Zastanawiam sie od jakiegos czasu nad czymś, co trudno mi nawet dobrze ubrać w słowa. Podczas głębszych medytacji - szczególnie tych wieczornych, gdzies tak po 21-22 - trafiałam na momenty, ktore czułam jako... dotknięcie czegoś poza mną. Nie wizje, nie dźwięki, po prostu nagle jakby powietrze gęstniało i byłam w centrum czegoś bardzo starego. Czytałam ostatnio o rytmach dobowych w bioenergoterapii i zaczeło mi się to łączyć bo bioenergeci twierdzą ze o pewnych porach doby pole energetyczne człowieka jest inaczej przepuszczalne. Czy ktoś świadomie pracuje z tymi porami? Mam wrażenie ze nie jest bez znaczenia, o której próbujemy dotknąć sacrum.
To o czym piszesz to nie przypadek. W tradycjach szamańskich i w starej słowiańskiej praktyce zawsze rozróżniano czas dzienny i nocny jako dwa fundamentalnie rozne rodzaje rzeczywistości. Noc, szczególnie od zmroku do drugiej w nocy, to czas kiedy granica między tym co widzialne i niewidzialne jest cieńsza. Bioenergoterapia to ujmuje w swój własny język - mówi o szczytach aktywności poszczególnych meridianów ale de facto opisuje to samo zjawisko. Mam jedno pytanie zanim pujde dalej - czy te wieczorne medytacje robisz przy świecach, w ciemności czy przy normalnym świetle? Bo to moze mieć znaczenie dla tego co czujesz
no wlasnie, chciałem zapytac o to samo co Wrozbit. Bo troche sie zastanawiam czy to co opisujesz Hela to nie jest zwyczajnie efekt zmęczenia o tej porze i naturalnego wyciszenia organizmu. Serio pytam, nie złośliwie. O 21-22 kortyzol spada, melatonina idzie w gore, mózg przechodzi w inny tryb, i to wszystko biologicznie tłumaczy to "gęstnienie powietrza". Nie mówię ze sacrum nie istnieje, ale skad wiadomo ze to kontakt z czymś zewnętrznym, a nie po prostu zmiana stanu własnej świadomości?
Wchodzę tutaj bo to jest temat który mnie bardzo porusza. Ja od kilku lat pracuję z kryształami podczas medytacji i zauważyłam ze kamienie zachowują się inaczej w zależności od pory. Nie wiem jak to wytłumaczyć inaczej ale selenite który trzymam podczas medytacji wieczornej jest jakby żywszy, bardziej responsywny. Rano to samo kamienie, ta sama ja, a jednak inaczej. Bioenergoterapeuci z którymi rozmawiałam potwierdzali ze rytmy dobowe wpływają na to jak pracują kanały energetyczne i ze wieczorem pewne centra są bardziej otwarte. Ciekawe czy to przekłada sie na to stykanie z sacrum o którym Hela pisała.
To niesamowite ze piszecie o tej porze wieczornej bo przecież wszystkie tradycje duchowe mają jaikeś specjalne modlitwy czy rytuały o zmierzchu, prawda? To chyba nie przypadek ze akurat wtedy ludzie od zawsze instynktownie szukali kontaktu z wyższym. Zastanawiam sie tylko czy to znaczy ze rano wogole nie warto medytować pod kątem tego sacrum czy po prostu jest inaczej dostępne? Bo ja medytuję głównie rano i teraz trochę mi głowę namieszałaś 🙂
Czytam ten watek od początku i mam pytanie moze podstawowe ale nie rozumiem jednej rzeczy. Kiedy piszecie o stykaniu sie z sacrum to macie na myśli jakąś konkretną istotę albo energie czy raczej stan w sobie? Bo dla mnie sacrum to zawsze brzmiało jak cos zewnętrznego, jakaś obecność, ale z tego co Hela opisuje to nie do konca tak. Przepraszam jesli to głupie pytanie
Wcale nie głupie pytanie, właśnie o to chodzi w tym temacie. Ja przez długi czas myślałam ze to musi być jedno albo drugie. Albo zewnętrzna obecność, albo stan wewnętrzny. Ale te wieczorne medytacje zaczęły mi pokazywać ze to może być fałszywy podział. Kiedy rytm ciała zestroił się z rytmem doby, kiedy bylam w tej właściwej porze i właściwym skupieniu, przestawało mieć znaczenie czy to "ja" dotykam czegoś, czy cos dotyka "mnie". Granica się zacierała. Może właśnie to jest sacrum - miejsce gdzie ten podział przestaje obowiązywać. Ale Talizmanik słusznie mówił, ze nie mam na to dowodu, to tylko moje odczucie.
