraz w miejscu, gdzie przynajmniej wiem, co czuję, a nie udaję, że tego nie ma. To może wystarczy jako punkt wyjścia?
Wystarczy. Nie potrzebujesz ceremonialnej gotowości, żeby zacząć. Wystarczy, że jesteś uczciwa wobec siebie w momencie, gdy to robisz. Ale mam jedno pytanie - czy masz jakieś wyobrażenie, JAK chcesz to zamknąć? Samo spalenie nitki, zakopanie, coś innego?
A czy w ogóle ma znaczenie metoda? Pytam serio, bo mam wrażenie, że w takich rozmowach zawsze wraca temat, co zrobić z przedmiotem, ale czy to nie jest trochę obok sedna?
Nie trzeba pamiętać każdego detalu. Intencja przy zamknięciu jest ważniejsza niż lustrzane odtworzenie kroków wstecz. Ale warto zapytać siebie, co było rdzeniem tamtego rytuału - czy to było przyciąganie, wiązanie, ochrona? Bo to zmienia to, co powinno być w centrum intencji przy zamknięciu.
To dużo mówi. Przy wiązaniu zamknięcie to nie jest tylko "kończę rytuał" - to aktywne rozwiązanie. Różnica jest istotna, bo psychicznie trzeba wyjść z trybu "trzymania" i wejść w tryb "puszczania". Czy to brzmi jak coś, do czego jesteś gotowa?
Jestem gotowa spróbować. Nie wiem, czy jestem gotowa w stu procentach, ale chyba nigdy nie będę. Bardziej się boję, że jak nie zrobię tego teraz, to za kolejny rok będę w tym samym miejscu.
A ta osoba - ta, z którą jesteś w tej relacji - ona nie czuje, że coś jest nie tak? Mam na myśli, ona wychodzi i wraca, mówi że chce wyjść, ale nie wychodzi. To brzmi jakby ona też była w jakimś zawieszeniu.
Źle. Żyję z tym źle. Ciągłe napięcie, ciągłe analizowanie każdego jej gestu, ciągłe czekanie na kolejne wyjście albo powrót. Sama nie wiem, czego chcę od niej bardziej - żeby została czy żeby w końcu naprawdę odeszła.
A czy w ogóle można być w zdrowej relacji po czymś takim? Pytam szczerze, bo ta rozmowa pokazuje, że nawet jeśli rytuał zostanie zamknięty, to zostaje całe to, co między wami jest. Tego się nie zamknie nitką w ognisku.
"niezdecydowana" i "utknęła" to dwa różne opisy tej samej osoby. Co sprawia, że używasz akurat słowa "niezdecydowana"? Czy ona sama tak o sobie mówi, czy to twoja interpretacja?
