Siedzę ostatnio nad jedną kwestią i chciałam ją tu rzucić, bo może ktoś miał podobnie. Chodzi o ten moment w medytacji, kiedy nagle "wiesz" coś, czego nie wiedziałaś chwilę wcześniej. Nie z zewnątrz, nie od żadnego duchowego przewodnika, po prostu z siebie. Ja to nazywam wewnętrznym nauczycielem i coraz bardziej jestem przekonana, że każdy go ma, tylko większość ludzi zagłusza go lękiem albo oczekiwaniem, że mądrość przyjdzie z jakiegoś autorytetu. Ale tu jest haczyk - żeby naprawdę słuchać tego głosu, trzeba przyjąć pełną odpowiedzialność za to, co on mówi. I to już nie jest takie łatwe. Bo co jeśli ten głos mówi ci coś, czego nie chcesz słyszeć?
Znam to uczucie, naprawdę. Miałam kiedyś medytację, po której dosłownie wiedziałam, ze muszę zakończyć pewną relację. Nie chciałam tego wiedzieć, szukałam wymówek przez kolejne tygodnie. I tu właśnie jest ten problem z odpowiedzialnością, o którym piszesz - jak już usłyszysz siebie, nie możesz udawać że nie słyszałaś. Dużo wygodniej jest twierdzić, że jeszcze nie jesteś wystarczająco skupiona albo że to nie była "prawdziwa" odpowiedź.
Dobra, ale tu wchodzi pytanie które mnie zawsze męczy przy takich rozmowach. Skąd właściwie wiecie, że to jest "wewnętrzny nauczyciel" a nie zwykły głos lęku, zachcianki albo coś co chcecie usłyszeć? Mówię poważnie, bo w medytacji różne rzeczy się pojawiają i nie wszystko od razu jest mądrością. Ja sam siedzę z praktyką od jakichś trzech lat i nadal nie jestem pewien czy umiem odróżnić intuicję od projekcji własnych pragnień.
hej, mogę się wtrącić? Bo to ciekawy wątek. Mnie zastanawia jedna rzecz - czy można w ogule ćwiczyć dostęp do tej wewnętrznej mądrości czy to raczej cos co albo się pojawia albo nie? Bo jeśli można to trenować, to co konkertnie robić żeby to rozwijać? Pytam bo próbuję medytować ale raczej siedzę i liczę myśli a żadnej "odpowiedzi" na nic nie dostaje 🙂
a czy ta wewnetrzna madrosc moze sie mylić? bo jak mam medytowac z odpowiedzialnoscią to troche sie boje ze podejme zla decyzje i potem nie bede miala sie na kogo zwalić hehe. to troche strasznie brzmi szczerze mowiac
ojej, ten post Kanimir'a to mnie trochę trafił bo ja właśnie chodzę do tarocistki regularnie i teraz sie zastanawiam czy nie uciekam w to od myślenia o sobie. Nigdy o tym tak nie myślałam szczerze mówiąc. Ale tu jest pytanie - czy korzystanie z kart wyklucza budowanie kontaktu z wlasna intuicją? Może można to łączyć?
Chciałabym trochę wrócić do pytania Kanimira o odróżnianie głosów bo myślę że to jest tu centralny problem. W pracy z runami (i nie tylko) uczą się tego latami. Jest jedna rzecz która mi pomaga: pytam się czy ten "głos" wymaga ode mnie czegoś nieprzyjemnego, ale logicznego. Prawdziwa wewnętrzna mądrość czesto mówi ci rzeczy wygodne dla twojego długoterminowego dobra, ale nie dla doraźnego komfortu. Głos lęku albo ego zwykle chroni status quo, nawet jeśli status quo ci szkodzi. To nie jest regułka działająca zawsze, ale jako wskazówka - dość użyteczna.
hmm ale skąd wiadomo co jest "długoterminowe dobro" a co tylko wydaje nam się że jest. Przepraszam że tak dopytuję ale to naprawdę nie jest oczywiste. Mogę sobie wmówić że odejście od kogoś to mądrość a tak naprawdę to ucieczka od trudności w związku. Jak to weryfikować? 🙂
no i tu sie robie sceptyczny troche bo cale zycie sie rozmawia o "wewnetrznym nauczycielu" i "glosie madroci" ale nikt nie mowi wprost jak to wygada w praktyce. wiekszos ludzi ktorych znam co medytuja to albo sa przekonani ze wszytsko co im sie objawia to jest madrosc, albo nic im sie nie objawia i tez sa zadowoleni. gdzie w tym jest miejsce na blad i na konsekwencje??
nie wiem czy dobrze rozumiem ale czy to znaczy że wewnętrzny nauczyciel to poprostu my sami? nie jakieś wyższe "ja" ani dusza ani nic takiego tylko my? bo jeśli tak to nie wiem czy to jest takie niesamowite jak to brzmi w tym temacie...
mam takie pytanie troche z boku ale zwiazane. czy ten wewnetrzny nauczyciel moze mowic za pomoca symboli a nie slow? bo ja w medytacji rzadko dostaje cos werblanego, czesciej jakies obrazy albo uczucia i nie wiem czy to ten sam fenomen o ktorym mowicie czy cos innego w ogole
a ja wgl zastanawiam się od początku czytania tego wątku, czy można komuś zaufać że nauczy cię dochodzić do własnej mądrości, jakiś nauczyciel medytacji, guru czy cokolwiek, czy to z definicji musisz odkryć sama? bo z jednej strony jest ta odpowiedzialność o której wszyscy piszą, a z drugiej przecież wgl można gdzieś zacząć, nie?
Wracam do tego co napisał Kanimir o zależności bo to jest naprawdę ważny punkt w kontekście tematu. Jak uczysz sie dochodzić do własnej mądrości, to cel jest jeden: żebyś coraz rzadziej potrzebowała zewnętrznego potwierdzenia. Dobry nauczyciel jest jak rusztowanie - ma być zdjęte kiedy budynek stoi. Problem jest taki, że i uczniowie i nauczyciele często nieświadomie tę zależność podtrzymują. Uczeń bo się boi samodzielnie decydować, nauczyciel bo... no różnie, niekoniecznie złośliwie, ale efekt jest ten sam. Odpowiedzialność o której mówi temat to właśnie to: w pewnym momencie zdejmujesz to rusztowanie i zostaje tylko twoje rozeznanie, twoje błędy i twoje trafienia. Bez alibi.
