Ja mam takie pytanie do całego wątku właściwie - czy medytacja na przebaczenie działa też na przebaczenie sobie za to co się zrobiło komuś innemu? Bo ta rozmowa idzie głównie w stronę kiedy my jesteśmy skrzywdzeni, a ja mam chyba odwrotną sytuację i trochę mi wstyd to tu napisać ale spróbuję.
To rozróżnienie sumienie-blokada jest dla mnie nowe i bardzo celne. Ale mam pytanie do Domiceli albo Kornelii - czy jeśli mam ten opór wobec przebaczenia sobie, to tę samą medytację mogę stosować? Czy trzeba czegoś innego?
To co Kornelia pisze o 'zejściu niżej' - czy to jest jakaś konkretna technika czy raczej intuicyjne dostosowanie? Bo próbuję sobie wyobrazi jak bym to sama robiła i nie wiem czy to nie bedzie takie... kombinowanie w trakcie, zamiast medytacji.
Chcę dodać do tego co Kornelia mówi - z perspektywy energetycznej, kiedy jest ten silny opór wobec przebaczenia sobie, czakra splotu słonecznego często pracuje na wysokich obrotach. Wina i wstyd to jej obszar. Nie twierdzę że trzeba to diagnozować, ale jeśli ktoś czuje ścisk w okolicach żołądka przy tej pracy, to nie jest przypadek.
Ja słucham tego wątku o winie i oporze i myślę - czy to nie jest tak, że ten opór wobec przebaczenia sobie to czasem taka ukryta forma karania siebie? Że człowiek myśli że jak się będzie czuł źle wystarczająco długo, to jakby odpokutuje? Domicela, czy spotkałaś się z tym w tej pracy?
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony to wszystko brzmi logicznie, ale z drugiej - czy to nie jest trochę za łatwe? Znaczy... jest coś takiego jak konsekwencje tego co się komuś zrobiło i wydaje mi się że to powinno boleć. Może nie wiecznie, ale jakiś czas przynajmniej.
Ja mogę odpowiedzieć na to pytanie Pytonissy z własnego doświadczenia bo sie dopytywalem wczesniej o te lokalizacje. U mnie zablokowana energia to był ścisk - dosłownie fizyczny, w okolicach żołądka albo klatki. Przez długi czas nie kojarzyłem tego z emocjami w ogóle, myślałem że mam problem żołądkowy 🙂 Dopiero tu na forum zacząłem to łączyć.
Wracając do pytania Rokity o medytację gdy zewnętrzne zamknięcie jest niemożliwe - z mojego doświadczenia właśnie w takich przypadkach Ho'oponopono działa najlepiej, bo nie wymaga udziału drugiej strony. Cała praca odbywa się w tobie. Słyszałam kiedyś takie ujęcie że nie chodzi o to żeby tamta osoba wiedziała że ją przepraszasz, tylko żeby ty mógł z tym żyć. Czy Rokita, próbowałeś w ogóle Ho'oponopono kierowanego do siebie jako sprawcy?
To co Kornelia pisze o wyobrażaniu sobie siebie z tamtego czasu - to mnie bardzo uderzyło. Bo ja mam takie poczucie że ten 'ja z przeszłości' to już trochę inna osoba. I nie wiem czy to znaczy że łatwiej mi będzie mu przebaczyć, czy to jest taka wymówka żeby nie brać odpowiedzialności. Ktoś miał coś takiego?
Chce sie zapytac o jedna rzecz bo trochę zgubiłam sie w tym watku - czy ta medytacja o której mowicie na poczatku, ta z mettą i przebaczeniem dla siebie jako sprawcy, to jest ta sama technika co dla siebie jako osoby skrzywdzonej? Bo wydaje mi sie ze to sa jednak dwa rozne procesy emocjonalne i nie wiem czy jedna medytacja obsługuje oba.
To co Domicela powiedziała o sprawdzianie z cofaniem czasu - to mnie zatrzymało. Bo jak się zastanowiłam szczerze... to nie jestem pewna czy cofnęłabym. I teraz się zastanawiam czy to znaczy że nie jestem gotowa na przebaczenie sobie, czy że po prostu tamta sytuacja była bardziej skomplikowana niż myślę.
Hej, mam inne pytanie do tego wątku bo troche sie zgubiłem. Czy ta medytacja na przebaczenie sobie jako sprawcy - ona ma jakiś konkretny 'efekt końcowy' który powinniśmy poczuć? Bo czytam i zastanawiam sie jak w ogole wiadomo ze 'sie udało'.
To co Zdzichu pyta to ja też się zastanawiałam. Bo jak zaczynam siedzieć z czymś trudnym, to nie wiem czy to jest 'praca' czy po prostu kręcenie się w kółko i rozpamiętywanie. Skąd ta różnica?
To pytanie o różnicę między pracą a rozpamiętywaniem pojawia się bardzo często i myślę że to jeden z kluczowych tematów przy tej medytacji. Uproszczony wyznacznik: rozpamiętywanie idzie poziomo - w kółko po tych samych torach, bez zmiany perspektywy. Praca idzie w głąb - boli inaczej, odkrywa coś czego wcześniej nie widziałaś. Halinka, czy w twoim przypadku po tych sesjach coś się choć trochę przesuwa, czy jesteś w tym samym miejscu co przed?
