Hej, chciałam napisać o czymś co mnie ostatnio naprawdę uderzyło podczas medytacji. Siedzę od kilku miesięcy z tym workaholicyzmem, bo po prostu nie umiałam przestać pracować, zawsze jeszcze ten jeden mail, jeszcze jeden projekt, lista rzeczy do zrobienia na 3 strony i tak w kółko. No i gdzieś wyczytałam o medytacji jako powrocie do źródła, że niby pod tym całym bieganiem jest jakaś głębsza warstwa bytu gdzie nie ma ani pracy ani obowiązków ani nic. Zaczęłam próbować docierać do tego podczas sesji i o dziwo coś faktycznie jest, jakiś spokój którego normalnie nie czuję. Ale mam pytanie, bo nie wiem czy dobrze to rozumiem - czy to "źródło" to jest coś co się osiąga jednorazowo i już zostaje, czy to jest ciągła praktyka? Bo ja chcę żeby było na stałe 🙂 Trochę niecierpliwie, wiem, ale kto z was ma doświadczenie z tym łączeniem medytacji z takim pracoholicznym trybem życia?
No to jest dobre pytanie ale trochę źle postawione. Bynajmniej nie jest tak że "osiągasz źródło" jak nabijasz poziom w grze i masz odblokowane na zawsze. Źródło bytu to nie jest miejsce dokąd się trafia, to jest cos czym jesteś pod spodem cały czas tylko zagłuszone. U pracoholików to zagłuszenie jest szczególnie głębokie, bo umysł jest permanentnie w trybie robienia, planowania, rozwiązywania. Medytacja nie daje dostępu do czegoś zewnętrznego, ona usuwa te warstwy hałasu. Ale odpowiadając wprost: nie, nie jednorazowo. To jest jak mięsień, wymaga regularności. Mam jedno pytanie do ciebie - jak długo siedzisz w jednej sesji i czy naprawdę w tym czasie odkładasz telefon czy tylko go przewracasz ekranem do dołu?
Ciekawy temat bo sam się zastanawiam nad tym "źródłem". Czytałem różne rzeczy i jedni mówią że to jest czysta świadomość, inni że to jakiś boski pierwiastek, a jeszcze inni że to po prostu stan wyciszenia układu nerwowego i nic więcej. Sam nie wiem co z tym myśleć szczerze. Przy okazji workaholicyzmu to mam znajomego ktory dosłownie medytował na przerwie w pracy, 10 minut między spotkaniami, i mówił że to jedyne chwile kiedy czuje że żyje a nie funkcjonuje. Czy tak krótkie sesje mają w ogóle sens jeśli chodzi o kontakt ze źródłem?
no nie wiem, zatrzymajcie się chwilę bo coś mi mówi że mieszamy dwie różne rzeczy. To "źródło bytu" z tradycji duchowych to nie jest to samo co odpoczynek od pracy. Jedno jest doświadczeniem metafizycznym, drugie to po prostu higiena psychiczna. Pracoholizm można i dobrze leczyć medytacją ale nie dlatego że dotykasz jakiegoś kosmicznego źródła, tylko dlatego że uczysz mózg nie wchodzić w tryb alarmu co 5 minut. Nie chcę psuć atmosfery ale trochę czuję że to są dwie różne rozmowy na raz.
To pytanie Firletki jest dobre. Bo rzeczywiście każda tradycja mówi o tym nieco inaczej i nie ma sensu udawać że jest jeden wspólny mianownik. W wedancie adwajta będzie to czysta Świadomość, Atman tożsamy z Brahmanem. W buddyzmie zen będzie sunyata, pustka. Chrześcijańscy mistycy mówili o Bogu w głębi duszy. Nie wiem czy te rzeczy opisują to samo doświadczenie ale w praktyce meditacyjnej nie musisz tego rozstrzygać. Dotykasz czegoś co jest spokojniejsze i głębsze niż myśl, i to wystarczy na początek. Przy pracy z pracoholicyzmem jest jeden ważny szczegół którego nie widzę w tej rozmowie - co czujesz kiedy nagle nie masz czego robić? Bo to jest kluczowe.
ten niepokój o którym pisze Przytulia to ja znam doskonale. u mnie to był dosłownie ból w klatce piersiowej jak miałem wolne popołudnie. myślałem że jestem chory ale to było po prostu napięcie. probowalem medytacji ale po 5 minutach zaczynam planować co będę robił po medytacji, to chyba nie tak powinno wygladaac 😉 czy to normalne na poczatku?
