Mam wrażenie że ta rozmowa o technikach jest okej, ale pomijamy coś ważnego. Vipassana to nie jest tylko technika relaksacyjna. To jest ścieżka wyzwolenia z tradycji therawady. Czy ktoś tutaj podchodzi do tego od tej strony, czy wszyscy traktują to głównie jako stres management?
Ciekawy punkt Norberta, bo ja jak zaczynałem, to naprawdę szedłem po to żeby lepiej funkcjonować. A po kilku kursach zaczęło mi zależeć na czymś co trudno nazwać. Nie wiem czy to therawada, ale to nie jest już tylko relaks. Więc może ta granica jest płynna?
To co Kajus pisze mnie bardzo uderzyło. Ja prowadzę dziennik od kilku miesięcy i widzę coś podobnego, ale u siebie opisałam to jako 'mniej lepkość sytuacji'. Rzeczy się dzieją i trochę szybciej odpuszczam. Ale nie wiem czy to vipassana czy po prostu czas.
To jest właśnie trudność z oceną efektów medytacji - nie da się łatwo oddzielić co zrobiła praktyka a co po prostu dojrzewanie czy zmieniające się okoliczności. Dlatego trochę sceptycznie podchodzę do bardzo konkretnych deklaracji o tym co vipassana 'robi'.
Ale to co Latawica opisuje z dziennikiem - czy to jest coś co widać po kilku tygodniach czy dopiero po miesiącach? Bo ja jestem niecierpliwa i trochę brakuje mi jakiegoś punktu odniesienia.
Codziennie, zazwyczaj rano, od 20 do 40 minut. Ale nie było tak że każdego dnia bez przerwy - były tygodnie słabsze. Myślę że regularność robi więcej niż długość sesji, przynajmniej na początku.
Dobra, to mam pytanie trochę z innej strony. Czy ktoś próbował vipassany bez kursu, tylko z materiałów online albo książki? Pytam bo 10-dniowy kurs to dla mnie logistycznie niemożliwe teraz, a chcę wiedzieć czy da się zacząć sensownie bez tego.
Trochę gubię się w tej debacie. Rozumiem że jest różnica między 'tradycyjną vipassaną' a 'medytacją inspirowaną vipassaną'. Ale czy dla kogoś kto dopiero zaczyna i chce po prostu sprawdzić jak to jest - to ma znaczenie? Czyli czy powinnam iść na kurs zanim w ogóle spróbuję?
Ja właśnie to mam - po kilku minutach chce mi się uciekać. Znaczy nie fizycznie, ale myśli się tak kłębią że to jest dyskomfort. Czy to mija samo czy trzeba z tym jakoś pracować?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i zastanawiam się nad jednym. Dużo mówicie o tym co czujecie podczas praktyki, ale mało o tym co dzieje się po. Ja mam wrażenie że u mnie najciekawsze rzeczy dzieją się nie na poduszce, tylko w ciągu dnia. Czy ktoś to obserwuje?
I tu wracamy do tego co mówiłam wcześniej o trudności oceny efektów. Latawica, piszesz 'korelacja jest' - ale czy wiesz że to nie jest też po prostu to że przez te miesiące zmieniłaś inne rzeczy w życiu? Sypiasz lepiej, mniej pijesz kawy, cokolwiek innego?
Właśnie dlatego ja nigdy nie mogłem przekonać się do medytacji - nie ma jak sprawdzić czy działa. Skąd wiadomo że to nie jest efekt placebo albo po prostu że dobrze zaśpisz tej nocy? Czy ktoś ma jakiś sposób żeby to odróżnić?
Ja zrobiłem dłuższą przerwę po kilku miesiącach praktyki. Nie z wyboru, tylko życie się posypało i nie miałem głowy. Mogę powiedzieć tyle - nie czułem fizycznego 'odstawienia', ale miałem wrażenie że coś brakuje. Trudno mi powiedzieć czy to uzależnienie od praktyki, czy po prostu zauważyłem że bez niej gorzej mi się śpi.
A ja mam głupie pytanie, bo jeszcze nie jestem na etapie żeby mówić o przerwach - jak wy w ogóle wiedzieliście że już 'jesteście w' vipassanie, a nie tylko siedzicie i oddychacie? Znaczy skąd ten moment że okej, to już jest ta technika?
