Zaczęłam ostatnio systematycznie notować, których kamieni używam podczas medytacji i przy jakich celach. Wyszło mi, że wracam głównie do ametystu i obsydianu, ale zastanawiam się, czy to kwestia przyzwyczajenia, czy naprawdę coś w tym jest. Ciekawi mnie, co wybierają inni praktycy - nie to, co 'powinno się' używać, ale co faktycznie ląduje w ich dłoniach podczas sesji.
U mnie zależy bardzo od tego, co chcę osiągnąć. Do głębokiej medytacji zawsze sięgam po labradoryt - ma coś w sobie, co wycisza ten wewnętrzny szum. Przy pracy z czakrami dobiera się kamień do konkretnego centrum, więc to wychodzi inaczej za każdym razem. Czego konkretnie szukasz w tej medytacji - spokoju, skupienia, czegoś innego?
Szczerze, zawsze byłam sceptyczna wobec tego, że konkretny kamień ma 'działać' inaczej niż efekt placebo. Ale ostatnio trafiłam na różaniec z rozy kwarcowej i siedziałam z nim podczas medytacji i coś było inaczej. Może to sugestia, może nie - ale interesuje mnie, jak wy odróżniacie faktyczne działanie kamienia od autosugestii?
Dodam coś z praktyki, bo widzę, że wątek zaczyna iść w filozofię. Kamienie do medytacji mają swoje tradycje przypisania - i nie jest to przypadkowe, tylko wynika z wieloletnich obserwacji praktyków. Ametyst od wieków do spokoju i jasności umysłu. Czarny turmalin jeśli ktoś ma problem z rozbieganiem myśli. Kamień księżycowy przy pracy nocnej lub z podświadomością. To nie są wymysły - to skumulowana wiedza. Ale Mistika słusznie zauważa, że świadomość tego co trzymasz w dłoni jest nieodłączna od efektu.
Mam pytanie, może trochę z innej strony. Zacząłem medytować stosunkowo niedawno i słyszałem, że kamień trzeba najpierw oczyścić i naładować, zanim go użyjesz. Czy to naprawdę ważne na początku, czy można po prostu wziąć kamień i zacząć? Bo mam lapit... lazuryt chyba, dostałem w prezencie i nie wiem, czy cokolwiek z nim robić przed pierwszym użyciem.
Do wątku o oczyszczaniu - uważam, że kwestia metody zależy też od kamienia. Hematyt i czarny turmalin oczyszczają się same i nie trzeba ich specjalnie ładować. Lazuryt jak już Kunegunda mówi - ostrożnie z wodą i solą bezpośrednio. Ale Gucio najprościej na początek: wyintencjonuj to po prostu. Trzymaj kamień, oddychaj głęboko i wyobraź sobie, że energia poprzedniego właściciela się rozprasza. To brzmi banalnie, ale działa jako podstawowe oczyszczenie.
Czytam ten wątek i wróciłam myślami do swoich początków z kamieniami. Przez długi czas wybierałam kamień 'głową', czyli czytałam opisy i brałam to, co teoretycznie pasuje. Potem ktoś mi powiedział, żeby po prostu stanąć przy kamieniach i poczuć, który 'przyciąga'. Brzmiało to dla mnie wtedy dziwnie, ale spróbowałam i nagle złapałam za sodalit, o którym w ogóle nie myślałam. I to był strzał w dziesiątkę na tamten etap pracy. Czy ktoś jeszcze ma podobne doświadczenie z 'wybieraniem' kamienia?
Ja mam taki zwyczaj że przy medytacji czakrowej dobieam kamień do koloru - ale to bardziej jako punkt wyjscia. Malachit do serca, lazuryt do gardła, ametyst do trzeciego oka. Ale zdarza mi się że biere coś zupłenie innego i potem rozumiem dlaczego - jakby ciało wiedziało. Ktoś tu wspominał o różanym kwarcu - czy wy czujecie żę jest bardziej delikatny w działaniu niż np. malachit przy pracy z czakrą serca?
