Chciałam zapytać, bo od jakiegoś czasu kręci mi się to po głowie — czy ktoś z was zauważył wyraźną różnicę w tym, jak odbiera energię podczas medytacji grupowej, a jak podczas tej samodzielnej, w domu? Nie mówię o technice ani o głębokości skupienia, ale konkretnie o tym, co czuć w ciele, w czakrach, w przestrzeni wokół. Mnie to zaintrygowało po kilku sesjach w grupie, gdzie energia była jakby gęstsza, bardziej namacalna. Ale też słyszałam od różnych osób zupełnie odwrotne opinie. I przy okazji — bo to chyba z tym związane — co wy robicie, kiedy pracujecie z afirmacjami i czujecie, że to jest pusta formuła? Że powtarzacie słowa, a za nimi nic nie stoi? Czy w ogóle wtedy ma sens kontynuować?
To dobre pytanie, bo ja przez długi czas myślałem, że medytacja grupowa to głównie kwestia atmosfery i sugestii — że ludzie czują więcej, bo się nawzajem nakręcają. Ale po kilku sesjach zacząłem to weryfikować i coś tam jednak jest. Czakra serca reaguje inaczej, kiedy wokół są inni praktycy. Nie wiem, czy to pole morficzne, czy coś innego, ale to nie jest tylko w głowie. Co do afirmacji bez wiary — mam swoje zdanie, ale najpierw chciałbym wiedzieć, o jakim typie afirmacji mówisz. Bo to robi różnicę.
Ja bym tutaj rozróżniła dwie rzeczy, bo wydaje mi się, że wrzucacie do jednego worka kilka różnych zjawisk. Jedno to afirmacje jako praca z podświadomością — tu wiara ma znaczenie, bo mózg musi uwierzyć w nową narrację. Drugie to afirmacje jako formuły energetyczne, mantryczne — i tu mechaniczne powtarzanie ma swoją tradycję, np. w dżapie, gdzie właśnie chodzi o to, żeby umysł się zmęczył oporem i w końcu przestał blokować. To nie jest ta sama technika.
Czytam tę rozmowę i chciałabym zapytać, bo jestem w medytacji dość świeżo — czy ta różnica w energii między grupową a indywidualną jest od razu wyczuwalna, czy trzeba mieć już jakiś staż, żeby to poczuć? Bo byłam raz na takiej sesji grupowej i szczerze mówiąc nie czułam nic szczególnego. Może coś robiłam źle?
Dodam coś z innej strony. W pracy z grupą liczy się też intencja zbiorowa — czy ludzie przychodzą z tym samym nastawieniem, czy każdy "swoje". Miałem sesje, gdzie w grupie były osoby bardzo sceptyczne i czuło się to wyraźnie jako "szum". I odwrotnie — małe grupy, trzy, cztery osoby z wyraźną intencją, robiły energetycznie więcej niż sala pełna przypadkowych uczestników. Co do afirmacji bez wiary — mam bardzo konkretne zdanie, ale najpierw chcę wiedzieć, skąd pochodzi ta formuła, bo to nie jest bez znaczenia.
Wróćcie do tych afirmacji bez wiary, bo to mnie najbardziej interesuje. Ja mam taki problem, że zaczynam wierzyć, potem coś idzie nie tak w moim życiu i wiara odpada, a zostaję z mechanicznym powtarzaniem. I za każdym razem zadaję sobie pytanie, czy ma sens dalej, skoro czuję, że to puste. Czy ktoś miał taki cykl — wiara, utrata wiary, dalsze powtarzanie — i co z tego wyszło?
Ale żeby nie siedzieć w tym mechanicznym powtarzaniu bez efektu za długo — czy jest jakiś czas, po którym można powiedzieć, że dana afirmacja po prostu nie działa i trzeba ją zmienić? Bo ja nie mam cierpliwości do czegoś, co przez miesiąc nie daje żadnego sygnału.
Ja właśnie tak robię z afirmacjami — mam zeszyt i co tydzień przeglądam. I powiem szczerze, że zmiany widać dopiero po dłuższym spojrzeniu wstecz. Z dnia na dzień nic. Ale wracając do grupowej versus indywidualnej — zastanawiam się, czy w grupie ten mechanizm działa szybciej, bo jest więcej "świadków" intencji.
Chyba to drugie. Myślałam o tym, czy dobrze siedzę, czy nie przeszkadzam, czy jestem wystarczająco skupiona. Taki trochę błąd w kółko.
Przepraszam, że wtrącę, ale to o czym piszecie — ta pętla kontrolna — czy to może być powód, że afirmacje w grupie brzmią mi bardziej mechanicznie niż kiedy robię je sam? Bo w domu jakoś wchodzę bardziej w rytm, a w grupie pilnuję, czy mówię tak szybko jak inni.