To ciekawe co pisze Norbert bo ja przez długi czas myślałam że muszę oceniać co czuję - czy to prawdziwe, czy ważne, czy właściwe. A potem gdzieś w połowie pierwszego kursu do mnie dotarło że to ocenianie jest właśnie tym co technika próbuje zawiesić. Nie wiem czy to był przełom, ale po tym inaczej siedziałam.
A skąd wiadomo kiedy wrócić do oddechu? Znaczy jak długo można 'obserwować' myśl zanim to staje się odpływaniem w nią? Bo ja chyba za późno łapię że już dawno przestałam obserwować a zaczęłam myśleć.
Dobra, słucham was i mam takie wrażenie że vipassana to bardziej uczenie się pewnego rodzaju uwagi niż konkretna technika oddechowa. Czy dobrze rozumiem? Bo to zmienia jak na to patrzę.
Wracając do tego co Trzygłow.x mówił o koszcie czasu - ja to rozumiem i nie chcę tego zbywać. Ale miałam taki moment gdy zrozumiałam że czas który 'poświęcam' na medytację nie jest stracony, bo to co z niej wynoszę zostaje przez resztę dnia. Nie mówię że to kalkulacja zero-jedynkowa, ale dla mnie się zbilansowało.
A ja mam inne pytanie do całej tej rozmowy o sprawdzaniu efektów - ile czasu zajmuje zanim w ogóle jest co sprawdzać? Bo siedzę przy vipassanie może trzy tygodnie i szczerze nie mam pojęcia czy robię postęp, czy nie. Jak długo czekaliście na jakiś sygnał?
Wracając do pytania Sybilli - ja myślę że pytanie 'czy robię postęp' jest samo w sobie pułapką vipassany. Bo jeśli siedzisz i sprawdzasz czy już coś masz, to twój umysł jest nakierowany na wynik, a nie na obserwację. I paradoksalnie to może spowalniać właśnie to czego szukasz.
Szczerze? Ja też przez długi czas miałem problem z tym pytaniem. To co mi w końcu pomogło to przeniesienie uwagi z 'czy medytuję dobrze' na 'czy medytuję'. Prosty shift, ale dużo zmienia. Dobrze czy nie - to oceni się samo z czasem.
A mnie ciekawi coś innego - czy ktoś miał momenty podczas vipassany kiedy się zwyczajnie przestraszył tego co poczuł? Nie mówię o doświadczeniu mistycznym, tylko o takim czystym 'hej, coś tu jest nie tak'. Pytam bo ostatnio coś takiego miałam i nie wiem czy to normalne.
To co opisuje Glicynia to dosyć znane zjawisko - niektórzy nazywają to dezintegracją ego, inni po prostu rozluźnieniem granic ciała. Nie jest niebezpieczne, ale rozumiem że może być nieprzyjemne. Polecam przy pierwszych razach mieć jakiś 'kotwiczny' gest - np. mocne położenie dłoni na kolanach.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś. Vipassana jest bardzo konkretną tradycją buddyjską z dość określoną metodyką. Część z was opisuje doświadczenia które pasują do tej tradycji, część chyba robi coś własnego. Czy w ogóle rozróżniacie te dwie rzeczy, czy to dla was nie ma znaczenia?
No właśnie, i to mnie trochę niepokoi w tej dyskusji. Rozumiem że każdy adaptuje praktykę pod siebie, ale vipassana to nie jest woreczek z różnymi technikami do wymieszania. Jeśli ktoś siedzi w ciszy i obserwuje oddech, to może robić coś pożytecznego, ale niekoniecznie vipassanę. Pranava, czy na kursie Goenki mówili wprost co to wyklucza z tej tradycji?
Chwila, to znaczy że przez te trzy tygodnie mogłam robić coś zupełnie innego niż myślałam i nikt mnie nie poprawił? Jak w ogóle mam teraz sprawdzić co właściwie robię?
No ale to nie jest takie proste jak 'aplikacja = zła, kurs = dobry'. Pytanie co konkretnie robisz podczas siedzenia. Czy skupiasz się na oddechu przez całą sesję, czy przechodzisz uwagą przez ciało? To drugie jest już bliżej vipassany, niezależnie skąd wzięłaś instrukcję.