Wróćmy na chwilę do pytania z początku wątku, bo mi chodzi po głowie coś innego. Kunegunda wspomniała, że notuje, których kamieni używa i do czego. Ja też to robię i zauważyłem ciekawe wzorce - są kamienie, do których wracam w określonych porach roku. Malachit jesienią, karneol latem. Zupełnie nieświadomie. Ktoś jeszcze ma takie sezonowe cykle?
To co pisze Wolchw o cyklach sezonowych to ma głębsze korzenie niż myślimy. W tradycjach słowiańskich praca z ziemią i kamieniami była ściśle powiązana z kołem roku. Kamienie były dobierane do pory - te z 'ciepłą' energią do okresu wzrostu, te z 'zimną' do okresu spoczynku i introspekcji. Nie mówię, że wszyscy muszą to tak interpretować, ale te intuicyjne powroty do konkretnych kamieni w konkretnych porach to nie przypadek.
Wracając do konkretów - bo właśnie przeglądam moje notatki. W ciągu ostatnich kilku miesięcy do medytacji używałam: ametystu najczęściej, potem obsydianu i lazurytu. Ale z tym jedzeniem... zaraz, czy ktoś wspominał coś o intencji w kontekście kamieni podczas medytacji? Bo mi właśnie przyszło do głowy coś ciekawego - czy kamień przyniesiony do medytacji z konkretną intencją działa inaczej niż ten sam kamień bez niej?
To ciekawe przejście. Właściwie mechanizm byłby podobny - jeśli kamień 'trzyma' intencję osoby, która go dotykała, to dlaczego jedzenie nie miałoby trzymać intencji osoby, która je przygotowywała? Pytam serio, bo nie wiem jak to rozdzielić teoretycznie.
Słucham tego i myślę - ale jak niby miałoby działać na odbiorcę? Tzn. jeśli ktoś gotuje z miłością, a ja zjem tę zupę nie wiedząc o tym, to co się ze mną dzieje? Bo jeśli nie wiem, to nie ma efektu placebo. I co wtedy?
Ja mam własną praktike i robiłam coś takiego - piekłam ciastka dla rodziny z konkretnym nastawieniem spokoju i łagodności. Nie mówiłam nic, obserwowałam. Wieczór był faktycznie spokojniejszy niż zwykle. Ale przyznam szczerze, że nie wiem czy to kamień duszy mojej rodziny, moje własne nastawienie które oddziaływało przez zachowanie, czy samo ciasto. Zmieninych jest za dużo.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale dla mnie to jest nowe - czy to się jakoś łączy z tym, co mówiliście o programowaniu kamieni? Bo jeśli dobrze rozumiem, to też wkładamy intencję w przedmiot, który potem ma działać na nas lub innych. To ta sama zasada, tylko inny nośnik?
Muszę tu wejść, bo mi to nie pasuje. Kamień programujemy świadomie, z konkretnym zamiarem, często w rytuale z odpowiednim kontekstem. A gotowanie - nawet jeśli robimy to 'z miłością' - to zazwyczaj nie jest rytuał, tylko czynność codzienna z mniej lub bardziej spokojnym nastawieniem. Nie sądzę, żeby te dwa procesy były porównywalne energetycznie. Intensywność zamiaru ma znaczenie.
Czytam i zastanawiam się nad czymś praktycznym. Jeśli ktoś chciałby zacząć gotować z intencją - nie jako rytuał, ale jako świadomą praktykę - to od czego zacząć? Czy wystarczy skupić się na jednej myśli podczas gotowania, czy trzeba coś więcej? Pytam bo to mnie realnie interesuje, nie filozoficznie.
A czy to nie jest po prostu forma afirmacji? Tzn. skupiasz się na czymś pozytywnym, to zmienia twoje nastawienie, a potem twoje zachowanie wpływa na otoczenie. Nie musisz zakładać żadnego mistycznego przeniesienia energii przez jedzenie, żeby wyjaśnić efekt.
