Mam wrażenie, że więcej moich nietrafionych odczytów bierze się ze złego pytania niż z błędnej interpretacji. Wyciągam runy do pytania, dostaję coś mętnego, i dopiero potem widzę, że samo pytanie było bez sensu albo za szerokie. Ciekawi mnie, jak Wy to robicie. Czy macie jakiś własny sposób na formułowanie pytań, żeby runy dawały konkret, a nie mgłę? Bo czuję, że to umiejętność osobna od czytania samych run, a nigdzie nie widziałem, żeby ktoś o niej porządnie pisał.
Trafiłeś w sedno problemu, który większość omija. Pytanie to połowa odczytu, a często więcej. Pierwsza zasada u mnie - jedno pytanie naraz, jedna intencja. „Czy zmienić pracę i czy wyprowadzić się z miasta" to dwa pytania udające jedno. Runy odpowiedzą na jedno, ty odczytasz pod drugie, i masz mętlik. Rozdziel każde pytanie do końca, zanim sięgniesz po worek.
Druga rzecz, równie ważna - nie pytaj „czy", pytaj „jak" albo „co". „Czy on wróci" da ci runę, którą będziesz naginać do tak albo nie. „Co dzieje się między nami" albo „na co mam zwrócić uwagę w tej relacji" otwiera odczyt. Runy nie są od tak/nie, są od pokazywania sił w sytuacji. Pytanie zamknięte zamyka też odpowiedź.
@Whisper Trzecia rzecz, o której mało kto pamięta - pytanie musi być o coś, na co masz wpływ albo co chcesz zrozumieć, nie o cudze wnętrze. „Co on do mnie czuje" to pytanie o cudzą głowę, na które runy odpowiadają mętnie, bo to nie twoja sprawa do wyczytania. „Jak mam postąpić w tej relacji" jest twoje, więc runy mają o czym mówić. Pytanie o cudze wnętrze zwykle wraca mgłą, bo wykraczasz poza swoje pole.
Czytam i robi mi się lista zasad, ale mam pytanie praktyczne. Czy pytanie wypowiadacie na głos, zapisujecie, czy trzymacie w głowie? Bo u mnie pytanie w głowie ma tendencję do rozpływania się i mętnienia w trakcie samego wyciągania. Zaczynam o jedno, a kończę już myśląc o czym innym.
Robi mi się z tego całkiem konkretna lista. Jedno pytanie naraz. Raczej „jak/co" niż „czy". O siebie, nie o cudze wnętrze. Nie z gotową odpowiedzią. Utrwalone głosem lub na papierze. To już dużo zmienia, bo widzę, że łamałem prawie każdą z tych zasad naraz. Pytanie typu „czy on wróci, bo ja czuję, że tak" łamie cztery z pięciu jednym zdaniem.
Wchodzę z konkretnym przykładem, bo łatwiej mi na konkretach. Powiedzmy, że zastanawiam się nad zmianą pracy. Jak byście to ujęli w pytanie? Bo „czy zmienić pracę" to binarne, „co mnie czeka w nowej pracy" to pytanie o przyszłość, której jeszcze nie ma. Gubię się, jak to sformułować, żeby było dobre.
A co z czasem w pytaniu? Bo Sauwak wspominał gdzieś, że przy binarnym warto ustawić ramę czasową. Czy przy otwartym też? Bo „co dzieje się w tej relacji" bez czasu jest chyba za szerokie, ale „co dzieje się w tej relacji w najbliższym miesiącu" już węższe. Jak to u Was wygląda z czasem w pytaniu?
A wejdę z czymś, czego jeszcze nie ruszyliśmy. Pytanie ma być uczciwe nie tylko wobec siebie, ale i wobec sprawy. Czyli - nie pytaj o coś, co cię nie dotyczy naprawdę, z czystej ciekawości albo o cudze życie. „Co się dzieje u sąsiadki" to nie twoja sprawa do wyczytania. Runy do takich pytań milczą albo mętnieją, bo wchodzisz w nie swoje. Pytaj o swoje życie, swoje sprawy, swoje wybory. Cudze zostaw cudzemu.
