Siedzę ostatnio nad tym tematem i naprawdę nie mogę dojść do ładu. Przy rytuałach oczyszczenia czy transformacji zawsze staje przede mną pytanie o liczbę świec - i nie mam na myśli tylko koloru czy zapachu, ale właśnie LICZBĘ. Numerologicznie każda z nich coś niesie. Trzy to trójca, dziewięć to zamknięcie cyklu, siódemka to duchowość... ale czy ktoś z was naprawdę dobiera liczbę świec świadomie, pod konkretną energię, którą chce przyciągnąć albo odpychać? Pytam też dlatego, że od jakiegoś czasu czuję bardzo silną potrzebę porzucenia starego "ja" - i zastanawiam się, czy liczba świec może ten proces wzmocnić albo go zablokować, jeśli zostanie dobrana źle. Jak wy do tego podchodzicie?
Dobra, ale zanim pójdziemy w konkretne liczby - co rozumiesz przez "zablokować"? Bo to ważne. Widziałem różne podejścia i część z nich traktuje złą liczbę świec jako coś, co po prostu nie wzmocni rytuału, a inne tradycje mówią wręcz o odwróceniu intencji. Które z tych opcji masz na myśli?
Mnie interesuje tu przede wszystkim kontekst liczby w stosunku do daty wykonania rytuału. Sama liczba świec to jedno, ale jeśli nie zsynchronizujesz jej z wibracyjną wartością dnia, możesz mieć dysonans. Na przykład jeśli dzień redukuje się do czwórki, a ty zapalasz dziewięć świec - te dwie energie idą w całkowicie różnych kierunkach. Czwórka to stabilizacja, budowanie fundamentu, a dziewięć to właśnie uwolnienie. Pytanie do autorki wątku - znasz swoją liczbę ścieżki życia? To może pomóc doprecyzować, ile świec naprawdę ci służy przy takim rytuale odrodzenia.
Ja podchodzę do tego troche inaczej. W moich doświdczeniach z duchami i energiami przestrzenii zauważyłem że liczba świec zmienia pole wibracyjne pomieszczenia fizycznie - tzn. możesz to wyczuć. Trzy świece to inna gęstość energii niż siedem. Nie twierdzę że numerologia jest nieprzydatna, ale czy ktoś brał to pod uwagę przy rytuale, a nie tylko liczył na papierze?
Dziewiątka jako zakończenie to jeden ze sposobów patrzenia. W tradycji, którą znam, dziewięć to też liczba wtajemniczenia - przejście, nie tylko zakończenie. Więc to "cięższe" poczucie może być właśnie tą bramą, a nie błędem. Zresztą pytanie jest głębsze - czy przy rytuale odrzucania starego siebie chodzi o zamknięcie, czy o transformację w trakcie? Bo to dwie różne intencje i dwie różne liczby.
To chyba nie jest tak, że jedna liczba pasuje do każdego rytuału transformacji, prawda? Każda osoba ma inną liczbę ścieżki i chyba to powinna być baza, od której się odchodzi, a nie jakieś universal ne wskazówki?
A czy ktoś próbował łączyć liczby? Tzn. np. palić trzy świece w pierwszej fazie rytuału, a potem dokładać kolejne do dziewięciu? Czytałam gdzieś że to wzmacnia przepływ energii, ale nie wiem czy to ma sens numerologicznie.
Czytam to wszystko i mam poczucie, że sama nie wiem od czego zacząć. Mam bardzo silne poczucie że muszę coś w sobie zakończyć, ale nie wiem jeszcze co dokładnie. Czy w takim wypadku w ogóle jest sens robić rytuał ze świecami, jeśli intencja nie jest precyzyjna? Czy lepiej najpierw poczekać aż to się wyklaruje?
To brzmi bardzo znajomo - to chodzenie w kółko to właśnie sygnał dziewiątki. Kończy się cykl, ale dopóki go świadomie nie zamkniesz, będziesz wracać do tego samego punktu. Rytuał z dziewięcioma świecami przy niejasnej jeszcze intencji może być właśnie sposobem na wyłonienie tej intencji, nie tylko jej wykonanie.
Ale czy to nie jest ryzykowne - robić rytuał bez sprecyzowanej intencji? Zakładam że jeśli nie wiesz co dokładnie chcesz zakończyć, to energia gdzieś odpływa, nie?
Tu jest kluczowa różnica między rytuałem intencji a rytuałem rozpoznania. Wiele osób miesza te dwa i potem nie rozumie, dlaczego nic się nie "uruchomiło". Najpierw musisz wiedzieć co niesiesz do rytuału.
Mnie ciekawi jeszcze jedno - czy w kontekście tego odradzania się, o którym Pelagiusza pisała na początku, macie poczucie że to jest coś cyklicznego? Tzn. czy chodzi o jeden konkretny cykl który się domyka, czy o wzorzec, który się powtarza i trzeba go w końcu przerwać? Bo to też chyba zmienia dobór.
