To co Stachu opisuje to całkiem charakterystyczny moment. Na warsztatach prowadzący mówił że zazen sam 'ciągnie' kiedy praktyka się zakotwicza. Nie że musisz postanowić siedzieć dłużej, ale że sam koniec sesji przestaje być czymś na co czekasz.
Czyli ten timer o którym Reginka mówiła wcześniej - jak siedzę z timerem to czy to nie blokuje właśnie tego efektu o którym Cezary mówi? Bo timer mówi kiedy koniec, więc nie mam szansy żeby samemu poczuć że chcę siedzieć dłużej.
To jest taka rzecz której wcześniej nie rozumiałam - że praktyka zen ma jakieś etapy i to co jest dobre na początku, może przestać być dobre później. Myślałam że siada się zawsze tak samo. Czy w zen jest coś co wyraźnie oznacza że przeszłoś z jednego etapu do drugiego?
Ja to samo chciałam zapytać, szczególnie po tym co Cezary mówił o nauczycielu - bo jeśli nie masz kogoś kto cię obserwuje, to skąd wiesz że nie siedzisz 'źle' przez pół roku i nabierasz złych nawyków?
Szczerze, to jest realne ryzyko ale myślę że trochę przeceniamy wagę 'złych nawyków' na tym etapie. Większość błędów w postawie to kwestia fizyczna, a to można sprawdzić nawet z nagrania albo zdjęcia. Głębsze sprawy wymagają nauczyciela, tak, ale to przychodzi kiedy praktyka jest już stabilna.
A co rozumiesz przez stabilną praktykę? Że siada się codziennie od pewnego czasu, czy że coś się wewnętrznie stabilizuje? Bo to dwa różne kryteria chyba.
Dobre pytanie, bo mnie też to zastanawia. Ja siedzę regularnie ale nie wiem czy to znaczy że mam 'stabilną praktykę' czy tylko stabilny nawyk siedzenia. To chyba różnica.
To mi pomaga zrozumieć czego mam szukać. Nie w sesji, ale poza nią. Zaczynam myśleć że przez cały czas patrzyłam w złe miejsce oczekując jakiegoś efektu.
Ale czy ktoś miał moment że zaczął siedzieć i przez kilka tygodni było tylko gorzej? Że byłem bardziej rozdrażniony niż przed medytacją? U mnie tak było na początku i trochę się tym niepokoiłem.
Czyli takie wyjście szumu na wierzch? To brzmi trochę niepokojąco szczerze mówiąc. Jak długo to trwa zanim się uspokoi?
U mnie trwało jakieś dwa-trzy tygodnie takiego wzmożonego hałasu w głowie, a potem zaczęło opadać. Ale nie wiem czy to jest reguła czy tylko moje doświadczenie. Stachu, jak długo u ciebie to trwało?
Podobnie, może miesiąc. A potem właśnie ten efekt o którym Reginka mówiła z tym nie reagowaniem od razu. Miło wiedzieć że to nie byłem tylko ja.
A jeśli ten hałas nie opada, to znaczy że coś jest nie tak z techniką, czy że trzeba po prostu dłużej czekać? Pytam bo nie chcę siedzieć pół roku i robić czegoś źle.
Mnie to pytanie Jaspisowej dotyka czegoś ważnego. W zen nie ma chyba prostego wskaźnika. Ale jedno kryterium które dawał prowadzący na warsztatach: jeśli możesz wracać uwagą do siedzenia mimo hałasu w głowie, to jest szum. Jeśli nie możesz w ogóle usiedzieć i masz impuls żeby uciec z poduszki - to coś innego.
Ten impuls żeby uciec z poduszki - ja to mam prawie na każdej sesji na początku i myślałam że jestem za niecierpliwa. Czy to jest ten zły niepokój o którym piszecie czy po prostu niechęć do siedzenia w bezruchu?
To co Stachu pisze bardzo mi pomaga, bo ja też cały czas szukam jakiegoś potwierdzenia że idę w dobrą stronę. A może właśnie to szukanie potwierdzenia jest tym co przeszkadza? Czy ktoś to też tak odczuwał?
Ja tak miałam zdecydowanie. Siedziałam i w połowie sesji zaczynałam oceniać czy ta sesja jest dobra. Co samo w sobie chyba niszczy sesję, bo głowa jest wtedy zajęta ocenianiem zamiast siedzeniem.
A jak się 'odpuszcza' myśl o ocenianiu sesji? Bo mi się zdaje że jak zauważam że oceniam, to zaczyna mi się robić pętla - oceniam że oceniam, potem zauważam że oceniam ocenianie...
Baska, ta pętla jest klasyczna i chyba każdy przez nią przechodzi. Odpowiedź którą dostałem: nie trzeba rozwiązywać pętli. Wystarczy zauważyć że siedzisz i wrócić do postawy, oddechu, tego co jest fizyczne i dostępne. Pętla wtedy nie znika, ale traci energię.
To 'co jest fizyczne i dostępne' - w zazen to jest oddech, tak? Czy jest coś jeszcze? Bo czytałam że w zazen nie skupia się na oddechu tak jak w vipassanie.
Czyli postawa sama w sobie jest jakimś rodzajem kotwicy? Nie pomyślałam o tym w ten sposób. Że siedzenie wyprostowane to nie jest tylko warunek techniczny ale coś co działa w praktyce?
Wchodzę w temat bo coś mnie tu zatrzymało. Mówicie o postawie jako kotwicy - ale jeśli ktoś ma problem z kręgosłupem i nie może siedzieć wyprostowany przez dłużej niż kilka minut, to ta praktyka w ogóle jest możliwa? Pytam serio bo mam taki problem.
To bardzo konkretne pytanie i nie powiem ci że mam pewną odpowiedź, bo nie mam. Wiem że są nauczyciele zen którzy pracują z uczniami na krzesłach i że postawa 'idealna' z filmów to ideał, nie wymóg. Ale czy zazen na krześle przy bólu kręgosłupa działa tak samo - tego nie wiem.
Właśnie miałam napisać podobne pytanie do Hydromanta, bo też mam problemy z siedzeniem. Ale to co Stachu mówi o tym żeby uwaga nie szła cała w ból - to brzmi logicznie. Czyli krzesło nie dyskwalifikuje?
Mnie bardziej zastanawia jak długo ta rozmowa trwa i jak daleko odbiegliśmy od tego co chyba miało być podstawami dla Cezarego na początku. Hydromanta, krzesło jest okej, ale może wróćmy do tego kiedy naprawdę zaczyna się zazen - czy w ogóle jest moment startu, czy to po prostu siada się i tyle?
Baska, to ciekawe pytanie bo sam się zastanawiam nad tym momentem startu. Znaczy - siadam, ustawiam się, co dalej? Czy po prostu... nic nie robię? Bo to brzmi prosto ale w praktyce nie wiem od czego zacząć każdą sesję.
To pytanie wraca właśnie do podstaw i dobrze że wróciło. Nie ma rytuału startowego w zen, nie ma manry którą zaczynasz, nie ma wizualizacji którą włączasz. Siadasz, ustawiasz postawę, oczy na podłogę przed sobą, i tyle. Reszta się dzieje sama - albo nie dzieje i to też jest w porządku.
