Ostatnio coraz więcej czasu spędzam na medytacji w samotności i zaczęłam się zastanawiać, gdzie leży granica między zdrowym kontaktem z sobą a zwykłą ucieczką od ludzi. Bo z jednej strony czuję, że te sesje naprawdę mi dają - wchodzę głębiej, cisza jest inna niż ta przy ludziach. Z drugiej strony słyszałam kilka razy, że izolacja podczas pracy duchowej może być pułapką ego. I tu zaczął się mój dylemat. Szczególnie gdy chodzi o stawianie granic - kiedy mówię "nie" kolejnemu zaproszeniu, żeby pomedytować, to czuję się dobrze. Ale czy to rzeczywiście granica, czy tylko wymówka? Ktoś miał podobne rozterki?
To jest jedno z tych pytań, które pozornie mają prostą odpowiedź, a w praktyce potrafią człowieka kręcić w kółko latami. Sama przez długi czas myślałam, że im więcej samotności, tym głębiej. I tak jest - ale do pewnego momentu. Potem zaczyna się coś zupełnie innego i nie zawsze jest to postęp duchowy. Możesz powiedzieć więcej o tym, jak wyglądają te twoje sesje? Czy to jest regularna praktyka, czy raczej sięgasz po nią wtedy, gdy coś cię przytłacza?
Dokładnie to samo pytanie zadawałem sobie jakiś czas temu. I szczerze - nie znalazłem jednej odpowiedzi. Ale zauważyłem pewien wzorzec u siebie: gdy medytacja jest odpowiedzią na konkretne pytanie albo potrzebę wyciszenia, wychodzę z niej spokojniejszy i bardziej obecny dla innych. Gdy idę medytować, żeby uciec od rozmowy, którą powinienem przeprowadzić, to wychodzę z tego jeszcze bardziej zamknięty. Efekt zewnętrznie wygląda tak samo, ale środek jest inny.
To co opisujesz ma nawet swoją nazwę w tradycji hermetycznej - "świątynia wewnętrzna jako forteca". Problem w tym, że forteca może chronić albo więzić, zależy od tego, kto zamknął bramę i z której strony. Kabała mówi wprost, że Binah - zrozumienie, sefira kojarzona z granicą i strukturą - nie jest wartością samą w sobie. Granica ma sens tylko wtedy, gdy coś chroni, a nie gdy staje się celem. Wróćcie do podstawowego pytania: po sesji jesteście bardziej czy mniej gotowi na kontakt ze światem?
Ale jak ma się to do medytacji? Bo nie rozumiem - medytacja jest po to, żeby się wyciszyć, więc naturalne jest, że człowiek chce być sam. Czy to naprawdę jest jakiś problem? Ja jak medytuję, to po prostu nie mam siły na rozmowy i już.
Nie chcę wchodzić w filozofię, ale z własnego doświadczenia powiem tyle: przez jakiś czas medytowałem głównie dlatego, że nie chciało mi się rozmawiać z żoną o tym, co między nami nie grało. Byłem przekonany, że pracuję nad sobą. Ona widziała to inaczej. I w sumie miała rację. Pytanie do Judytki67 - czy osoby w twoim otoczeniu komentują twoje wycofanie, czy to bardziej twoje własne odczucie?
Przepraszam, że wchodzę, ale chciałam zapytać - czy są jakieś konkretne afirmacje, które pomagają mówić "nie" ale nie zamykają na ludzi? Bo ja mam odwrotny problem, wszystko tłumaczę i przepraszam i chciałabym to zmienić, ale boję się że przesadzę w drugą stronę jak tutaj opisują.
A ja nie do końca rozumiem jak to medytowanie ma pomagać w mówieniu nie. Ja jak mówię nie to po prostu mówię nie, bez żadnych ćwiczeń. Czy to wszystko nie jest trochę przekombinowane?
Właśnie wróciliśmy do sedna. Mnie chodzi dokładnie o to - czy moje "nie" na zaproszenia i kontakty społeczne pochodzi z tego spokojnego miejsca, o którym pisze Filomena, czy z miejsca, które potrzebuje się chronić za wszelką cenę. I szczerze, po tych wszystkich głosach tutaj, zaczynam podejrzewać, że to drugie. Bo spokojne "nie" nie potrzebuje medytacji jako tarczy.
To jest chyba najuczciwsza odpowiedź w tym wątku do tej pory. I myślę, że samo zadanie sobie tego pytania jest już jakimś krokiem. Ale mam jeszcze jedno do Judytki67 - czy widzisz różnicę między sesjami porannymi a tymi wieczornymi, o których wcześniej pisałaś? Bo wydaje mi się, że one mogą mieć zupełnie inną jakość.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie do bardziej doświadczonych - czy jest jakiś sposób, żeby podczas samej medytacji sprawdzić, czy jest się w kontakcie ze sobą czy w ucieczce? Jakiś sygnał wewnętrzny, na który można zwrócić uwagę? Bo z zewnątrz, jak tu widzę, może być trudno to ocenić.