Jedenascie swiec to już sporo fizycznie w jednym pomieszczeniu. Byłem przy rytuale gdzie paliło się tyle i to naprawde zmienia atmosfere - calkiem dosłownie, temperaturę, powietrze. Czy to ma znaczenie przy pracy z takimi liczbami czy to tylko efekt uboczny?
Czytam to wszystko i mam pytanko - czy jak sie robi rytuał samemu to tez powinno sie liczyc swoje urodziny do tej liczby swiec? czy to tylko dla rytuałow z kimś razem jest wazne?
I do czego doszłaś? Bo to jest właśnie ciekawe pytanie - czy szukasz jednej liczby jako sumy, czy jako punktu przecięcia tych cykli? To są dwie różne operacje.
Punkt przecięcia to ciekawszy kierunek niż suma. Suma to agregacja, a przecięcie to to, co te cykle mają wspólnego. Numerologicznie można zapytać: jaka jedna liczba pojawia się w każdym z tych cykli, albo co łączy ich daty? Czasem to jest ścieżka życia właśnie.
Jest w tym coś. Mała liczba świec daje koncentrację punktową, duża daje pole. Jeśli pracujesz z wieloma nakładającymi się rzeczami, pole może być ważniejsze na etapie rozpoznawania. Ale uwaga - pole bez centrum to też rozproszenie. Dlatego nie poleciłbym po prostu "dużo świec" bez ustrukturyzowania ich przestrzennie.
A jesli ktoś robi rytuał po raz pierszy i nie zna tych układow to lepiej zaczac od małej liczby swiec ustawionych po prostu przed soba? żeby nie namieszac?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam naiwne pytanie pewnie - skąd w ogóle pochodzi ta wiedza o liczbach świec? Tzn. czy jest jakaś tradycja, która to opisuje, czy to raczej coś co każdy wypracowuje sam?
To nie jest naiwne pytanie. Część pochodzi z tradycji - kabała, pitagorejska numerologia, różne szkoły magii ceremonialnej przypisywały liczby do konkretnych działań. Część to rzeczywiście indywidualna praktyka, która nawarstwiała się przez pokolenia praktyków. Trudno to rozdzielić.
I wracając do tego co Szaman powiedział o centrum w polu - bo to mi daje do myślenia. Jeśli mam kilka nakładających się cykli, może zamiast szukać jednej liczby, powinnam zbudować układ, który ma centrum i warstwy? Jedna świeca w środku jako rdzeń intencji, a wokół niej inne jako oznaczenie cykli?
Pelagiusza, to co opisujesz - centrum i warstwy - to właściwie klasyczny układ koncentryczny. Jedna świeca w środku jako oś intencji, a kolejne pierścienie odpowiadają kolejnym cyklom. Ale mam pytanie zanim to rozwinę: czy te cykle, które masz, są aktywne jednocześnie, czy raczej jeden kończy się w momencie, gdy drugi się zaczyna?
Nakładają się - jeden jest w fazie domykania, drugi dopiero nabiera tempa, trzeci jest gdzieś w połowie. Dlatego właśnie nie mogłam znaleźć jednej daty jako punktu wyjścia. To nie jest sekwencja, to raczej palimpsest.
Palimpsest to dobre słowo. I właśnie dlatego układ koncentryczny ma tu sens - każdy pierścień może odpowiadać innemu etapowi tego samego procesu, a nie innemu procesowi. Świeca centralna to ty jako obserwator wszystkich tych cykli naraz, nie żaden konkretny cykl.
Ja robiłam coś podobnego przy pracy z nakładającymi się relacjami i nauczyłam się boleśnie, że im więcej świec tym trudniej utrzymać spójność przez cały czas rytuału. Nie numerologicznie - dosłownie fizycznie i psychicznie. Czy ktoś ma granicę, której nie przekracza niezależnie od wyliczeń?
Testowałam trzy świece i siedem. Trójka jest dla mnie zbyt ostra, za bardzo skupia na jednym wątku, a mnie teraz potrzebne jest coś co ogarnie kilka naraz. Siódemka była bliższa, ale miałam wrażenie że czegoś brakuje - jakiegoś zakotwiczenia. Stąd pomysł Ismera o centrum mnie uderza, bo może siódemka plus jedna centralna to jest ta ósemka, której szukałam.
Ósemka to ciekawy kierunek, bo numerologicznie jest liczbą zamknięcia cykli i równowagi między tym co wewnętrzne i zewnętrzne. Jeśli masz kilka procesów jednocześnie i czujesz że jedno domyka się a inne nabiera tempa, ósemka może właśnie opisywać ten rodzaj przepływu. Ale chciałabym zapytać - kiedy testowałaś siódemkę i czułaś brak zakotwiczenia, to co konkretnie brakowało? Bo to może powiedzieć coś ważnego o tym, czym ta ósma świeca powinna być.
