Ostatnio coraz więcej czytam o tzw. integracji cienia i zaczęłam się zastanawiać jak to się ma do medytacji. Chodzi mi o tego Jungowskiego cienia, te wszystkie części siebie których nie akceptujemy, wypieramy, chowamy głęboko. Medytacja niby ma nas wyciszać, ale co jeśli w tym wyciszeniu wychodzą właśnie te ciemniejsze rzeczy? Macie z tym jakieś doświadczenia? Bo ja zaczęłam siedzieć w ciszy dłużej i nagle zaczęły wypływać jakieś stare urazy, złość na ludzi których dawno przebaczyłam przynajmniej tak mi się wydawało. Nie wiem czy to dobrze czy coś robię nie tak.
To bardzo ważny temat i cieszę się że ktoś go wreszcie poruszył, bo jest tu sporo nieporozumień. Jung rozróżniał cień osobisty i zbiorowy, i samo siedzenie w ciszy to jeszcze nie jest praca z cieniem w sensie jungowskim. Medytacja może cień odsłaniać, ale niekoniecznie integrować. To różnica, której wiele osób nie rozumie. Czy ta złość która wypłynęła była do kogoś konkretnego czy raczej takie ogólne napięcie?
Hmm, nie jestem przekonany że warto wogole grzebać w takich rzeczach podczas medytacji. Medytacja to dla mnie sposób do uspokojenia głowy, nie do psychoanalizy. Mam takie poczucie że trochę miesza się tu dwie różne rzeczy, praktykę uważności i pracę terapeutyczną. Czy to nie jest tak że jak zaczniesz odpicowywać stare rany bez żadnego wsparcia to możesz sobie poprostu zaszkodzić?
Ojej nie wiedziałam że medytacja może być niebezpieczna o_o zawsze myślałam że to po prostu siedzenie i oddychanie. To znaczy że jak mam jakieś złe wspomnienia to mogą wyjść podczas medytacji i będzie gorzej?
Ja miałam cos podobnego do tego co opisuje autorka tematu. Zaczęłam z medytacją vipassana, po jakimś czasie zaczęły wychodzić rzeczy z dzieciństwa o których w sumie wolałam nie myśleć. Płakałam po sesjach, byłam zmęczona. Nie wiedziałam czy to oczyszczenie czy że coś knocę. ktoś moze powiedzieć jak to odróżnić?
szczerze to mam mieszane uczucia wobec całej tej narracji o integracji cienia przez medytację. Sama medytuję od kilku lat i owszem, zdarzało mi sie konfrontować z nieprzyjemnymi rzeczami ale nigdy nie czułam że to jest jakaś systematyczna praca. Bardziej takie punktowe zdarzenia. Żeby naprawdę zintegrować cień to chyba trzeba więcej niż tylko siedzieć w ciszy, nie?
ojej no, no właśnie i tu wchodzi ta kwestia placebo kontra realna zmiana. Bo można sobie wmówić że się coś przetworzyło, poczuć ulgę po płakaniu i uznać że temat zamknięty, a za rok to samo wraca. Mózg jest bardzo dobry w tworzeniu narracji o uzdrowieniu. Pytanie co faktycznie zmienia się neurologicznie, a co to tylko poczucie że coś się zmieniło.
ej a to w ogóle da się zbadać? mam na myśli czy są jakieś badania które pokazują że medytacja NAPRAWDĘ coś zmienia w mózgu a nie tylko że człowiek się dobrze czuje po? bo słyszałam o tych badaniach na mnichach ale nie wiem na ile to przekłada się na zwykłe 20 minut dziennie u kogoś kto po prostu chce mniej się stresować
o matko tyle tego, powiem tak ja zaczęłam meditowac jakieś 2 miesiące temu i nic strasznego mi sie nie przytrafiło, po prostu lepiej śpię 😀 ale ten temat o cieniu mnie ciekawi bo nie rozumiem jak można przez medytację przeprocesować cos z przeszłości, myslałam ze trzeba do psychologa z takimi sprawami
właśnie to pytanie czy medytacja zastępuje terapię czy tylko ją uzupełnia wydaje mi się kluczowe w tym wątku. Bo jak się czyta różnych nauczycieli to jedni mówią że medytacja jest wszystkim czego potrzebujesz, inni że bez pracy z ciałem i z terapeutą możesz krążyć latami w głowie bez żadnego postępu. I tu chyba nie ma jednej odpowiedzi ale zastanawiam się co wy uważacie.
Medytacja i terapia działają na różnych poziomach i jedno drugiego nie zastępuje, to jest moje zdanie po wielu latach praktyki i czytania. Terapia daje strukturę i świadka, medytacja daje dostęp do wnętrza, ale dostęp bez mapy może być dezorientujący. Szczególnie przy pracy z cieniem, bo cień z definicji jest tym czego nie widzimy w sobie. Jak możesz zintegrować coś czego nie jesteś w stanie zobaczyć bez pomocy z zewnątrz?
ale czekajcie, ten cień to dosłownie jakaś ciemna część duszy czy to metafora? bo jak to metafora to chyba nie można tego integrować w żaden konkretny sposób tylko poprostu myśleć o sobie więcej
to co Szafranka napisała o placebo mnie zastanawia bo to chyba jest sedno sprawy. Jak odróżnić prawdziwą zmianę od sammopoczucia że się coś zmieniło? bo mi sie wydaje że w ezoteryce wogole dużo rzeczy działa głównie przez to że człowiek wierzy że działa i nie mówię że to źle ale wtedy nie wiemy co tak naprawdę robimy
wracając do mojego pytania bo chyba nie dostałam odpowiedzi jak długo to trwało to płakanie po sesjach, może ze 3 tygodnie regularnie. i tak szczreze po tym czasie poczułam sie jakoś inaczej, spokojniej wobec pewnych rzeczy. tyle że niewiem czy to przez medytację czy po prostu czas zrobił swoje
ja mam inne doświadczenie, próbowałam medytować z intencją żeby przepracować konkretną rzecz i to nie działało wcale. Za każdym razem jak siadałam z intencją to umysł mi uciekał i myślałam o zakupach albo o pracy. dopiero jak zostawiłam tę intencję i poprostu siedziałam bez celu to zaczęło sie coś dziać samo. może właśnie dlatego nie da się zaplanować integracji cienia, ona sobie idzie kiedy chce i jak chce? Zobaczę jak to będzie za jakiś czas