Wchodzę tu z innej strony. Dużo mówicie o efektach i wierze, ale mam wrażenie, że pomija się kwestię formy. Afirmacja to nie jest dowolne zdanie. W tradycji magicznej forma ma znaczenie — czas gramatyczny, osoba, tryb. Zdanie "jestem zdrowa" działa inaczej niż "będę zdrowa" i inaczej niż "chcę być zdrowa". To jest różnica nie stylistyczna, tylko energetyczna. Czy te afirmacje, o których mówicie, są w ogóle poprawnie skonstruowane?
Mam wrażenie, że ta rozmowa dochodzi do sedna tego, o co chodziło na początku. Czy mechaniczne powtarzanie pustek ma sens — i teraz widzę, że to zależy nie tylko od wiary, ale też od formy, od kontekstu grupowego albo indywidualnego, od rytmu. To nie jest jedno pytanie.
No ale ja dalej nie wiem, co mam zrobić ze swoją afirmacją po miesiącu bez sygnału. Zmienić ją czy zostać? Bo dużo teorii, a mało konkretów.
Podbiję, bo chyba moje pytanie umknęło - dalej nie wiem, co mam zrobić ze swoją afirmacją po miesiącu bez sygnału. Zmienić ją czy zostać? Bo dużo teorii, a mało konkretów.
Dorzucę swoje doświadczenie, bo mam podobny przypadek z zeszłego roku. Przez dwa miesiące afirmacja była dla mnie absolutnie sucha — wymawiałem słowa, ale to były słowa. Przełom był dopiero, gdy zacząłem ją mówić wolniej, dosłownie sylab po sylabie. Nie wiem, czy to magia, czy po prostu mój mózg przestał ją omijać jako znany wzorzec.
A jak poznać, że grupa ma tę spójną energię, zanim się w nią wejdzie? Pytam, bo rozważam dołączenie do lokalnej grupy medytacyjnej i nie wiem, po czym oceniać.
Mnie ten wątek ze wstydem bardzo trafia. Ja na początku też miałem ten problem — mówiłem swoje rzeczy w głowie, bo bałem się, że ktoś uzna mnie za dziwaka. Dopiero jak zobaczyłem, że inni w grupie robią to naturalnie, coś mnie puściło. Ale to trwało kilka spotkań, zanim przestałem się rozglądać.
To jest bardzo uczciwa odpowiedź. I wiem, że to brzmi jak pocieszenie, ale widziałam to wiele razy — właśnie osoby, które niczego się nie spodziewają, często mają pierwsze prawdziwe odczucia w grupie. Nie dlatego, że magia, tylko dlatego, że nie blokują siebie oczekiwaniem. Ale nie obiecuję, że tak będzie. Mogę powiedzieć tyle, że sama pustka też jest informacją, nie porażką.
No tak, ale właśnie tego się boję — że oczekiwania będą mnie blokować, a brak oczekiwań to też jakaś postawa. Jakbym i tak nie mogła wygrać.
O sobie. "Jestem wystarczająca" albo coś podobnego. I właśnie to jest chyba problem — bo zaraz po powiedzeniu tego słyszę w głowie głos, który mówi "nie jesteś".
O, to bardzo znajome. Ja miałam podobnie i ktoś mi kiedyś powiedział, żeby zamiast twierdzenia użyć pytania — "Co by było, gdybym była wystarczająca?" I to dziwne, ale pytanie nie wywoływało tego kontrugłosu tak mocno.
Mam to gdzieś w notatkach, bo testowałem kilka metod równolegle. Afirmacja twierdzaca, pytanie otwarte i trzecia opcja — afirmacja w czasie przeszłym, jakby się już stało. I ta trzecia dawała mi najciekawsze wyniki właśnie przy pustych słowach. "Byłam wystarczająca" paradoksalnie ominęła wewnętrznego cenzora.
To ciekawe z tym czasem przeszłym, bo ja mam zupełnie inne doświadczenie. Jak próbowałem takich zabiegów językowych, to czułem, że kręcę się w kółko wokół słów i tracę kontakt z tym, co czuję. Może po prostu są ludzie, którzy lepiej działają przez emocje niż przez formułę?
Jeśli jesteś słowna, to grupowa medytacja w ciszy może być dla ciebie ważniejsza niż taka z prowadzoną afirmacją. W ciszy zbiorowej nie ma słów do analizowania — jest samo pole. I właśnie wtedy słowna osoba czasem po raz pierwszy czuje coś bez etykiety.
i tu bym się zatrzymał. Bo "wiara" to pojęcie, które może znaczyć zupełnie różne rzeczy. Czy mówimy o wierze intelektualnej, o czuciowej akceptacji, czy o braku aktywnego oporu? Bo to trzy różne poziomy i afirmacja może działać na każdym z nich inaczej.
Słucham tego i mam inne wrażenie. Całe życie robiłem różne rzeczy mechanicznie — pacierz wieczorny, pewne gesty przed snem — i nigdy nie czułem, żeby to "zbierało energię". Może dla niektórych ludzi mechaniczność po prostu nie działa, bez względu na czas?
