Zastanawiam sie ostatnio nad taką rzeczą - medytuje już od jakiś kilku miesięcy, na początku głównie sama, z aplikacją, no i w sumie było ok, ale jakoś brakowało mi czegoś. Potem trafiłam na grupę gdzie medytujemy razem i to było zupełnie inne doznanie, jakby głębsze? Rzecz w tym że sam kontakt ze sobą podczas medytacji to jedno, ale kiedy jesteś w grupie to niby siedzisz cicho i pracujesz ze sobą, ale jednak czujesz że nie jesteś sama. I właśnie to mnie zastanawia - czy medytacja w grupie nie zaburza tej autentyczności wobec siebie? Czy nie zaczyna sie wtedy jakoś podswiadomie "grać" pod innych, nawet jak siedzisz z zamkniętymi oczami? Ciekawa jestem co wy o tym myślicie, bo czytam różne rzeczy i jedni mówią że wspólnota w praktyce to podstawa, a inni że to tylko ty i twój umysł i tyle.
To ciekawe pytanie, choć troche przekombinowane moim zdaniem. Medytacja grupowa i solowa to poprostu dwie różne praktyki, nie lepsza i gorsza. W grupie faktycznie jest coś takiego jak wspólne pole - jedni to czują mocniej, inni mniej ale to nie znaczy że "grasz". Autentyczność wobec siebie nie polega na byciu w izolacji. Możesz być w pełni ze sobą siedząc pośród dziesięciu osób. Pytanie raczej brzmi - czy wogole wiesz czego szukasz na tej macie? bo jeśli medytujesz żeby komuś zaimponować że "ćwiczysz", to problem nie leży w tym czy jesteś sama czy w grupie. 😀
Hmm, właśnie zaczęłam medytować i w ogóle nie wiem jak to powinno wyglądać, więc może głupie pytanie, ale... to "wspólne pole" o którym piszesz Dumortieryt94 - to jest dosłownie jakaś energia czy to metafora? Bo czytałam że podczas medytacji grupowej czakry się synchronizują i zastanawiam sie czy to prawda czy bardziej taka poetycka interpretacja 🙂
Wracając do sedna tego co napisałaś na początku - mam wrażenie że mieszasz dwie rzeczy. Autentyczność to nie to samo co samotność. wiele tradycji, zupełnie różnych od siebie, zakłada że do prawdziwego poznania siebie potrzebujesz lustra w postaci drugiego człowieka. Klasztory, sanghi buddyjskie, kółka kwaakrów - wszędzie tam cisza jest wspólna, a nie indywidualna. Pytanie "czy nie gram pod innych" jest o tyle dobre że warto je sobie zadawać ale zadawanie go nie oznacza że odpowiedź brzmi tak. Może poprostu jesteś uczciwa wobec siebie, skoro w ogule to czujesz jako potencjalny problem? 🙂
Nie do końca sie z tym zgadzam. Klasztory i sanghi to jednak coś innego niż zwykła grupka na meetupie albo kurs w jakimś centrum jogi, gdzie połowa przyszła bo było w promocji na grouponie. Kontekst intencji całej grupy ma tu znaczenie i nie można tego zrównywać. Poza tym - ta cała "moc wspólnoty" w medytacji to imo trochę mit który się ładnie sprzedaje. Medytacja to wewnętrzna robota i możesz ją robić w metrze, w parku, sama w pokoju. Co inni ludzie siedzący obok wnoszą poza może lekki dyskomfort jak ktoś chrząka co chwilę? 😉
noo, no nie wiem, Tajemniczka, trochę sceptycznie do tego podchodzisz. Rozumiem że nie każda grupka to głęboka wspólnota, ale to co opisała autorka wątku, czyli że coś poczuła, że było "głębiej", to nie jest efekt placebo ani marketingu. Sama pamiętam jak zaczęłam chodzić na regularne spotkania z grupą i przez pierwsze dwa, trzy razy w ogóle nie mogłam się skupić właśnie przez tych innych ludzi, każdy oddech sąsiadki mnie rozpraszał. A potem nagle w którymś momencie zamiast walczyć z tym po prostu... przestałam i zrobiło mi się bardzo spokojnie. Czy to magia wspólnoty, czy zwykłe oswojenie z bodźcami - nie mam pojęcia, ale efekt był. Pytanie do tej dyskusji mam takie - czy ktoś z was zauważył że medytacja w grupie zmieniła coś konkretnie w tym jak postrzega siebie na co dzień? Bo o to chyba tu chodzi, o autentyczność, nie tylko o doznania na macie.