Mam jeszcze pytanie o sytuacje, gdy w ogóle nie wiem, o co zapytać. Bo czasem czuję, że coś jest nie tak, mam niepokój, ale nie umiem tego ująć w konkretne pytanie. Czy w takiej sytuacji w ogóle wyciągać runy, czy lepiej poczekać, aż pytanie się wyklaruje?
Wejdę z czymś trochę przewrotnym. Czasem najlepsze pytanie to żadne pytanie. Po prostu siadasz, otwierasz się i pozwalasz runie przyjść, bez formułowania niczego. To nie dla każdego i nie na każdą okazję, ale przy pewnym stażu pytanie potrafi przeszkadzać, zawężać. Cisza bez pytania bywa pojemniejsza niż najlepiej ułożone zdanie. Choć to już wyższa szkoła i nie zaczynałabym od tego.
Dorzucę praktyczną technikę, której używam. Zanim wyciągnę runę, przeczytam swoje pytanie i pytam siebie: „gdyby ktoś inny zadał mi to pytanie, czy umiałabym na nie sensownie odpowiedzieć słowami?". Jak nie umiałabym, bo pytanie za szerokie albo o cudze wnętrze, to znaczy, że runa też nie da rady. Pytanie, na które nie umie odpowiedzieć mądry człowiek, nie odpowie też runa. To prosty test gotowości pytania.
Test mądrego doradcy biorę i ja. Ale mam pytanie - czy to nie znaczy przypadkiem, że skoro mądry doradca umiałby odpowiedzieć, to runy są zbędne, bo sama mogłabym pomyśleć jak mądry doradca? Po co runa, skoro pytanie jest takie, że rozsądny człowiek by odpowiedział?
Wrócę do techniki, bo zrobiło się filozoficznie. Mam taki nawyk, że po sformułowaniu pytania, a przed wyciągnięciem, czekam chwilę i sprawdzam, czy pytanie mnie „uspokaja", czy „napina". Dobre pytanie daje poczucie, że oto zapytałem o właściwą rzecz, jest w tym ulga. Złe pytanie zostawia napięcie, czucie, że to jeszcze nie to. To cielesny sprawdzian, obok rozumowego testu Kunii. Ciało często wie, że pytanie jest krzywe, zanim rozum to nazwie.
Robi mi się z tego naprawdę bogaty obraz. Pytanie sprawdzam rozumem (test mądrego doradcy) i ciałem (czy siada czy wisi). Buduję je z kilku decyzji (typ, kierunek, pole, czas). Utrwalam głosem lub na papierze. I przerabiam, aż przestanie zgrzytać. To dużo więcej niż „pomyśl o pytaniu i ciągnij", od czego zaczynałam. Nie dziwota, że jako początkująca dostawałam mgłę.
Wejdę z konkretnym przykładem przeróbki złego pytania na dobre, bo Faddi lubi konkrety, a pewnie nie tylko on. Złe: „czy powinnam zerwać z partnerem". Po kolei - binarne, o przyszłość, naładowane, być może z gotową odpowiedzią. Przeróbka: „co w tej relacji służy mojemu rozwojowi, a co go hamuje". Otwarte, o teraz, o moje pole, bez gotowej odpowiedzi. To samo zmartwienie, zupełnie inny odczyt. Pierwsze da mgłę, drugie mapę.
Zbieram to wszystko i widzę, że dobre pytanie ma jeszcze jedną cechę, której wcześniej nie nazwaliśmy wprost - zostawia mi sprawczość. Niezależnie od typu, kierunku, pola, czasu, dobre pytanie zawsze pyta o coś, z czym ja mogę coś zrobić. Złe pytanie czyni mnie biernym odbiorcą wyroku. Dobre czyni mnie uczestnikiem. To chyba podsumowuje większość zasad - pytaj jak uczestnik, nie jak petent czekający na wyrok.
„Pytaj jak uczestnik, nie jak petent" zapisuję jako główną myśl całej rozmowy. Bo wszystkie moje dawne mętne pytania były petenckie - czekałam na wyrok losu zamiast pytać o swoją rolę. Ta jedna zmiana postawy chyba przerobi większość moich pytań sama z siebie, bez pamiętania o każdej osobnej zasadzie. Uczestnik, nie petent. Proste, a zmienia wszystko.