To ma sens. Ale jak ktoś jest na początku drogi i nie wie jeszcze, czy jego opór jest selektywny czy globalny - bo po prostu nie ma z czym porównać - to jak ma to sprawdzić? Pytam serio, bo właśnie chyba jestem w tym miejscu.
Wracając do pytania Jacka73 sprzed kilku postów, które jakby zginęło - tak, widzę różnicę między porannymi a wieczornymi sesjami. Poranne są spokojniejsze, jakby bardziej moje. Wieczorne są intensywniejsze i często kończę je z poczuciem, że coś "rozwiązałam", ale nie wiem do końca co. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy ta różnica mówi coś o tym, skąd każda z tych sesji pochodzi.
No właśnie, bo ja też mam wrażenie, że jak coś za długo powtarzam, to zaczynam to mówić zupełnie bez myślenia. Jak liczenie owiec. Czy to nie jest ten sam problem co z medytacją z przyzwyczajenia?
Powiem coś z trochę innej strony, bo słucham tej rozmowy i widzę w niej coś, czego nikt jeszcze nie nazwał wprost. W astrologii mamy opozycję Merkury-Neptun jako jeden z sygnałów tendencji do rozmywania granicy między duchowością a dezorientacją. Neptun bardzo lubi ucieczkę pod pozorem poszukiwania. Nie twierdzę, że tak jest u Judytki67, ale ten wzorzec - głęboka praktyka czy dryfowanie - to jest klasyczny neptunowy dylemat. Warto by zobaczyć, co w transycie rządzi teraz w tej kwestii.
Ta "miękka rozmytość" - tak, to jest to słowo. I teraz zastanawiam się, czy moje wieczorne sesje nie kończą się właśnie tym, bo po nich jakoś łatwiej mi zgadzać się na rzeczy, na które nie chcę się zgadzać. Jakby granice miękły razem z umysłem. Czy to możliwe, że medutuję się dosłownie w stan mniejszej asertywności?
to jest naprawdę trafna obserwacja i nie chciałbym jej zbagatelizować. W kabale mamy pojęcie 'Daath' - punktu, który nie jest sefirotą, ale przejściem. Jeśli praca wewnętrzna rozpuszcza strukturę bez jednoczesnego wzmacniania centrum, możesz wchodzić w stany, gdzie ego jest zbyt rozmiękłe, żeby utrzymać granicę. To nie jest duchowy sukces, to brak zakorzenienia.
to jest naprawdę trafna obserwacja i nie chciałbym jej zbagatelizować. W kabale mamy pojęcie "Daath" - punktu, który nie jest sefirotą, ale przejściem. Jeśli praca wewnętrzna rozpuszcza strukturę bez jednoczesnego wzmacniania centrum, możesz wchodzić w stany, gdzie ego jest zbyt rozmiękłe, żeby utrzymać granicę. To nie jest duchowy sukces, to brak zakorzenienia.
Właśnie to samo miałam z moimi afirmacjami - wszystkie były o otwieraniu się, miłości, przepływie. I zastanawiam się teraz, czy nie zrobiłam sobie tym krzywdy, bo czułam się coraz bardziej otwarta, ale też coraz bardziej podatna na wszystko dookoła. Czy to ma sens, co mówię?
Słucham tego i zastanawiam się - czy to w ogóle jest kwestia afirmacji i medytacji, czy może po prostu niektórzy z nas mamy naturalną tendencję do ulegania i żadna praktyka tego nie zmienia, tylko rozluźnia hamulce? Nie mówię złośliwie, serio pytam.
Nie zrezygnowałbym od razu. Mnie pomogło konkretne zakotwiczenie przed i po - trzy bardzo świadome oddechy z myślą, że stoję tutaj, w tym ciele, w tej chwili. Brzmi banalnie, ale kiedy zacząłem to traktować poważnie, to moje sesje przestały być wejściem w mgłę. Tylko że pytanie do Judytki67 - czy twoja technika medytacyjna w ogóle zawiera jakiś element powrotu do ciała?
Ta luka ma swoją nazwę w tradycji hermetycznej - to brak zamknięcia kręgu. Otwierasz przestrzeń i nie zamykasz. W pracy rytualnej to błąd, który ma konkretne konsekwencje. W medytacji wygląda to subtelniej, ale mechanizm jest ten sam - zostawiasz coś otwartego i wychodzisz. Nie mówię, że to niebezpieczne, ale nieefektywne i właśnie to co opisujesz.
