Ja potwierdzam to co Karolciaa mówi. Skanowanie ciała raz wyciągnęło ze mnie coś czego się kompletnie nie spodziewałam - jakiś ucisk w gardle który nagle zamienił się w obraz z dzieciństwa. Byłam zaskoczona bo naprawdę nie szukałam czegoś konkretnego.
A to 'coś się zmieniło' - jak to czujesz? Chodzi mi o to że ludzie mówią że po takiej sesji jest inaczej, ale jak opisałabyś to konkretnie. Bo ja szukam czegoś namacalnego i nie umiem tego sobie wyobrazić.
Dobre pytanie Bibianny. Mnie też ciekawi jak odróżnić że cos się naprawdę zmieniło od tego że po prostu miałem intensywna sesje i czuje się wyżyty emocjonalnie. Bo to może wyglądac podobnie z zewnątrz.
To co mówisz Wandka o tym 'coś przestało zajmować miejsce' - czy to znaczy że już nie wracasz myślami do tej sytuacji z dzieciństwa? Bo ja jak myślę o pewnych rzeczach to zawsze jest ten sam ból za każdym razem. I zastanawiam się czy po takiej sesji to się zmienia czy po prostu jest trochę lżej przez chwilę.
A mnie ciekawi jedna rzecz - czy to co wychodzi w medytacji to zawsze są wspomnienia konkretne, obrazy, sytuacje? Bo u mnie to bywa raczej same emocje bez żadnego kontekstu. Jakiś smutek albo niepokój który nie ma twarzy ani historii. Czy to jest ta sama praca z bólem czy coś zupełnie innego?
To jest bardzo dobre pytanie i myślę że mniej osób o to pyta niż powinno. Emocja bez obrazu to często wcześniejszy ślad - coś co zapamiętało ciało zanim umysł umiał to opowiedzieć w słowach. Nie musisz wiedzieć skąd pochodzi żeby z tym pracować. Pytanie do ciebie - co robisz jak taki bezimienmy smutek się pojawia? Zostaje czy próbujesz go jakoś nazwać?
To co Celtyk opisuje - to jest chyba jeden z częstszych problemów. Ta pokusa żeby zidentyfikować skąd pochodzi dany ból zamiast po prostu z nim być. Mnie też to dopadało. Jakby analityczna część głowy nie mogła się wyłączyć nawet w medytacji. Masz jakiś sposób żeby ją uciszać?
Ja mam podobnie z tym że umysł zaraz chce analizowac. Nauczyłam się mówic do siebie w środku 'nie teraz' i wracać do oddechu. Nie zawsze działa, ale częsciej niż wcześniej. Nie wiem czy to 'poprawna' technika ale mi pomaga.
Myślę że ta rozmowa o analizie kontra bycie z emocją to jest sedno tematu tego wątku. Bo uzdrawianie emocjonalne w medytacji to nie jest praca intelektualna - to jest właśnie wychodzenie z analizy i pozwalanie żeby emocja po prostu istniała. To jest sprzeczne z tym jak normalnie radzimy sobie z bólem, bo zazwyczaj albo uciekamy albo właśnie analizujemy. A tu ani jedno ani drugie.
To co Wandka opisuje to jest właśnie praca z ciałem energetycznym. Te wrażenia fizyczne jak ucisk, ciepło, ciężar - to są manifestacje zablokowanej energii w określonych obszarach. Ucisk w gardle to klasycznie piąta czakra. Jak to przepłynie to emocja się uwalnia.
Nie twierdzę że bez tej wiedzy nie zadziała. Ale dla mnie ta warstwa daje kontekst i sprawia że nie boję się tego co czuję. Każdy ma swoje ramy rozumienia, moje są takie.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i chcę zapytać o jedną rzecz. Mówicie o 'przepracowaniu' i 'uzdrowieniu' emocjonalnym przez medytację. Ale czy ktoś z was ma jakiś miernik że to rzeczywiście się dzieje? Nie atakuję, po prostu zastanawiam się jak odróżniacie progres od dobrego samopoczucia po sesji które mija po kilku godzinach.
To co Karolciaa mówi o reakcjach w codziennym życiu - to znaczy że musiałabym się obserwować tygodniami żeby w ogóle wiedzieć czy medytacja mi pomaga? Bo to brzmi jak długi czas żeby zobaczyć jakikolwiek wynik. Nie mówię że to zły pomysł, po prostu zastanawiam się czy nie ma czegoś szybszego.