Czuję, że ta rozmowa dała mi więcej niż wszystkie poradniki o czytaniu run, jakie przerobiłem. Bo nikt w nich nie pisze o pytaniu, a okazuje się, że to ono przesądza o większości moich mętnych odczytów. Wchodziłem z poczuciem, że nie umiem czytać run. A nie umiałem pytać. To zupełnie inna diagnoza i daje mi nadzieję, bo pytania nauczyć się da, i to szybciej niż wieloletniego wczuwania się w znaczenia.
A propos tego, że na konkretach uczę się najlepiej - mam realne pytanie, z którym sobie nie radzę. Zastanawiam się nad przeprowadzką do innego miasta, bliżej rodziny. Jak byście to ujęli? Bo „czy się przeprowadzić" to binarne, czuję, ale nie umiem znaleźć dobrej wersji.
Zbieram to wszystko i widzę, że dobre pytanie ma jeszcze jedną cechę, której wcześniej nie nazwaliśmy wprost - zostawia mi sprawczość. Niezależnie od typu, kierunku, pola, czasu, dobre pytanie zawsze pyta o coś, z czym ja mogę coś zrobić. Złe pytanie czyni mnie biernym odbiorcą wyroku. Dobre czyni mnie uczestnikiem.
Wrócę do techniki, bo zrobiło się filozoficznie. Mam taki nawyk, że po sformułowaniu pytania, a przed wyciągnięciem, czekam chwilę i sprawdzam, czy pytanie mnie „uspokaja", czy „napina". Dobre pytanie daje poczucie, że oto zapytałem o właściwą rzecz, jest w tym ulga. Złe pytanie zostawia napięcie, czucie, że to jeszcze nie to. To cielesny sprawdzian, obok rozumowego testu Kunii.
Mam jeszcze jeden praktyczny dylemat, który mi się nasunął. Co, jeśli zadam dobre pytanie, a odpowiedź i tak jest niejasna? Bo zakładamy tu, że mętny odczyt to wina pytania. Ale chyba zdarza się, że pytanie jest dobre, a runa i tak wypada „niewyraźna" w stosunku do niego. Co wtedy?
To zamyka mi obraz całości. Dobre pytanie to nie tylko jak je sformułować, ale i gotowość przyjęcia każdej odpowiedzi, nawet „nie wiadomo", nawet niechcianej. Inaczej cała sztuka pytania jest na nic, bo i tak wycisnę z run swoje. Pytanie i gotowość słuchania to dwie strony tego samego. Najlepiej sformułowane pytanie jest puste, jeśli nie jestem gotowa przyjąć tego, co przyjdzie. To chyba najtrudniejsza część.
Po tej rozmowie inaczej będę siadał do run. Nie tylko z lepszym pytaniem, ale z inną postawą wobec całej tej pracy. Jako uczestnik, gotowy przyjąć każdą odpowiedź, świadomy, że jak pytam, tak żyję. To dużo więcej, niż przyszedłem tu szukać. Wchodziłem po przepis na pytanie o zmianę pracy, a wychodzę z czymś o tym, jak w ogóle stawać wobec własnego życia. Dziękuję, bo to nie było zwykłe forum.
Jako najmniej wprawna w tej rozmowie wynoszę z niej najwięcej chyba właśnie z tego ostatniego zwrotu - że pytanie do run to lustro tego, jak żyję. Bo to znaczy, że ucząc się pytać, uczę się czegoś o sobie, nie tylko o technice wróżby. To czyni całą tę naukę głębszą i ciekawszą, niż myślałam. Nie wkuwam techniki, tylko pracuję nad sobą przez runy. To zupełnie inna motywacja niż „nauczyć się wróżyć".
Zostawię na koniec jedno pytanie, którego nie ruszyliśmy, a wynika wprost z tego, do czego doszliśmy. Skoro sposób pytania jest lustrem sposobu życia, to co z osobami, które pytają w imieniu kogoś innego? Czyli wróżenie dla innych. Bo wtedy pytasz nie o swoje życie, lecz o cudze, i całe to „pytaj jak uczestnik" się komplikuje, bo nie jesteś uczestnikiem cudzej sprawy. Jak się formułuje pytanie, gdy wróżysz nie sobie? To chyba materiał na osobną, długą rozmowę.