Wracając do samych kamieni, bo trochę odpłynęliśmy - mam pytanie do tych, którzy medytują z kamieniami regularnie. Czy zauważacie różnicę między trzymaniem kamienia w dłoni a położeniem go na ciele, np. na czakrze? Bo z mojej praktyki to są dwa różne doświadczenia i ciekawi mnie, czy inni to rozróżniają.
Bogumil, mnie też interesuje to rozróżnienie. A co z kamieniami układanymi wokół ciała podczas medytacji leżącej? Bo słyszałam o układaniu siatek krystalicznych, ale nigdy nie próbowałam. Czy to działa inaczej niż jeden kamień na konkretnym miejscu?
A mogę zapytać - bo to dla mnie nowość - czy jak się układa siatkę, to wybiera się kamienie pod konkretny cel, czy pod jakiś ogólny 'nastrój' sesji? Bo nie rozumiem jak to działa, jeśli każdy kamień ma niby inne działanie, a razem mają robić jedno.
Wracając do pytania Bogumila sprzed chwili - trzymanie w dłoni kontra ułożenie na ciele - mam inne spostrzeżenie niż Eleonorkaa. U mnie trzymanie w dłoni działa mocniej przy kamieniach, które mają bardziej 'mentalne' działanie, jak fluoryt czy kyanit. Natomiast przy kamieniach ziemnych, typu obsydian albo hematyt, zdecydowanie czuję je mocniej leżąc z nimi na ciele, blisko podstawy. Czy ktoś ma podobne spostrzeżenie co do tej różnicy?
Słuchajcie, mam pytanie trochę z boku - jak w ogóle wiecie, co 'czujecie' od kamienia, a co sami sobie generujecie przez samo skupienie na nim? Serio pytam, bo kiedy medytuję z kamieniem i czuję ciepło w dłoni, nie wiem czy to kamień czy po prostu trzymam coś w zamkniętej ręce.
Właśnie to napięcie między doświadczeniem a wyjaśnieniem jest chyba sednem całej tej rozmowy - i w wątku kamieni, i wtedy gdy rozmawialiśmy o gotowaniu z intencją. Mam wrażenie, że część osób tu szuka potwierdzenia praktyki, a część chce zrozumieć mechanizm. I te dwa cele niekoniecznie idą w parze. Ale wracając do kamieni konkretnie - Otylka, czy przy siatce masz jakiś sposób na sprawdzenie, czy 'działa', czy nie? Coś poza subiektywnym odczuciem?
Szczera odpowiedź - nie ma obiektywnego sprawdzianu. Ale obserwuję konkretne rzeczy: jak głęboko wchodzę w medytację, czy myśli się wyciszają szybciej, czy sesja z siatką trwa dłużej zanim poczuję rozproszenie. To są rzeczy, które można notować. Nie dowód, ale wzorzec.
Czytam całą tą rozmowe i mam wrażenie ze za duzo filozofujemy. Kamienie albo działają na kogoś albo nie, i każdy to czuje inaczej. Ja np. nie czuje nic specjalnego przy ametyście, za to labradoryt działa na mnie mocno już po kilku minutach medytacji - głowa się wyciasza, naprawdę. Nie wiem dlaczego i jakoś mnie to nie niepokoi. Może zamiast szukac dowodów warto po prostu sprawdzic co działa na nas konkretnie?
Wracam do kamieni bo trochę odpłynęliśmy. Mistika, twoje pytanie o rozróżnienie odczuć jest ważne, ale jest jeden sprawdzian który stosuję od lat i który jest bliższy praktyce niż eksperymentowi - zmiana kamienia bez uprzedzenia siebie. Tzn. bierzesz kilka kamieni zawiniętych w materiał, wybierasz na ślepo i dopiero po sesji sprawdzasz co trzymałaś. Różnice, które wtedy czujesz, są trudniejsze do przypisania oczekiwaniu. Nie jest to idealne, ale wyniki bywają zaskakujące.