To co Wandka mówi o czasie ma sens, ale trochę mnie przeraża. Bo jeśli muszę czekać tygodnie albo miesiące żeby zobaczyć czy cokolwiek się zmienia, to jak w ogóle wiem że idę w dobrą stronę? Czy w ogóle jest jakiś sygnał w trakcie, że to ma sens?
Ale to rodzi pytanie - jak odróżnic taki 'mały sygnał' od zwykłego przyzwyczajenia do siedzenia w medytacji? Bo może po prostu mniej mnie to męczy bo robię to regularnie, a niekoniecznie dlatego że coś się 'uzdrawia'. Czy to w ogóle ma znaczenie to rozróżnienie?
To jest naprawdę dobre pytanie. Moja odpowiedź jest taka: jeśli efekt zostaje w życiu poza poduszką, to nie jest tylko przyzwyczajenie do praktyki. Jeżeli w zwykłej rozmowie mniej reagujesz na coś co wcześniej cię zapalało, to jest coś więcej niż nawyk siedzenia.
Ale Karolciaa, czy nie ma ryzyka że to też sobie wmawiamy? Że sami siebie obserwujemy przez filtr 'chcę żeby mi to pomagało' i dlatego widzimy zmianę tam gdzie jej nie ma? Nie mówię że medytacja nie działa, pytam o uczciwość wobec siebie w tej ocenie.
O, to ciekawy zwrot. Czyli medytacja sama w sobie to za mało i potrzebna jest jakaś zewnętrzna weryfikacja? To trochę zmienia obraz tej pracy jako czegoś co można robić wyłącznie samemu.
Ja bym tu dodała że praca z ciałem energetycznym w medytacji ma własny mechanizm weryfikacji - możesz po sesji sprawdzić czakry czy energia płynie inaczej. Ale rozumiem że nie wszyscy to stosują.
Hmm, to trudne do opisania. Raczej czuję niż widzę. Taki przepływ albo jego brak. Nie wiem czy to przekonujące, ale dla mnie jest wystarczająco konkretne żebym wiedziała że coś się zmieniło.
Właśnie. I tu jest chyba problem - każdy ma inne 'sposób' weryfikacji i nie da się ich porównać. Wandka obserwuje zachowanie, Sagea czuje energię, Karolciaa patrzy na reakcje. Jak w ogóle rozmawiamy o tym samym?
Mnie to pytanie Modrzewki bardzo zastanawia. Bo ja przez dlugi czas uwazalam że muszę 'dobrze rozumiec' co robię żeby to działało. A potem coś zaczęło działać zanim zrozumiałam dlaczego. To troche wywróciło mi myslenie.
To co Runiarka mówi jest dla mnie ważne w kontekście tego wątku. Bo ten stary ból o którym mówiłem na początku - on chyba nie czeka aż ja go zrozumiem. On jest po prostu tam. Może za dużo energii idzie w rozumienie, a za mało w samo bycie z tym.
I to jest, myślę, sedno tego co próbujesz zrobić w tej medytacji. Rozumienie przychodzi po, nie w trakcie. Albo czasem wcale nie przychodzi, a i tak coś się zmienia. To jest trudne do przyjęcia dla głowy która lubi wiedzieć co robi.
Ale czy jest jakaś granica gdzie to 'samo bycie z bólem' przestaje być pracą a staje się po prostu siedzeniem w cierpieniu bez sensu? Pytam serio, bo boję się że mogę coś pomylić i zamiast pracować z emocją po prostu się w niej roztapiam.
Dobre pytanie Paprotki. Mnie nauczono kiedys takiej zasady że jak emocja rośnie i rośnie bez żadnej zmiany przez kilka minut to może być sygnał że coś nie gra. Ale jak jest trudno i jednoczesnie jest jakaś zmiana w odczuciu - nawet mała - to zostać. Nie wiem czy to działa u każdego, ale mi pomaga.
Ale skąd ta zasada pochodzi? Bo jeśli to coś wymyślonego na własną rękę to jak bardzo można jej ufać? Pytam bez złośliwości, naprawdę chcę wiedzieć.
