Wracam do mojego pytania sprzed kilku postów - czy ktoś odpowie mi wprost: to co czułam, to powód żeby kontynuować czy żeby zrobić przerwę? Bo ta dyskusja o technikach jest ciekawa ale trochę mnie zostawia bez odpowiedzi na moje konkretne doświadczenie.
Ciekawi mnie jedno - ile z was miało to doświadczenie rozmycia granic ciała przed poznaniem nazwy albo opisu tego zjawiska? Pytam dlatego że zastanawiam się czy nie jest tak że po przeczytaniu o tym zaczyna się to 'widzieć' podczas sesji.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i zastanawiam się - czy ktoś łączył vipassanę z innymi praktykami? Nie pytam żeby mieszać tradycje, tylko czy np. planety czy pory roku jakoś wpływają na głębokość sesji. Mnie wydaje się że sesje przy pełni wychodzą inaczej, ale może to też sugestia o której mówiła Eufemka.
To jest ciekawy wątek ale trochę odległy od tego co tu omawiamy. Vipassana jako tradycja buddyjska raczej nie uwzględnia cykli planetarnych. Melanijka, co konkretnie różni te sesje przy pełni - masz jakieś konkretne obserwacje czy to bardziej ogólne wrażenie?
Wracając do pytania Iwetki o granicę między vipassaną a 'własną wersją' - mam takie poczucie że to rozróżnienie jest ważne na papierze ale w praktyce większość ludzi i tak dochodzi do własnej adaptacji po kilku latach. Czy to jest problem czy naturalny efekt długiej praktyki?
Dobra, to teraz mam realne pytanie praktyczne: skoro mogę siedzieć z aplikacją i robić coś użytecznego, ale niekoniecznie vipassanę, to czy ktoś tu poleciłby coś konkretnego dla osoby która dopiero zaczyna? Nie muszę od razu jechać na dziesięciodniowy kurs, ale chciałabym przynajmniej wiedzieć co robię.
Myślę że to rozróżnienie między intencją a efektem jest ważne praktycznie, nie tylko filozoficznie. Jeśli oczekujesz relaksacji i zamiast tego dostaniesz bardzo intensywne doświadczenia - a vipassana potrafi to zrobić - możesz być totalnie nieprzygotowany. Sybilla, czy miałaś już jakieś trudniejsze momenty podczas tych sesji z aplikacji?
Ja za to miałam te trudne momenty o których Pranava mówi i powiem wam - dobra że tu zapytałam zanim zaczęłam szukać kolejnych technik. Te rozmycia granic ciała nadal mnie niepokoją trochę, nawet po tym co napisał Tojadek. Czy to całkowicie mija z czasem praktyki czy zostaje?
To ciekawe pytanie Norberta, bo ja próbowałam to analizować z perspektywy regularności. Prowadziłam przez kilka miesięcy notatki po sesjach i wyraźnie widać było że intensywność pewnych doświadczeń maleje po pewnym czasie, ale potem wraca przy zmianie techniki albo po przerwie. Co sugeruje że to nie jest tylko przyzwyczajenie. Ale to moje obserwacje, nie żadna reguła.
Czas powrotu nie mierzysz chronometrem, to bardziej subiektywna ocena po sesji. 'Wracałam szybko' albo 'długo błądziłam'. Ale wracając do wątku - Glicynia pytała o to czy jej doświadczenia to sygnał do kontynuacji czy pauzy i nadal nie ma sensownej odpowiedzi poza tym co napisał Tojadek.
Ja nigdy nie trafiłam na nauczyciela vipassany którego by mi polecono, ale za to miałam kilka sesji z osobą prowadzącą medytacje prowadzone w tradycji zen i to dało mi zaskakująco dużo, mimo że to nie ta sama tradycja. Zastanawiam się czy kontakt z żywym nauczycielem jest ważniejszy niż zgodność tradycji.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie z innej strony - czy nie jest tak że cała ta dyskusja o 'właściwej technice' i 'właściwym nauczycielu' trochę odwodzi od samej praktyki? Znaczy mam wrażenie że można nieskończenie analizować metodę zamiast po prostu siedzieć i obserwować. Czy ktoś ma podobne odczucie?
okej, przyjmuję to rozróżnienie. Ale mam wrażenie że gdzieś w środku tej rozmowy zgubiło się pytanie o samą technikę vipassany. Jak wy w ogóle zaczęliście - od książki, kursu, nagrania?
Słucham tego i zastanawiam się - czy te intensywne doświadczenia na kursie Goenki to jest norma, czy zależy od osoby? Bo moje drobne odczucia przy krótkich sesjach w domu to brzmi jak zupełnie inna skala.
Wiem z relacji osoby którą znam że wyszła czwartego dnia. Powiedziała że po prostu nie była gotowa i nie ma w tym nic wstydliwego. Nauczyciele nie zatrzymywali jej, powiedzieli że może wrócić kiedy poczuje że czas. Wróciła po dwóch latach i skończyła.
To 'dotknięcie czegoś czego nie umiem udźwignąć' to bardzo ciekawy opis. W vipassanie mówi się o sankharach - głębokich uwarunkowaniach - które w intensywnej praktyce mogą zacząć 'wychodzić'. Pytanie czy to jest gotowość do pracy z nimi czy powód do zatrzymania się - i to jest chyba właśnie ta decyzja której nikt za ciebie nie podejmie.
Czytam to i mam takie naiwne może pytanie - czy w takim razie vipassana na początku jest bezpieczna dla osoby zupełnie zwykłej, bez żadnych traum i bez szczególnych celów duchowych? Bo z tej rozmowy zaczynam mieć wrażenie że to jest coś bardzo poważnego.
Więc wychodzi na to że jest różnica między 'vipassaną w domu z nagraniem' a 'kursem Goenki' która jest tak duża że to właściwie różne doświadczenia? Pytam serio, bo zacząłem traktować to jako jedno.
Wchodzę w ten wątek bo akurat przeszłam kurs Goenki jakiś czas temu i mogę powiedzieć że to porównanie Kajusa jest trafne. Chciałabym dodać że wbrew pozorom nie trzeba mieć żadnego duchowego przygotowania żeby pojechać - ale warto wiedzieć po co się jedzie, bo bez tego można się pogubić w oczekiwaniach.
Wiedziałam że jadę po spokój - brzmi banalnie, ale byłam po prostu zmęczona własną głową. I tak, zaskoczyło mnie coś zupełnie innego. Spodziewałam się ciszy i odpoczynku, a dostałam coś w rodzaju konfrontacji ze sobą. Nie nieprzyjemnej, ale... intensywnej. Cisza zewnętrzna zrobiła to co robi - zmusiła wewnętrze do mówienia pełnym głosem.
To co opisuje Baska_T jest bardzo zbliżone do klasycznego opisu pracy z sankharami - nie chodzi o wywoływanie ani kontrolowanie, tylko o samo siedzenie i obserwowanie co się pojawia. Pytanie które mam do was obu - czy macie poczucie że to co 'wyszło' na kursie zostało jakoś przepracowane, czy raczej zostało tylko ujawnione?
Słucham was i mam takie poczucie że mówimy o vipassanie jakby była trochę jak zabieg - coś wychodzi, coś zostaje ujawnione, potem trzeba przepracować. Czy to jest właśnie ta różnica między medytacją jako relaksem a medytacją jako pracą nad sobą? Bo mam wrażenie że zaczęłam rozumieć że to nie jest to samo.