Właściwie mam pytanie które mnie trochę nurtuje od jakiegoś czasu w tym wątku. Dużo mówimy o przebaczeniu sobie jako sprawcy - ale co jeśli ktoś jest jednocześnie sprawcą i ofiarą tej samej sytuacji? Znaczy... zrobił komuś coś złego, ale sam też był w tamtym czasie w bardzo złym miejscu po czymś trudnym. Jak to się wtedy ułożyć?
Wracając do swojego pytania wcześniej - teraz po tym co napisała Domicela myślę że u mnie to jednak 'sytuacja była złożona'. Ale teraz mam inne pytanie: czy w tej medytacji jest miejsce na to żeby poczuć złość na siebie, czy ona powinna być od razu spokojną, łagodną praktyką?
Kornelia ma rację - złość na siebie to często pierwsza warstwa i przerabianie jej na siłę w spokój nie działa. Ja bym powiedziała: zacznij od uznania złości, nie od próby jej wyeliminowania. Mantrę metty możesz mówić nawet kiedy czujesz opór - ona nie wymaga żebyś w nią wierzyła od razu. Opór to też dane, nie przeszkoda.
Mam pytanko - czy ktos probowal laczyc te meditacje z jakims kamieniem albo czymś co trzyma w reku? Bo slyszalam ze ametyst pomaga przy emocjach i zastanawiam sie czy to by mialo sens przy tej konkretnej praktyce czy nie ma znaczenia.
Mam jeszcze jedno pytanie do Domiceli, bo jakoś nie daje mi spokoju. Mówiłaś wcześniej o różnicy między poczuciem winy jako sygnałem a jako więzieniem. Czy jest jakiś moment w tej medytacji gdzie konkretnie można rozpoznać że poczucie winy zaczyna przechodzić w to drugie? Bo z zewnątrz trudno to ocenić.
Dobre pytanie i dobrze że wróciłaś do niego, bo mi umknęło. To nie jest jeden moment - zazwyczaj jest to seria małych przesunięć. Pierwsze co zauważam u siebie i u innych to że myśl o danej sytuacji przestaje automatycznie wywoływać skurcz w klatce piersiowej. Nadal pamiętasz, nadal wiesz że to się stało, ale ciało nie reaguje już alarmem. To może być pierwszy sygnał że coś się zmienia. A czy ty masz jakiś fizyczny objaw kiedy wracasz do tej sprawy którą przepracowujesz?
Tak, właśnie ten skurcz o którym mówisz - u mnie to jest coś w okolicach gardła. Jakby się coś zaciskało jak tylko zaczęłam siedzieć z tą medytacją przy trudniejszych rzeczach. Nie wiedziałam że to normalne, myślałam że robię coś nie tak.
A czy to zaciskanie w gardle przy medytacji powinno z czasem ustępować samo, czy trzeba coś z tym zrobić aktywnie? Bo ja jak czuję taki dyskomfort to automatycznie przerywam i nie wiem czy to błąd.
To co Iwetka mówi o krótszych sesjach trafia do mnie. Bo ja jak siadam z nastawieniem że muszę przepracować całą sprawę za jednym razem, to w ogóle nie mogę zacząć. Czuję się przytłoczona jeszcze przed. Może właśnie o to chodzi żeby nie robić tego hurtem?
Hej, a jak to sie ma do tej mantry mety? Bo rozumiem ze krotkie sesje sa ok, ale czy mozna w ogole cos poczuc jesli na przyklad mam tylko dziesiec minut i przez polowe tego muszę sie skupiac na oddechu zanim dotrę do meritum? Szczerze mam wrażenie ze jak zaczynam to już koniec czasu.
Ja też tak myślałem że to dwa oddzielne etapy i szczerze mówiąc dopiero z tego wątku zrozumiałem że nie. Domicela, mam jeszcze jedno pytanie bo wróciłem do twojego wcześniejszego posta o kontekście i odpowiedzialności. Powiedziałaś że do przebaczenia sobie potrzebuję obu naraz - i czy to znaczy że jak jeszcze nie rozumiem w pełni kontekstu, to nie powinienem jeszcze zaczynać tej medytacji? Czy można zacząć i rozumienie przychodzi w trakcie?
Mam tu pewien sceptycyzm. Czy nie ma ryzyka że ktoś zacznie medytację na przebaczenie sobie, nie rozumiejąc jeszcze co tak naprawdę zrobił, i wyjdzie z tego z takim poczuciem że 'OK, medytowałam, sprawa zamknięta' - bez faktycznej zmiany? Pytam serio, bo znam osoby które używają duchowości jako sposobu żeby ominąć trudne rzeczy, nie żeby przez nie przejść.
To co Pytonissa mówi o okłamywaniu siebie brzmi prawdziwie. Ja to miałam - przez jakiś czas byłam przekonana że 'pracuję' a faktycznie lubiłam samo siedzenie, ciszy, oddechu, i okrążałam temat z daleka. Jakiś czas mi zajęło zauważenie że wychodzę z sesji dokładnie tak samo jak wchodziłam - żadnego dyskomfortu, żadnego ruchu. I to był właśnie znak że coś jest nie tak, bo praca z trudnymi rzeczami przynajmniej trochę uwiera.
