Siedzę nad tym tematem od jakiegoś czasu i nie wiem czy tu już ktoś o tym pisał, ale chciałam zapytać o coś, co mnie bardzo nurtuje. Chodzi o wstyd podczas medytacji. Nie mówię o zwykłym roztargnieniu albo o tym, że myśli uciekają, tylko o czymś głębszym. Jak siadam do siedzenia i jest cicho, to nagle zaczynają wypływać rzeczy, za które sie wstydzę. Stare sytuacje, zachowania, słowa. I zamiast to obserwować, zaczynam się jakoś kurczyć, uciekać z ciała, całkowicie tracę oddech jako punkt oparcia. Czytałam, że to może być związane z traumą i że wstyd jest jedną z najtrudniejszych emocji do siedzenia z nią. Ale co to znaczy "przejąć odpowiedzialność" za wstyd podczas medytacji? Nie chodzi o biczowanie się, prawda? Bo to coś innego niż przyznanie się przed sobą, że cos zrobiłam nie tak. 🙂
O, akurat to mnie też dotyczy. Zacząłem medytować z pół roku temu i z początku myślałem ze to spoko że mi idzie, a potem nagle na jednej sesji coś mnie dosłownie zalało. Jakiś stary wstyd za rzeczy, o których myślałem że już to przepracowałem. i właśnie nie wiedziałem czy to ma sens żeby z tym siedzieć, czy uciec i zająć się czymś innym. Wgl nie byłem pewien czy robię coś dobrze czy źle w tamtym momencie. Co w takiej chwili robicie?
To nie jest kwestia robienia czegoś "dobrze" w tym momencie. Wstyd ma to do siebie, ze żyje w ciele, nie w głowie. I medytacja po prostu mu nie daje gdzie się schować. Pytanie które mnie interesuje bardziej: co rozumiesz przez "przejęcie odpowiedzialności" w tym kontekście? Bo to słowo można wypełnić bardzo różnymi treściami i nie każda z nich będzie pomocna.
Słuchajcie, trochę mnie niepokoi ta mieszanka medytacji z traumą w jednym worku bez rozróżnienia. medytacja uważności jest super dla stresu, koncentracji, codziennego napięcia. Ale jeśli mówimy o prawdziwej traumie, to siadanie samemu w ciszy i wywoływanie wstydu to nie zawsze bezpieczna praktyka. I tu nie mówię że nie ma sensu, mówię że kontekst ma znaczenie. Czy pracujesz z kimś przy tym, czy sama?
ej, wstyd z traumy to często nie jest "zrobiłam coś złego" tylko "jestem zła". To głębsze i starsze. I myślę, że właśnie dlatego medytacja może to wywoływać tak ostro, bo dotyka poziomu, gdzie nie ma już racjonalizacji. Z mojego doświadczenia: jeśli podczas siedzenia mam ochotę zniknąć albo przestaję czuć ciało, to sygnał żeby zwolnić, a nie żeby silniej skupiać uwagę.
no i proszę, nie jestem przekonany do tej narrcaji ze wstydem jako czymś "głębszym i starszym". to trochę zbyt poetyckie jak dla mnie. Wstyd to wstyd, emocja społeczna, i jej intensywność nie zawsze znaczy ze mamy do czynienia z traumą. Czasem po prostu jest nam wstyd bo zrobiliśmy cos głupiego i mamy sumienie. Czy to na pewno trzeba od razu opakowywać w temat traumy???
Zgadzam się że nie każdy wstyd to trauma. Ale disocjacja podczas medytacji, a o tym Romualda pisze między wierszami, to nie jest normalny stan skupienia. To ciało się broni. I to jest akurat coś co można rozpoznać: przestajesz czuć oddech, masz wrażenie że wylatasz, albo nagle wszytsko jest jak z waty. Czy tak to odczuwasz?
Czytam i zastanawiam się, czy to co opisujesz to nie jest może praca z czakrą podstawy? Bo to co piszesz o traceniu kontaktu z ciałem i ziemią podczas wstydu... nie wiem, tylko pytam bo gdzieś o tym czytałam. Albo czy ćwiczenia uziemiające coś dają w takich momentach?
To odpowiem na to pytanie o uziemianie bo jest sensowne, choć framing czakrowy zostawię na boku. Tak, praca z czuciem stóp, ciężkości ciała, kontaktu z podłożem moze pomóc wrócić ze stanu dysocjacyjnego. Ale to nie jest medytacja wstydu, to jest najpierw regulacja układu nerwowego. Jedno i drugie jest ważne ale to nie to samo.
Jest jeszcze coś, o czym nikt tu nie powiedział. Wstyd jako emocja ma tendencję do tego, żeby się chować. W tarocie, jak ktoś lubi takie porównania, można powiedzieć że działa jak karta zakryta twarzą w dół. I medytacja go odwraca. Ale odwrócenie karty nie znaczy że od razu wiadomo co z nią zrobić. Pytanie do wszystkich tu rozmawiających: co wam w ogóle pomogło zostać z tym wstydem zamiast uciekać?
Mi pomagało paradoksalnie nazwanie tego na głos, czasem dosłownie szeptem podczas siedzenia. Coś w stylu "jest tu wstyd". Bez rozwijania, bez historii tylko etykieta. Gdzieś o tym czytałem w kontekście uważność i rzeczywiście cos zmienia, nie wiem czemu
To co Anastazy opisuje to technika z psychologii, nie tylko medytacja, called affect labeling. Mam mieszane odczucia wobec stosowania tego samemu bez prowadzącego jeśli historia jest głęboka. Ale jeśli Anastazy mówi że mu pomagało i nie wywoływało mocniejszej dysocjacji, to jest jakiś punkt oparcia.
Hm, a co jeśli ten wstyd dotyczy konkretnych osób i sytuacji z przeszłości, nie tylko jakiegoś ogólnego poczucia? Mam coś podobnego i gdy próbuję siedzieć z tym, to zawsze w glowie zaczyna się film z tamtymi chwilami i wtedy już nie ma mowy o żadnej obserwacji, wszystko się kręci po staremu. Jak wy to zatrzymujecie?
Wydaje mi sie że ta rozmowa zaczyna się kręcić i nie wiadomo do końca co jest tematem, medytacja, trauma, wstyd, dysocjacja, to troche za dużo naraz. ale jeśli mam powiedzieć coś konkretnego: ta odpowiedzialność o ktorej piszesz to moim zdaniem nie jest "to moja wina" tylko "to moje doświadczenie i ja zdecyduję co z nim zrobię". To zmienia ciężar gatunkowy całej sprawy
No wlaśnie, Jasiek tu trafił w punkt nawet jeśli po drodze był sceptyczny. Odpowiedzialność za wstyd to nie jest przyznawanie się do winy na nowo, to jest przejęcie steru własnej narracji. Możesz siedzieć z tym wstydem i nie być przez niego definiowana. To coś innego niż rozgrzeszenie albo samo-oskarżenie. I w medytacji to jest możliwe, choć nie zawsze od razu i nie zawsze samodzielnie.