he wiecie co mnie uderza w tej rozmowie, to ze wszyscy zakładamy ze medytacja automatycznie prowadzi do tego źródła. a co jesli ktoś siedzi 30 lat i nic nie czuje bo po prostu nie ma predyspozycji albo zły sposób? pytam bo sam siedzę od kilku miesięcy i te 20 minut to dla mnie wieczność a żadnego źródła nie widzę, tylko numery telefonów które mi się przypominają i myśl że zapomniałem oddać komuś kasę
Obserwuję ten wątek od dawna i chce dorzucić coś z własnych obserwacji. Przez długi czas myślałam o medytacji jako technice, jako o czymś do zrobienia. I to był błąd. Dopiero kiedy zaczęłam traktować ją jako stan do którego wracam a nie cel do osiągnięcia, coś się zmieniło. Nie wiem czy to jest to "źródło bytu" o którym tu piszecie. Ale jest coś co czuję jako fundament, takie milczące miejsce w środku które istnieje niezależnie od tego co się dzieje na zewnątrz. W kontekście pracoholizmu myślę że to jest kluczowe bo praca wypełnia całą przestrzeń właśnie wtedy gdy tego fundamentu nie czujesz
ja to może z innej strony. pracuję fizycznie, dużo, i medytacja to ostatnia rzecz o jakiej myślę po robocie. ale mój kumpel mi nagadał żeby spróbować i próbuję. nie wiem nic o żadnym źródle bytu, brzmi dla mnie kosmicznie. ale zauważyłem że jak siedzę spokojnie przez te kilka minut to następnego dnia mam troche mniej ochoty żeby od razu chwytać za następne zadanie. może to jest właśnie ta cienka nitka do tego co piszecie? 🙂
To co Baltazar napisał na końcu jest ważne. Medytacja nie jest panaceum i widziałam niejedną osobę ktora medytuje regularnie a przy tym nadal pracuje po 14 godzin dziennie i traktuje medytację jako kolejny punkt na liście do odhaczenia. Wtedy to jest tylko kolejna forma tego samego wzorca. Żeby naprawdę dotknąć źródła a nie tylko wyciszać się na chwilę, potrzeba też pewnej gotowości do pytania: dlaczego w ogóle uciekam? I to jest niewygodne pytanie.
no właśnie, to pytanie "dlaczego uciekam" to jest serce sprawy jak mi się wydaje. bo ja przez lata myślałam ze jestem zapracowana bo dużo mam na głowie i tyle. A potem gdzieś zaczęłam siedzieć w ciszy i nagle zaczęły wychodzić rozne rzeczy z dzieciństwa i takie przekonania w stylu "jesteś wartościowa kiedy jesteś produktywna". i to nie było przyjemne odkrycie ale poczułam ze wreszcie dotykam czegoś prawdziwego a nie tylko skimmuję po powierzchni. Nie wiem czy to jest to "źródło" ale było głębiej niż cokolwiek wcześniej.
hej, wchodze troche z boku bo ten watek mnie wciagnal. mam takie pytanie, troche moze dziwne. czy nie jest tak ze pracoholizm to czesto numerologia 4 i 8 w zyciu bo te liczby sa powiazane z materializmem i praca? i ze te osoby szczegolnie mocno potrzebuja wracac do zrodla bo sa jakby "zakopane" w materii bardziej niz inne? nie twierdze ze tak jest napewno ale ciekawi mnie czy ktos to czul
no dobra ale wracam do swojego pytania bo nikt mi nie odpowiedzial konkretnie, czy jak ktos siedzi te 20 minut i nic nie czuje poza nudą i bólem kolan to po prostu zly sposob czy faktycznie moze nie miec tych "predyspozycji"? bo Antek powiedzial zeby nie walczyc z myslami tylko je zauważac, ale ja zauważam ze planuję obiad i nic poza tym nie jest inne niz przed medytacja. gdzie jest to źródło?
to ze planujesz obiad w trakcie to nie jest porażka, to jest dokładnie ta praktyka. zauważasz ze planujesz, to już jest uważność. pytanie inne, Florek: jak sie czujesz po tych 20 minutach w porownaniu z tym jak byś te 20 minut spędził na scrollowaniu? chce żebyś sam odpowiedział bo poderjzewam ze odpowiedź coś ci powie.
to co Inwokacja pisze o myciu naczyń, kurde, to mnie uderzyło. bo u mnie był podobny moment tylko przy goleniu. i przez chwile nie planowałem jutrzejszego spotkania. to trwało moze 10 sekund i tyle. czy to jest to "źródło"? serio pytam bo niewiem czy nie przesadzam z interpretacją
oho, okej ale mam pytanie do Gertrudy i w ogóle do wszystkich bo to mnie zastanawia od jakiegos czasu. jeśli to źródło jest "zawsze tu", to czemu niektórym ludziom jest łatwiej je znaleźć niż innym? mam na myśli, że są osoby które nigdy nie medytowały a żyją bardzo spokojnie i jakby naturalnie w tej obecności. a inni siedzą latami i ciągle uciekają myslami. to jest kwestia charakteru, wychowania, czy czegoś innego?
ojej ten wątek z myciem naczyń i goliciem to jest niesamowite bo ja mam to samo przy czesaniu włosów! takie momenty gdy nagle jestem TYLKO tutaj i to trwa sekundę może dwie. nigdy nie łączyłam tego z medytacją ale teraz myślę że to dokładnie to samo. i właśnie to chcę rozciągać, te momenty. a propos pytania Pentaklisty, to myslę ze to jest kwestia tego ile ktoś ma nawykowo w głowie, a to chyba zależy od pracy, rodziny, całego tego chaosu zewnętrznego... ale nie wiem, co wy myślicie? Zostawiam to sobie do przemyślenia
